Na jakiej literaturze się wychowywałeś?
Szczerze mówiąc, to ja w młodości literaturą się nie interesowałem. Zacząłem dopiero wtedy, kiedy nie dostałem się na studia. Zdawałem na biologię na Uniwersytet Jagielloński. Jak się nie dostałem, to pomyślałem, że może obrałem nie ten kierunek, co powinienem. I nagle zacząłem się interesować filozofią, teologią i literatura sama do mnie przyszła. Zacząłem nadrabiać zaległości, ale są rzeczy z klasyki, które dopiero teraz czytam. Czasem sięgnę po Żeromskiego, Sienkiewicza, Orzeszkową. Albo ostatnio czytam "Katedrę Marii Panny w Paryżu" Victora Hugo. Teraz, kiedy sam już mam jakiś dorobek, staram się czytać i patrzeć, czy coś straciłem.
I jakie wnioski?
Okazuje się, że wielkiej straty nie ma. W tamtych czasach na pewno miało to wartość, ale teraz dla takiego pisarza jak ja, dosyć nowoczesnego, to już mniej...
A dzieła Brunona Schulza kiedy czytałeś po raz pierwszy?
Kiedy byłem w liceum, to w ogóle nie ogarniałem prozy realistycznej ani powieści XIX-wiecznej, które dominują w kanonie. Natomiast kiedy zacząłem sam się literaturą interesować, to od razu wszedłem w tę literaturę nowoczesną: Kafkę, Schulza, Gombrowicza, Joyce'a.
Mogłoby się wydawać się, że samouk się od tego odbije.
A widzisz, ja od razu w to wszedłem i takie pisanie mi zaimponowało; to, że oni w taki sposób wyrażają swój świat, swoim indywidualnym językiem. I pomyślałem sobie, że może ja spróbuję swoje życie w ten sposób oddać – na zasadzie analizy proustowskiej czy pomysłów gombrowiczowskich albo popróbuję języka schulzowskiego. I zacząłem sobie to po swojemu wszystko klecić.
W recenzjach twoich książek często pojawia się określenie "poetycki".
Bo poezja dodaje smaku prozie. Dzięki niej staje się wielopłaszczyznowa i wymaga od czytelnika wysiłku, bazuje na metaforze i czytelnik musi sam sobie dopisywać sensy. To literatura wielorazowego użycia, którą można czytać nawet i sześć razy i ciągle inne sensy się z niej wysnuwa.
Nie jest łatwo odtworzyć fabułę zdarzeń z twoich książek. Już łatwiej zapamiętać cytat.
To bierze się stąd, że moja proza jest afabularna. Dzieje się bardziej w języku i w pojedynczych wydarzeniach, gdzie fabuły brak. U mnie nie ma dobrze opowiedzianych historii, takich, które niosłyby ze sobą zwroty akcji, zakończenie, przesłanie. Jednocześnie moje pisanie jest silnie ze mną sklejone. Wynika ze spotkań z ludźmi, podsłuchanych rozmów i tak dalej. Każda moja proza wiąże się z pewnym odcinkiem mojego życia.
Gdzie się znajdowałeś, pisząc "Furtkę przy dozorcy"?
Siedziałem w Ciężkowicach na bezrobociu, to był 2002-2003 rok. I kolega mnie spytał, czy bym nie chciał pojechać do Krakowa, pomóc mu tam w jakichś pracach. No pewnie, że bym pojechał, trochę się tu nudzę – powiedziałem i pojechałem na trzy lata do Krakowa.
A dokładniej na krakowskie Azory.
To takie komunistyczne blokowisko. Pracowałem dla prywatnej firmy remontowo-budowlanej, która zajmowała się wymianą instalacji grzewczych w dziesięciopiętrowych blokach. To były długoterminowe prace, dość skomplikowane i kosztowne, bo praktycznie w każdym mieszkaniu trzeba było wymienić grzejniki i wyregulować temperaturę. Wcześniej nie było tam żadnych termostatycznych zaworów, ludzie po prostu otwierali okno, jak było im za ciepło. Codziennie pokonywaliśmy po cztery-pięć mieszkań w tych wysokościowcach, żeby te zawory wymieniać w kolejnych blokach.
Wspaniałe pole do obserwacji. Notowałeś po godzinach?
Waldemar Bawołek, "Echo słońca", fot. Czarne
Nie ma mowy. Wszystko, co napisałem, to tu, w tym domu. Ja tak nie umiem jak Stachura, który siadał sobie w knajpie, do nikogo się nie odzywał i pisał. Czasami na wyjazdach w większym gronie ludzi zajmujących się pisaniem są takie momenty, że wszyscy nagle po kolei znikają. Ja się pytam, gdzie oni idą, na co słyszę: "Pracować". Każdy bierze laptopa i znika na pół dnia. To oni w końcu przyjechali do pracy czy się udzielać towarzysko? (śmiech). Ja tak nie umiem, muszę być totalnie wyłączony ze wszystkiego. Dopiero po trzech-czterech dniach, gdy wrócę z takiego wyjazdu, wtedy mogę się zabrać do pracy. Więc na tych Azorach dopiero zimą, kiedy już nie pracowaliśmy, bo ogrzewanie musiało pracować i nie można było odłączać ciepłej wody, siadałem przesiąknięty tym wszystkim i kiedy inni mieli wakacje, ja spisywałem wszystko to, co mi się tam poukładało w głowie i co zapamiętałem.
