Sytuacja branży tłumaczeń audiowizualnych jest dziś paradoksalna. Mogłoby się bowiem wydawać, że w czasach, gdy platformy streamingowe ścigają się w ilości produkowanych seriali i filmów, popyt na usługi tłumaczy powinien rosnąć, a wraz z nim rosnąć powinny także stawki płacone za przekłady. Tak się jednak nie dzieje. Pieniądze, które otrzymują tłumacze audiowizualni (a także inni twórcy dubbingu), od lat pozostają na tym samym poziomie, co oznacza realną obniżkę.
Rynkiem tłumaczeń rządzą bowiem duże medialne koncerny, które konkurując między sobą, wprowadzają niemal dumpingowe ceny tłumaczeń. Cenę za to płacą tłumacze i tłumaczki, pracujący za niskie stawki i zmuszeni do wykonywania takiej ilości zleceń, że niemożliwe okazuje się zaangażowanie w proces twórczy i poszukiwanie najwyższej jakości.
W walce o prawa tłumaczy nie pomaga fakt, że środowisko jest bardzo rozproszone. Podczas gdy na Zachodzie obniżanie stawek za przekłady doprowadziło do strajków, a w efekcie – urealnienia poziomu wypłat, w Polsce o strajku nigdy nie było mowy. "W silnie uzwiązkowionej Skandynawii koledzy i koleżanki wywalczyli sobie podwyżki, a w Polsce się to nie udało, bo jesteśmy grupą pokrytych pajęczyną wariatów, z których każdy pracuje na własną rękę. Nie potrafimy się zjednoczyć" – mówi Agnieszka Rostkowska.
Szansą na zmianę było pojawienie się w Polsce Netfliksa. W 2017 roku uruchomił on platformę Hermes, dzięki której tłumacze mogli rozpocząć pracę dla streamingowego giganta. Aby zostać tłumaczem Netfliksa, trzeba było przejść trwający 90 minut test sprawdzający nie tylko lingwistyczne umiejętności, ale także zdolności niezbędne dla przygotowywania różnych wersji ścieżek dialogowych. Szansę dostawali zarówno bardzo doświadczeni tłumacze, jak i ci, którzy byli na początku swojej translatorskiej kariery, a proponowane przez platformę stawki były bardzo atrakcyjne w porównaniu z rynkową średnią.
Wymienieni przez boty
Hermes autorów tłumaczeń jednak nie zbawił, a dla doświadczonych tłumaczy stał się jednym z elementów procesu pauperyzacji, który od lat postępuje w filmowej branży. Być może jednak coś się tutaj zmieni. Dosłownie kilka miesięcy temu powstał Związek Zawodowych Twórców Dubbingu, który skupia w tej chwili już ponad 300 osób (tłumaczy, aktorów, dźwiękowców i reżyserów). Dubbingowe środowisko ma nadzieję, że taka reprezentacja będzie skuteczniej walczyła o lepsze warunki pracy dla twórców dubbingu – w tym także o podwyżkę stawek.
Na horyzoncie widać natomiast kolejne zagrożenie dla pozycji tłumaczy – sztuczną inteligencję, która wkrótce może przejąć ich pracę. Już dziś część nadawców przesyła swoim współpracownikom tzw. "tłumaczenia maszynowe", a więc listy dialogowe przetłumaczone przez boty. Zadaniem tłumaczy ma być zredagowanie i skorygowanie błędów popełnionych przez maszynę, a ich wynagrodzenie jest niższe niż w przypadku autorskiego przekładu. Wszystko to sprawia, że tłumacze – choć niezbędni dla funkcjonowania serialowo-filmowej branży – czują się spychani na margines, a przyszłość swojego zawodu widzą w ciemnych barwach. Zanim jednak pogodzimy się z faktem, że nasze ulubione seriale tłumaczyć będą bezduszne komputery, pamiętajmy o tych, którzy z translatorskiego rzemiosła potrafią dziś uczynić prawdziwą sztukę.