Antoni Libera, autor bestsellerowej "Madame" i autobiograficznej prozy "Godot i jego cień" mierzy się z czymś arcyludzkim, co według Lepeniesa traktować należało jako jednostkę chorobową, czymś nieokreślonym, równie niebezpiecznym, co tajemniczym - melancholią. Melancholią, której narzuca rygoryzm formy, sprawiając, że nie język, co dzisiaj coraz rzadsze, a fabuła wysuwa się na plan pierwszy.
Wybrany przez pisarza gatunek nie należy do najłatwiejszych, a już na pewno nie jest zaliczany do tych najbardziej poważanych. Mimo że w Polsce mamy bogatą tradycję opowiadania - krótkie prozy Iwaszkiewicza, czy Filipowicza to przecież majstersztyk gatunku - w historii polskiej literatury plasują się gdzieś na uboczu, marginesie życia literackiego. Wynika to pewnie m.in. z pozycji współczesnych pism literackich, które są naturalnym ekosystem dla krótkich form prozatorskich. Nowe dzieło Libery nie pozostawia jednak wątpliwości - mamy do czynienia ze świetnie skrojonymi historiami, które mimo niewielkiej objętości, posiadają olbrzymi ładunek filozoficzno-egzystencjalny.
Do rąk dostajemy tryptyk, który łączy pewna doza tajemnicy, nieprzewidywalnego ludzkiego losu, ale przede wszystkim literackim i emocjonalnym spoiwem jest tutaj topos melancholii. Podany w wersji delikatnej, nie tej cioranowskiej - podszytej dziką rozpaczą i beznadzieją. To raczej melancholia subtelna, której przyczyny należy upatrywać w prawie archetypicznym powrocie do dzieciństwa i uporczywie towarzyszącym ludzkiemu życiu egzystencjalnemu niespełnieniu.
Bez domknięcia i z niedopowiedzeniami
Tytułowe opowiadanie jest krótką nowelką wigilijną. To historia wybitnego fizyka zajmującego się, co w szerszym kontekście jest niezmiernie ważne, teorią chaosu. Wychowany w domu inteligenckim, ateistycznym, do bólu racjonalnym, ale w którym osób wierzących nie traktowało się jako niepoprawnych fantastów czy ludzi nieoświeconych z nieszkodliwym bzikiem. W święta Bożego Narodzenia bohater przebywa na międzynarodowej konferencji w Amsterdamie. Dręcząca go bezsenność wygania go na krótki spacer, podczas którego chwilowo zawładnie nim zupełnie irracjonalny impuls - wchodzi do przypadkowej budki, wykręca zupełnie przypadkowy numer. Jakby chciał sprowokować los, podejmując tę niby-grę na tle jednego z najbardziej zlaicyzowanych miast świata. I tu pojawia się wyłom w rzeczywistości, szczelina, będąca pęknięciem w jego poukładanym i racjonalnym świecie, w którym mimo laickiego wychowania i gruntownego przyrodniczego wykształcenia, pobrzmiewają echa religijnych pytań. Dla fizyka głos po drugiej stronie słuchawki nie jest momentem epifanii, metafizycznego olśnienia, czy padnięcia na kolana przed cudem transcendencji. To byłoby zbyt łatwe. Bezinteresowne życzenia, które usłyszy: tytułowe "niech się panu darzy", sprawiają, że zawieszona kiedyś pytania wybrzmią w życiu człowieka, którego dzieciństwo pozbawione było jakichkolwiek świątecznych rytuałów jeszcze mocniej. Siła tej świątecznej noweli leży w jej niedopowiedzeniu, w braku jednoznacznej i finalnej konkluzji.
Opowiadanie drugie to hołd dla Żoliborza, miejsca dla Libery niezwykle ważnego. Po raz kolejny ta warszawska, kiedyś inteligencka i etosowa dzielnica, jest tłem w jego twórczości. I po raz kolejny Libera daje tutaj warsztatowy popis - to opowieść o prapoczątkach, o budowie Placu Inwalidów, Dworca Gdańskiego oraz zachwycie dziecka, które oprowadzane przez wujka-inżyniera podziwia wyrastające hale i domy. Ten świadek narodzin Żoliborza i jego mitologii po 60 latach pojawia się w tym samym miejscu. On patrzył jak powstaje Żoliborz, my patrzyliśmy jak staje się on.
