Miecia jest królową Łeby. Codziennie o piątej trzydzieści rano przychodzi do prowadzonej przez siebie wędzarni, by rozpalić piece i wstawić na ruszt ryby, po które już niedługo zgłoszą się pierwsi turyści. W budce Mieci mogą spróbować najlepszych w mieście halibutów, węgorzy, makrel i fląder. Później wydzwaniają do niej z drugiego końca Polski, prosząc właścicielkę o wysłanie kurierem kilku porcji, albo co roku przyjeżdżają do niej całymi grupami. Ale tym, co sprowadza ich na łebską plażę, jest nie tyle smak ryb, ale sama Miecia, sześćdziesięcioparoletnia kobieta, z nieodzownym papierosem w dłoni, uśmiechem na ustach i dobrą energią, która uzależnia.
Młoda reżyserka spotkała ją przypadkiem podczas wakacyjnej wyprawy nad Bałtyk. Jechała nad polskie morze, by poszukać tematu na film, który byłby dla niej powrotem do wspomnień z czasów dzieciństwa spędzanego nad morzem razem z dziadkami. W rozmowie z Anną Kempys z Interii Iga Lis wspominała:
Miałam już stamtąd wyjeżdżać, ale poszłam na spacer z moją przyjaciółką. Było wcześnie rano, sobota, prawie nikogo nie było. Skręciłyśmy w jakąś boczną uliczkę inagle zobaczyłyśmy kolosalną kolejkę ludzi do jakiejś blaszanej budki. Podeszłyśmy tam i zobaczyłam kobietę z blond czupryną, z papierosem w ręku, która coś wykrzykuje do turystów i do pracowników. Nie wiedziałam, o co tu chodzi, ale zadziałał jakiś instynkt. Weszłam tam i powiedziałam, że mam na imię Iga i chciałabym o niej zrobić film, a ona powiedziała OK i następnego dnia przyjechał operator.