Czyli to także rodzaj literackiego reportażu.
Akurat jeżeli chodzi o "Furtkę przy dozorcy", to nie ma obawy, że ktoś przeczyta tę książkę i rozpozna w niej siebie. To niemożliwe. Ci bohaterowie, mieszkańcy – oni istnieją, ale w nierzeczywistości, bo cały blok jest jakby muzeum awangardowym, gdzie tylko narrator wie, co tak naprawdę widzi.
Ale inspiracje brałeś z życia?
Więcej jednak wymyślałem, bo pisanie to nie tylko pamięć. Pamięć zniekształca literaturę. Gdybym miał pamięć absolutną, to bym tylko odtwarzał rzeczywistość, a to nie jest nośne literacko. Nośny jest motyw, moment, zdanie. I on cię wprowadza przez te drzwi wyobraźni i języka.
A ten narrator pierwszoosobowy to ty, Waldemar Bawołek?
Wszystko zależy od tego, jak czytelnik chce tę literaturę odbierać. Bo jeżeli chcesz szukać prawdy albo jakichś faktów, to wtedy literatura w ogóle nie ma sensu.
Ale jak piszesz, co zrobił Waldek i co powiedział o swoim sąsiedzie, to przecież ludzie w Ciężkowicach mogą sobie myśleć, że piszesz jeden do jednego – co ty sądzisz o nich.
Szczerze mówiąc, nie patrzę na swoje pisanie oczami czytelnika i nie zastanawia mnie, jak on to będzie odbierać. Zależy mi, żeby ta literatura była mną. By ze mnie wynikała. Staram się kopać taki swój dół. I chcę żeby on był tylko bawołkowski. Konsekwencja mojego życia po prostu.
O czym teraz będziesz pisać?
Piszę książkę o pisarzu, bo chcąc nie chcąc stałem się tym pisarzem, więc najwyższy czas było napisać książkę o Waldku-pisarzu. Ale to też nie będzie taka książka, w której Bawołek pisze o sobie. Będę gubił i zacierał ślady, żeby pisarz stał się w niej bardziej uniwersalny. Żeby ktoś, czytając tę książkę, nie miał na myśli Bawołka-pisarza, tylko żeby miał w głowie wielu innych pisarzy, którzy doświadczyli podobnych przeżyć, doznawali podobnych iluminacji. Jak pisałem w "Echu słońca" o matce, to nie chodziło mi o to, żeby sportretować swoją matkę, tylko o to, by zauważyć rzeczy szersze, które będą dotyczyć wielu matek, a nie tylko tej jednej mojej. Bo przecież moja relacja z matką nie była wybitna ani wyjątkowa.
Była i nie była.
Jak każda. Trzeba się było matką zajmować, chodzić na zakupy, znosić jej narzekania. Normalna sprawa.
A jednocześnie nieczęsto się zdarza, żeby to syn zajmował się starzejącą matką.
Myślałem, że moja mama długiego wieku dożyje, ale ściął ją ten wylew w jednej sekundzie. Na moich oczach umarła, miała 81 lat. Jeszcze mogła pożyć, przecież zdrowa była, telewizję sobie lubiła obejrzeć. Harlequina jej tego dnia kupiłem. "Waldziu, chyba już to czytałam" – mówi do mnie i za dziesięć minut leży obok łóżka i umiera.
Uwieczniłeś waszą relację w książce.
Kiedy powstawało "Echo słońca", zajmowałem się mamą i jednocześnie sobie pisałem, siedząc tu w Ciężkowicach. Pomyślałem sobie: szkoda tego naszego życia, żeby tak się zmarnowało. A ponieważ wszystko widzę artystycznie, to dlaczego tego nie opisać – myślałem sobie. Wydało mi to wydawnictwo Czarne i okazało się, że poruszyłem problem takich nieudaczników życiowych, co sobie w życiu nie poradzili, nie umieli o siebie zadbać, ale zajmują się własnymi matkami, tylko że nie wiadomo już, kto się kim zajmuje. Nagle okazało się, że to jest problem, na który w Polsce nikt jeszcze nie zwrócił uwagi.
Miałeś takie ambicje, żeby napisać coś, o czym nikt jeszcze u nas nie napisał?
Moje pisanie nie polega na tym, że ja teraz sobie coś wymyślę i powiem: o, napiszę taką książkę, że wszyscy padną na kolana! Nie. To jest proces, który mnie pochłania całkowicie – moje doświadczenia, spotkania, lektury, sny. Chodzę do knajpy i podsłuchuję, czym ludzie żyją, co się wokół dzieje. Nasiąkam tym wszystkim jak gąbka. A potem w procesie twórczym już tego nie rozdzielam. Czerpię z tego, co jest we mnie osadzone.
Waldemar Bawołek – prozaik, publikował w miesięczniku "Twórczość", wydał m.in. powieści "To co obok", "Echo słońca", "Raz dokoła". W 2021 roku za zbiór opowiadań "Pomarli"otrzymał Nagrodę Literacką Gdynia i otrzymał nominację do Nagrody Literackiej Nike. Mieszka w Ciężkowicach.