Hologramowa okładka przypomina album z kolorowymi karteczkami albo pamiętnik, w którym zapisuje się swoje SEKRETY. Na tylnej stronie okładki wypisano hasło: "Pielęgnuj w sobie umysł nastolatka". Gdy je zobaczyłem, to w głowie zaczął mi grać najtisowy przebój Roberta Jansona "Małe szczęścia": "Gdzieś w każdym z nas / Jest dziecka ślad / Małe szczęścia / I ich smak". Powieść bywa jednak bliższa prawdzie niż piosenka, więc suma smutków wydaje się tu większa niż małych szczęść, ale bohaterki książki Dominiki Słowik uparcie próbują sobie z nimi jakoś radzić.
Są nimi Natalia Ducholska – której losy śledzimy od przedszkola do wyprowadzki na studia w Krakowie – i samotnie wychowująca ją młoda matka Edyta. W trakcie emigracji zarobkowej do Holandii nie udało jej się dorobić, więc po powrocie do Polski rozpoczyna się jej przeprawa przez kolejne kręgi przedpiekla krajowego januszexu, żeby tylko związać koniec z końcem: pracuje na stoisku mięsnym w sklepie całodobowym (Natalii każe mówić w szkole, że jest przedstawicielką handlową) czy zajmuje się akwizycją. Choć mieszkają w suterenie z grzybem na ścianach, a Edyta może i nie wpisuje się w stereotypowe wyobrażenie o dobrej matce, prędzej już o matce-koleżance, wbrew memicznemu hasłu "a pod ziemią chłodek" w ich relacji jest wiele czułości i ciepła.
Wydawca reklamuje tę powieść jako "nieodkładalną". Chwytliwe hasło, ale w moim przypadku rzeczywiście to się potwierdziło. Dawno już nie zdarzyło mi się przeczytać książki ciągiem w jeden wieczór – nieco anachroniczne doświadczenie, gdy codzienność funduje stan permanentnego przebodźcowania i rozproszenia uwagi. A i sam proces lektury był nietypowy – nie przyklejałem zakładek indeksujących przy frapujących fragmentach, nie zastanawiałem się nad ukrytymi sensami, po prostu dałem się porwać historii. Czasem można zapomnieć, że chyba po to właśnie czyta się powieści – żeby pożyć trochę innym życiem i odbić się w nim, razem ze wszystkim, cośmy ze sobą przynieśli.
Zastanawia mnie, na ile ma to związek z kwestiami pokoleniowymi – akcja rozpoczyna się w latach 90. i wypływa na nowe tysiąclecie, czyli obejmuje czasy, w których i mnie przyszło dorastać – i czy podobne emocje powieść jest w stanie wywołać u osób niemilennialskich. Być może jednak nie ma to większego znaczenia – nie jest to książka przesycona tanią nostalgią ani żonglerka nagromadzonymi artefaktami epoki. Lata 90. i zerowe są tu raczej subtelnie zarysowanym tłem dla opowieści o sprawach uniwersalnych: dojrzewaniu, relacjach rodzinnych, zmaganiach z niedostatkiem. To też tematy, wydawałoby się, przewałkowane we współczesnej polskiej prozie, ale, jak udowadnia Słowik, wciąż można wysnuć z nich wciągającą i poruszającą opowieść.
Rzeczywistość społeczno-polityczna tamtych lat rozgrywa się gdzieś obok – z książki nie dowiemy się o tematach z pierwszych stron gazet, takich jak, powiedzmy, referendum akcesyjne, małyszomania czy żałoba narodowa po śmierci Jana Pawła II – jedyne ogólnopolskie wydarzenia medialne, jakie jest tu wspomniane, to koncert Backstreet Boys w sopockiej Operze Leśnej, z którego wujek Lutek przywiózł plakat z autografami muzyków amerykańskiego boysbandu. Co nie znaczy, że ówczesne realia nie wpływają na codzienne życie Nat i Edyty. Klamrą spinającą opowieść o dorastaniu Natalii są problemy z zębami – w końcu prywatyzacja opieki dentystycznej sprawiła, że stan uzębienia jak mało co stał się wyznacznikiem uprzywilejowanej pozycji.
