Wystawa w polskim pawilonie w Wenecji, w której tak ważną rolę odgrywa dźwięk i chóralny śpiew, wchodzi w głęboki rezonans z duchem tegorocznego Biennale. Właściwie trudno znaleźć pawilon, który wpisywałby się w koncepcję dyrektorki artystycznej tej edycji, Koyo Kouoh, równie precyzyjnie jak polski. Zmarła rok temu kuratorka zaproponowała jako hasło frazę „In Minor Keys” – „W molowej tonacji”. Jej tekst programowy pełen jest muzycznych metafor, a także odwołań do wspólnego śpiewania.
Przygotowana przez Bognę Burską, Daniela Kotowskiego i Chór w Ruchu wystawa Języki z wody wpisuje się jednocześnie w coś większego: w ideowy paradygmat, którego intelektualnym kręgosłupem jest postkolonialna, ekologiczna i posthumanistyczna krytyka cywilizacyjnego modelu odziedziczonego po nowoczesności. A także w rozumienie sztuki jako wspólnototwórczej przestrzeni: dziedziny opartej na partycypacji, wzmacnianiu głosów mniejszościowych i wydobywaniu tego, co zagłuszane przez dominujące dyskursy.
A jak Języki z wody wpisują się w oczekiwania wobec polskiej reprezentacji w Wenecji? I czego właściwie od niej oczekujemy?
Mewa i kolejka
W czasie dni prasowych kolejka do Pawilonu Austrii zrobiła się w pewnym momencie tak długa, że zaczynała się na wysokości wejścia do pawilonu Polonia. To kawał drogi. Wszyscy chcieli dostać się na austriacką wystawę. Gotowi byli czekać na to kilka godzin.
Wszyscy fotografowali także mewę, która uwiła sobie gniazdo przed polskim pawilonem, złożyła w nim trzy jaja i podczas preview dzielnie je wysiadywała, mimo że wokół kłębił się tłum obywateli i obywatelek artworldu.
Ciągnąca się tamtego dnia od Polonii do Austrii kolejka to nie jedyne, co łączy odbywające się w tych dwóch pawilonach wystawy. Zarówno w naszej, jak i austriackiej, ważną rolę odgrywa środowisko wodne, a także motywy zanurzania się i nurkowania. Obydwie wystawy oparte są też na performatyce. Te powinowactwa podbijają jednak różnicę między jednym a drugim projektem. Obie wystawy używają tych samych figur, ale w biegunowo odmienny sposób – w istocie ufundowane są wręcz na dwóch przeciwstawnych podejściach do samej sztuki.
Komu bije dzwon Florentiny Holzinger
Każda edycja Biennale ma swoją ikoniczną wystawę, o której mówi się najwięcej i na obejrzenie której czeka się najdłużej. Łatwo ją rozpoznać właśnie po najdłuższej kolejce. W 2017 roku ustawiła się ona, żeby zobaczyć Fausta przygotowanego przez Anne Imhof i jej trupę w Pawilonie Niemiec. Dwa lata później wszyscy chcieli zobaczyć operę zaaranżowaną na sztucznej plaży w Pawilonie Litwy. Podczas ostatniego Biennale publiczność znów oblegała pawilon niemiecki, w którym wystawiali Yael Bartana i Ersan Mondtag.
Hity Biennale nie zawsze zdobywają Złote Lwy, ale zostają w pamięci. Uderzająco często są to wystawy performatywne, czasem balansujące na granicy teatralnego spektaklu. Publiczność woli podziwiać żywych ludzi od oglądania artefaktów? Być może. Na pewno daje się również zaczarować charyzmatycznym indywidualnościom, takim jak Bartana, Mondtag czy Imhof.
Florentina Holzinger, która w tym roku reprezentuje Austrię, idealnie wpisuje się w profil gwiazdy Biennale. Do artworldu przybywa ze świata tańca i choreografii, działa na pograniczu różnych dyscyplin, ale performujące ludzkie ciało — najczęściej kobiece i nagie — pozostaje jej ulubionym medium. No i naprawdę potrafi przykuć uwagę: ma kaskaderskie umiejętności, jest wysportowana niczym komiksowa superbohaterka, nie waha się działać na granicy ryzyka – albo i poza tą granicą.
Przed austriackim pawilonem kazała zaparkować dźwig; z wysoko wyciągniętego ramienia zwiesza się wielki dzwon. Podczas otwarcia wystawy artystka wystąpiła jako jego serce. Zawisła głową w dół wewnątrz czaszy; dźwięk wybijany był jej nagim, kołyszącym się ciałem. Jeżeli chodzi o emblematyczny obraz tej edycji, po performensie Holzinger było pozamiatane.
Austriaczka nie przebiera w środkach, pracuje z obsceną i przemocą, czerpie zarówno z tradycji awangardy, jak i mniej nobliwych źródeł — takich jak cyrk, freak shows czy pornografia. W performatywnych zdarzeniach, które inscenizuje, leje się krew, dochodzi do niesymulowanych stosunków seksualnych. Podczas premierowego weekendu jej opery Sancta, wystawianej w Schwerinie w 2024 roku, osiemnastu widzom udzielono pomocy medycznej z powodu mdłości wywołanych spektaklem.
W Wenecji Holzinger urządziła coś w rodzaju wodnego parku rozrywki – tyle że zamiast morskich stworzeń w roli atrakcji występują performerki. Nie widziałem spektaklu w całości; kilkagodzinna kolejka mnie przerosła, musiałem zdać się na opowieści i filmiki tych, którzy mieli więcej cierpliwości, a także tupetu, bo w Pawilonie Austrii obowiązywał zakaz filmowania.
Na szczęście główny element można było oglądać z zewnątrz. W centrum wystawy, którą Holzinger nazwała Venice Seaworld, znalazło się ogromne akwarium z nurkującą performerką, nagą, jeśli nie liczyć maski tlenowej. Obok ustawiono przenośne toalety; publiczność zapraszano do korzystania z nich. Chętnych nie brakowało – na Biennale kolejki stoją nie tylko do pawilonów, lecz także do toalet; jest ich zbyt mało, a może raczej zwiedzających jest zbyt wielu.
Austriaczce nie chodziło jednak o wyjście naprzeciw potrzebom odbiorców.Toalety stanowiły integralny element wodnego świata; pochodzące z nich nieczystości były na bieżąco filtrowane w zbudowanej w pawilonie oczyszczalni i wypełniały przeszklony zbiornik, w którym pływała dziewczyna z akwalungiem. Kuratorską notę kończy następujące zdanie: „Żyję w twoich szczynach. Czyj to mokry sen?”.