To jednak tylko jedna z fabularnych nitek, które splata ze sobą scenarzysta Jakub Rużyłło. Machiny rozpędzonej w poprzednich sezonach nie da się przecież zatrzymać, dlatego w nowych ośmiu odcinkach wciąż ważą się losy rywalizacji ze znienawidzonym sąsiadem-Andrzejem, miłość Jana Pawła i Zofii, która przeżyła homoerotyczny romans, wciąż wisi na włosku, a uprzednio opętany Bogdan zapomniał, kim jest i próbuje zdefiniować się na nowo, jednocześnie szukając zemsty na swojej oprawczyni. No i jest wreszcie Jan Paweł, który po pożarze biblioteki musi udowodnić (lub zdobyć) szlachecki status, by na nowo stać się sarmatą.
W 1670 dzieje się dużo. Czasem wręcz za dużo. Jakub Rużyłło oraz reżyserzy serii, Maciej Buchwald i Kordian Kądziela świadomie narzucają sobie szybkie tempo. A komedia jest gatunkiem okrutnie wymagającym – pointa goni pointę, jeden żart następuje po drugim, a wszystko razem musi składać się na zrozumiałą i przekonującą fabułę – i tu pojawia się problem. Podczas gdy pierwszy sezon pisany był do szuflady i powstawał przez bardzo długi czas, kolejne rodziły się pod presją czasu, zmuszając scenarzystę do wycieczek na skróty i wpływając na spadek formy. Bo choć w 1670 rzeczywiście żart goni żart, zaskakująco wiele z nich okazuje się nietrafionych, a czasem – boleśnie nieśmiesznych. Nie oznacza to, że nowy sezon nie bawi: wciąż jest tu dużo kapitalnych pomysłów i dowcipów. Część klasistowskich żartów zapewne przejdzie do języka codziennych dialogów, a postać szwedzkiego uchodźcy, który od dekady ukrywa się nad Wisłą i z sukcesami udaje Polaka, znając jedynie jedną, nadzwyczaj uniwersalną frazę „kurwa mać!”, to jeden z najbardziej dowcipnych pomysłów tego sezonu. Udane są też „insiderskie” żarty z chłopomanii artystycznych elit zajętych walką o prostego człowieka. Jednak cóż z tego, skoro w natłoku ekranowych żartów więcej jest takich, które wywołują raczej smutny uśmiech rozczarowania albo wręcz – ciarki żenady (nie, nie te zamierzone).