Autorka podkreśla w wywiadach, że chciała napisać "czytadło" – co moim zdaniem jak najbardziej się udało – ale książka w ciekawy sposób wpisuje się też w urodzajny trend opowieści o nierównościach, wstydzie klasowym i awansie społecznym. Na to, jak kształtowała się ta debata w Polsce, duży wpływ miały przekłady książek Didiera Eribona i Annie Ernaux – jednak jak nawijali raperzy z WWO mniej więcej w czasie, gdy Nat szła do gimnazjum, "to Polska, nie elegancja Francja". Słowik dobrze oddaje polski klasowy galimatias, w którym niezależnie od pochodzenia bycie samotną matką bez wsparcia rodziny może zepchnąć na skraj ubóstwa – i nie ma tu znaczenia fakt, że ojciec Edyty jest przecież inżynierem po AGH – co prawda, gdy go poznajemy, już rencistą – podobnie jak jej brat, a.k.a. wujek Lutek, od którego Edyta pożycza pieniądze.
Słowik dobrze wyłapuje też momenty pierwszych zetknięć z nieuświadomionym klasowym wstydem – gdy jeszcze nie potrafimy tego precyzyjnie nazwać, ale przeczuwamy, że coś nie wypada, jest "w złym guście" (np. buty na koturnie jednej koleżanki, które Natalii szalenie się podobają, ale czuje, że nie spodobały się innej koleżance, Paulinie – szkolnej prymusce, córce dyrektora szkoły i lekarki). Albo rozdarcie, gdy wciąż będąc tą samą osobą, inaczej zachowujemy się przy koleżankach z "lepszych" i "gorszych" domów. Wśród tego typu niuansów jest też wstyd Natalii – jakże zgodny ze stereotypowym przeświadczeniem o tym, że osoby z klas ludowych są zbyt hałaśliwe i rozemocjonowane – w scenie spotkania jej matki z nauczycielką angielskiego: "Nat znała ten stan matki: raz zbudzona, fala powodziowa porywała ze sobą wszystkich, porwała też panią W. Włączyła telewizor, żeby nie słyszeć śmiechu Edyty, ale przez dialogi i tak przebijał się jej głośny śmiech. Zawsze zaczynała krzyczeć, kiedy była zbyt podekscytowana. Nat z wściekłością podgłośniła". Albo to, że w grupie rówieśniczej, w której wszystkim czegoś brakuje, zawsze znajdzie się coś, dzięki czemu można się poczuć lepiej od innych: jedna koleżanka wytknie drugiej, że jej ojciec pije i bije, a ta druga odgryzie się, że przynajmniej ma ojca itd. Albo wynikająca z doświadczenia postawa, że nawet kiedy wszystko zaczyna się jakoś układać, trzeba przyjąć to z niedowierzaniem i zachować czujność.
Pozostaje jeszcze kwestia tytułu – o co chodzi z tymi rybami. Motywy ichtiologiczne i rybie metafory są powracającym refrenem (np. gdy Natalii, oszołomionej przebudzeniem swojej seksualności, wydaje się, że jej mózg przeistacza się w oślizgłą rybę; los ryb akwariowych jest też osią opowieści o szkolnej anglistce) – rzeczywiście były to chyba złote dni polskiej akwarystyki, bo sam już nigdy w swoim życiu nie widziałem w odwiedzanych domach tylu mieczyków, skalarów i welonów co w dzieciństwie. Ale też jak przez rybie oko judasza zaglądamy do sutereny, w której mieszkają Nat i Edyta, tak tym samym rybim okiem poznajemy cały świat Natalii, która z okruchów informacji próbuje sobie jakoś poskładać świat dorosłych, a my wraz z nią musimy się pewnych rzeczy domyślać.
Dominika Słowik, "Rybie oko"
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2024
Liczba stron: 248
ISBN: 978-83-08-08490-8