Poczucie nieprzynależności unosi się nad zainscenizowaną przez Lupę Casa Malaparte: to tu spotykają się Fritz Lang, Jean-Luc Godard, Brigitte Bardot i sam włoski autor. Jest tu także wiele innych postaci, których nie sposób nazwać, jako że reżyser tym razem postawił na wymienność i niejasność ról. "Osoba jest złudzeniem" słyszymy w pewnym momencie ze sceny. I tak, w postać Malapartego wciela się np. to Julian Świeżewski, to Grzegorz Artman. Tożsamość scenicznych kreacji nie jest w "Capri" najważniejsza, na pierwszy plan wysuwa się figura historii i fatum wojny.
Casa Malaparte bardziej niż azyl przypomina jednak więzienie. Duże jasne okna wychodzące na Morze Tyrreńskie wyglądają płasko i nierealnie, raz po raz zamieniając się w pole projekcji fragmentów video. Wszyscy są głodni, nikt nie wie, która jest godzina. Zaaranżowana przez Lupę sytuacja przywodzi na myśl inne jego spektakle, w którym zmęczone, zmarginalizowane lub nieprzystające do społecznego wzorca jednostki skupiają się w jednym, zamkniętym miejscu – tak było m.in. w "Poczekalni" czy "Mieście snu". Ale tym razem owa nieprzystawalność dotyka także innego poziomu – poziomu współbycia. Osoby na scenie, funkcjonując na granicy między postacią a kondycją półprywatną, są obce także wobec siebie. Trudno określić, dlaczego wszyscy się tu znaleźli, kto jest ich wspólnym przeciwnikiem i dokąd (o ile w ogóle dokądś) zmierzają. Często kilka osób wypowiada się jednocześnie, nie słuchając się wzajemnie i tworząc niezrozumiały szmer.