Spektakl Anny Smolar jest, całe szczęście, dużo bardziej hultajski niż zapowiadający go, nieco pompatyczny opis zaproponowany przez twórców.
Ogromna w tym zasługa aktorów pielęgnujących dystans wobec powierzonych im ról, w czym przodują Claudia Korneev jako Katedra Notre Dame, Jan Sobolewski w roli tytułowej i Jaśmina Polak jako Muzyczka – akompaniatorka w tej osobliwej "post-operze". "Erazm", produkcja kolektywu European Ensemble, premierowo prezentowany w Nowym Teatrze w Warszawie, miał być próbą odpowiedzi na ważkie pytania, m.in.:
Czy w dyskusji o Europie jest jeszcze miejsce na idee humanistyczne i co się stanie, kiedy umieścimy je w centrum refleksji o utopii europejskiej?
"Erazm" to kolejne w tym sezonie teatralnym epitafium dla Europy. Prostota tez, na których się opiera, przeszkadza jednak traktować je szczególnie poważnie. I bardzo dobrze, bo widownia mogłaby nie znieść kolejnych doniosłych wypowiedzi artystycznych o zmierzchu Starego Kontynentu. Znaczące jest umieszczenie spektaklu w ramach opery, widowiska o elitarnych korzeniach, dziś kojarzącego się z komfortowym stylem życia europejskich mieszczan, blichtrem i niebotycznymi cenami biletów. Opera w reżyserii Smolar z muzyką Jana Duszyńskiego i librettem Michała Buszewicza nie bez powodu otrzymała przedrostek "post" – jest bowiem obrazem ośmieszającym ten gatunek, z prostą muzyką graną przez Polak na syntezatorze i partiami wokalnymi, w których aktorzy z premedytacją nie przejmują się specjalnie trafianiem w dźwięki.
Katedra pali papierosa
Scena z przedstawienia "Erazm" w reżyserii Anny Smolar, 2019, fot. Maurycy Stankiewicz/Nowy Teatr w Warszawie
Erazm z Rotterdamu, czołowy myśliciel renesansu, w spektaklu European Ensemble jest chory, słaby i lekceważony. Wygląda, jakby przeżywał lęki społeczne. Ożywia się tylko w dyskusjach ze swoim przyjacielem Thomasem Morem, autorem słynnej "Utopii" (w spektaklu przedstawionym także jako śmieszny intelektualista). Twórcy spektaklu stawiają pytanie, "Czy jesteśmy jeszcze w stanie słuchać Erazma? ", ale całe przedstawienie od początku do końca pokazuje, że nie; że humanistyczny koncept się nie powiódł, że można go tylko pobłażliwie obśmiać albo snuć na jego podstawie fantazyjne wizje. Dwugodzinny spektakl jest w zasadzie powtarzaniem tej jednej myśli. Ironia, z jaką artyści podeszli do tematu, nie ratuje jednak przedstawienie przed popadnięciem we wzniosły ton, z jakim zostało zapowiedziane. Mantry o "końcu Europy" powtarzane w debacie publicznej stają się bowiem nużące i wtórne, a nierzadko – kiedy ilustrowane są zdjęciem płonącej katedry Notre Dame – wydają się też nieznośnie pretensjonalne. Claudia Korneev jako Katedra jest w "Erazmie" doskonała – wyniosła, żądająca traktowania z namaszczeniem, mówiąca po angielsku z wyraźnym francuskim akcentem. Wydarzenie okrzyknięte w mediach społecznościowych jako "metafora zmierzchu europejskich wartości" w "Erazmie" przedstawione zostało w sposób, który sprawia, że w zasadzie może ono ujść uwadze mniej skupionego widza. Katedra Notre Dame pali papierosa, sztucznym dymem "okadza" ją Muzyczka. Ponownie – dowcip i lekkość ratują spektakl przed pompatyczną atmosferą "diagnozy" naszej rzeczywistości. Paryska świątynia u Smolar uosabia nie tyle wybitny przykład dziedzictwa kulturowego, ile zachodnioeuropejskie nadęcie i poczucie wyższości.
