Nie widzę żadnego podziwu. Rewolucje były przecież wielkimi wydarzeniami, potwornymi, ale wielkimi. Zapominasz, jak bardzo chciał stamtąd uciec w 1918 roku i jak prezentuje rewolucje w innych utworach. Gdzie jest podziw dla rewolucji w "Szewcach"? Przeciwnie, widzę u Witkacego "tęsknotę" za dawnym, uporządkowanym światem. W tym kiczowatym, śmierdzącym i przeludnionym końcu XIX i początku XX wieku, widząc najgorsze efekty umasowienia i to że cały społeczny ferment prowadzi tylko do kolejnych bezsensownych rzezi, mógł myśleć, że dawniej obowiązywały jakieś formy. Rycerskie, rytualne, religijne, dzięki którym wszystko było jakby bardziej na swoim miejscu. To mogło go pociągać, bo – jak wspomniałem – był zapewne neuroróżnorodny, a wokół niego świat z hukiem wypadał z ram. Z dnia na dzień odchodziły w przeszłość ustroje polityczne, systemy prawne, podstawy fizyki, starożytna geometria, formy transportu czy nawet elementy ubioru – jak choćby gorsety. Działo się niemożliwe. Postaci jego dramatów stają przed podobnymi wyzwaniami, dlatego w "Gyubalu Wahazarze" czy w "Mątwie" dyskutują o czasoprzestrzeni i możliwości jej przekroczenia. Witkacy tymczasem wierzył, że można poznać struktury Wszechświata, ba, dotknąć nawet Tajemnicy Istnienia. Podobne podejście prezentował w codziennym życiu. Kiedy ktoś nie dotrzymywał obietnic bądź nie zachowywał form etykiety, to świat mu się walił. Miał w sobie uporczywą konsekwencję, ciągłe wyrzucał sobie, że czegoś nie zrobił tak, jak planował. Z żoną rozliczał się co do złotówki, bo ileś lat wcześniej obiecał jej dwustuzłotowe "kieszonkowe".