Na fotografii widzimy parę sfotografowaną w atelier lub na tle jednolitej ściany. Uwagę zwraca nienaturalne ułożenie dłoni modeli i cień na rękawie marynarki mężczyzny. Moment, w którym dostrzeżemy tę sztuczność, jest początkiem niepokojącej gry polegającą na szukaniu śladów obecności wymazanej ze zdjęcia bohaterki.
Grzeszykowska w "Albumie" przygląda się mechanizmom pamięci i zapominania, a także samej wiarygodności wspomnień. To wypowiedź o roli fotografii w procesie zapamiętywania – być może większość z tego, co pamiętamy, wcześniej widzieliśmy na zdjęciach.
Praca artystki posiada jednocześnie cechy znane (sytuacje, kadry, role społeczne) i obce (brak dziecka na zdjęciu z chrztu). Poczucie niesamowitości towarzyszące oglądaniu tych prac wywołuje pewien niepokój. Powstały przez to dysonans poznawczy pozwala spojrzeć na archiwa rodzinne z dystansem i dostrzec prawa, jakimi się rządzą tego typu obrazy. Wymazanie własnej osoby z rodzinnych fotografii można też odczytywać jako chęć upodmiotowienia – ucieczki z domkniętych, ustandaryzowanych obrazów konserwujących przeszłość w bezpiecznych, społecznie znanych i akceptowanych ramach.
Dziś, kiedy świadomość możliwości manipulacji obrazem wydaje się większa, niż jeszcze kilkanaście lat temu, siła tych prac pewnie osłabła. Czy jednak wypowiadając zdanie "widać, że to Photoshop", nie próbujemy sobie dodać jedynie otuchy i umocnić w wierze, że oryginalna fotografia z chrztu istnieje gdzieś naprawdę? Projekt Grzeszykowskiej pokazuje, jak bardzo fotografia wpłynęła na sposób definiowania tożsamości w oparciu o obraz.