Studenci-misjonarze?
Scena z przedstawienia "Erazm" w reżyserii Anny Smolar, 2019, fot. Maurycy Stankiewicz/Nowy Teatr w Warszawie
Twórcy podejmują także próbę dosyć karkołomną, pytają bowiem także: "Czy studenci projektu Erasmus mogą pełnić funkcję misjonarzy europejskiej nadziei". Pytanie to jest tyleż wnikliwe (bo przypomina o idei leżącej o podstaw studenckiego Erasmusa), ile naiwne. Każdy bowiem, kto kiedykolwiek doświadczył uroków tego stypendium (lub zna je z opowieści), wie, że popularny program wymiany studenckiej i międzynarodowych praktyk rzadko kiedy ma cokolwiek wspólnego z szerzeniem myśli holenderskiego filozofa, czy – ogólniej – idei równościowych i humanistycznych. Częściej jest to po prostu atrakcyjna możliwość wspieranego przez Unię Europejską wyjazdu za granicę na kilka do kilkunastu miesięcy (i rozwijania życia towarzysko-imprezowego). Dla zdecydowanej większości studentów i studentek kluczowy jest czynnik nie tyle ideowy, co ekonomiczny, jako że program pokrywa część kosztów związanych z wyjazdem. Studencka mobilność jest dzisiaj raczej częścią indywidualnego stylu życia, jednostkowej narracji – nie wspólnotowym doświadczeniem "misji".
Listy zamiast smsów
"Erazm" to spektakl atrakcyjny wizualnie, za co odpowiada Anna Met i zaprojektowany przez nią krajobraz łączący majestatyczne góry z Loarą zrobioną z połyskującej folii. To także zabawny, inteligentny i (przynajmniej przez pierwszą połowę) niepozwalający się nudzić teatr. Ale czy przy chęci poruszania kluczowych dla europejskiej tożsamości tematów to wystarczy? A może drwiący dystans jest jedynym wyjściem ze spotkania ze wzniosłymi pytaniami? Ideowo jest to w każdym razie rzecz dosyć monotonna. Potencjał drwiny (z gatunku, jakim jest opera; z europejskiej pychy; z Erazma) szybko się wyczerpuje. Pod pozorem łobuzerstwa można jednak dostrzec prawdziwie smutne konstatacje: jak ta, którą przywodzi na myśl piosenka śpiewana przez Jaśminę Polak.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Scena z przedstawienia "Erazm" w reżyserii Anny Smolar, 2019, fot. Maurycy Stankiewicz/Nowy Teatr w Warszawie
Obrazek
erazm_proba_generalna_1_10_of_22.jpg
Piosenka ta, a w zasadzie "medley" tworzy przydługi koniec przedstawienia i wyśmiewa pychę humanistów przekonanych o swojej historycznej roli. Właściwie wyśmiewa także przekonanie Erazma z Rotterdamu o tym, że dobro bierze się z wiedzy. W spektaklu Smolar, oprócz smutku, dostrzec można też momenty naiwnych prób uleczenia skonfliktowanego kontynentu – kiedy, nawiązując do jednego z traktatów Erazma, "O pisaniu listów" – aktorzy European Ensemble proponują, by cofnąć się w czasie i komunikację między sobą prowadzić za pomocą listów (kierowanych zwłaszcza do osób o odmiennych poglądach). To wielkoduszny pomysł, w "Erazmie" jednak nie czuć nadziei – raczej ironiczną rezygnację.
Pozostaje też pytanie, czy w kontekście antropocentrycznego renesansowego humanizmu jest rzeczywiście po czym płakać. Czy zamiast melancholijnie oglądać się za ideami sprzed pięciuset lat, chwalącymi rozum i indywidualizm, nie lepiej pomyśleć nad nowym projektem rzeczywistości, który nie byłby tak uparcie zapatrzony w człowieka jako nad-istotę.
Styl wyświetlania galerii
wyświetl slajdy