Libera kreśli historię całego życia jednego człowieka na 40 stronach, które stanowi krąg jak w cytacie z Hölderlina, będącym mottem tego zbioru: "Tak życie zatoczyło łuk i oto/wracam do punktu, z którego wyszedłem". Malarze kiedyś głowili się jak na malować powietrze, pisarze podobny problem mają z czasem. Autor przedstawia ludzki cykl spinając go w żoliborskie klamry - koło dopełnia fakt, że oprowadzającym jest syn wujka-inżyniera, z którym trudno bohaterowi znaleźć wspólny język. Tak jak trudno znaleźć mu wspólny język ze współczesnym Żoliborzem. Kiedyś każdy zakamarek był dla niego dostępny, mógł dzięki uprzywilejowanemu wujkowi wejść na budowę kotłowni, która dzisiaj jest dla niego zamknięta, tak jak zamknięty jest pewien rozdział jego życia. Młodość pełna ciekawości, potrafiąca się szczerze zachwycić i zachłysnąć, zderzona jest ze starością, która pewne drogi ma już na zawsze zamknięte, bo źródło młodzieńczych uniesień, już dawno wyschło.
Ratować duszę
Libera już w "Madame" udowodnił, że potrafi pisać o muzyce w sposób piękny i plastyczny oddając ducha, rytm oraz zachwycając błyskotliwymi interpretacjami. W ostatnim opowiadaniu "Toccata C-dur" zestawia ze sobą dwie życiowe postawy. Młody bohater kończy właśnie szkołę muzyczną, ale powoli zaczyna zdawać sobie sprawę z niedostatków talentu, które jego zdaniem, nie pozwolą mu się spełnić jako muzykowi. W kulminacyjnym momencie, po wewnętrznej szamotaninie ulega wątpliwościom i rezygnuje, wybierając inną życiową drogę - zostaje wziętym prawnikiem. Co innego jego kolega ze szkoły, któremu bliżej do wirtuoza - zostaje zawodowym pianistą, ale mimo wyraźnych predyspozycji nie robi oszałamiającej kariery.
Pojawia się tak znany już dla czytelnika tego tomu motyw powrotu, bo po latach dochodzi do spotkania dawnych znajomych, które nie będzie zwykłym życiowym bilansem. Autor stawia fundamentalne pytanie o uporczywą niespełnialność ludzkiego życia, bo przecież bez względu na podjęte wybory "zawsze pozostanie nie dająca się obliczyć reszta, żal", jak pisał Zagajewski. Bohater Libery nie ma poczucia przegranego życia, ale dręczy go nieme pytanie: czy nawet niedoskonałe, technicznie niedociągnięte wykonanie Schuberta, nie jest gwarancją "surowego szczęścia" i nie stanowi "sensu samowystarczalności"? Być może, ale ten, który poświęcił życie muzyce, który ofiarował jej wszystko co miał, natchnione zdanie o jej "wartości bezwzględnej" ripostuje krótko i dobitnie: "przesadzasz".
Autor "Niech się panu darzy" nie boi się tematów wielkich i ważkich, których współczesna literatura, jakby onieśmielona i zawstydzona ich powagą, odstawiła na bok. Ale Libera ma za sobą potężnego sprzymierzeńca, jakim ciągle pozostaje wymagająca, ale potrafiąca się odwdzięczyć klasyczna forma opowiadania. W żadnym z tych trzech precyzyjnie skonstruowanych historii autor nie rzeźbi w języku, "Niech się panu darzy" to antypody neolingwistycznych eksperymentów. Snując realistyczne i poruszające opowieści, bliżej mu raczej do klasyków krótkiej prozy - takich gigantów jak Munro, Hemingway czy Oz. Libera narzucił sobie rygor formy, co z pewnością wymagało wielu wyrzeczeń i trzymaniu się z góry założonej kompozycji, ale pozwoliło stworzyć dzieło proste i zarazem głębokie. Takie, które nie zestarzeje się z modami literackimi, a czytelnik będzie mógł do niego wracać, tak jak wraca wspomnieniami do swojego dzieciństwa.
Antoni Libera
"Niech się panu darzy"
Wydawnictwo Więź, Warszawa 2013
Wymiary: 145 x 205 mm, liczba stron: 126
ISBN: 978-83-62610-42-6
wiez@wiez.pl
Autor: Damian Piwowarczyk, lipiec 2013.