Z drugiej strony mamy znakomitego fińskiego dyrygenta Esę-Pekkę Salonena, który wie o polskiej muzyce prawie wszystko. Kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy, zachwycał się twórczością Kazimierza Serockiego.
Adrian Thomas, Esa-Pekka Salonen z własnej, nieprzymuszonej woli są swoistymi ambasadorami muzyki polskiej na świecie. Kto jeszcze promuje polską muzykę?
Ewa Bogusz-Moore: Dyrygent Edward Gardner jest dla mnie bardzo ciekawym przykładem. Jego płyty z muzyką Lutosławskiego zostały wydane, przy naszym wsparciu, przez Chandos, towarzyszyły temu koncerty na BBC Proms. Gardner należy do nowego pokolenia dyrygentów, w przeciwieństwie do Simona Rattle'a i Esy-Pekki Salonena nigdy nie poznał Lutosławskiego. Zachwycił się tą muzyką i interpretuje Lutosławskiego na nowo, nie jest ''obciążony'' bezpośrednim wpływem twórcy.
Katarzyna Świętochowska: Wśród muzykologów oprócz Adriana Thomasa trzeba wymienić m.in. Charlesa Bodmana Rae’a, Stevena Stucky’ego, Nicholasa Reylanda – to są prawdziwi fanatycy.
Ewa Bogusz-Moore: Niektórzy nawet uczą się polskiego.
Skoro mówimy o języku - od tego pytania prawdopodobnie powinienem zacząć naszą rozmowę: dlaczego Polska Music? I nie chodzi mi tylko o nazwę waszego programu, chodzi mi raczej o polską muzykę w ogóle: to znamienne, że ta nazwa jest międzynarodowa (ale nie do końca). Trudno mówić w XXI wieku o muzyce narodowej, ale z drugiej strony ciągle w jakiś sposób to robimy, my – słuchacze, dziennikarze, pracownicy instytucji kulturalnych. O czym rozmawiamy, kiedy rozmawiamy o polskiej muzyce?
Katarzyna Świętochowska: Pytanie egzystencjalne...
Ewa Bogusz-Moore: Proponujesz zmianę nazwy? (śmiech)
Jest chyba niezła.
Ewa Bogusz-Moore: To temat, który ciągle powraca w naszej pracy. Pojęcia narodu i narodowości zmieniły się od czasów Szymanowskiego, ba, w latach 60. i 70. znaczyły jeszcze coś zupełnie innego. Wtedy mówiono o polskiej szkole kompozytorskiej, dzisiaj trudno byłoby stworzyć taki termin. Wielu polskich kompozytorów mieszka dziś za granicą, tam się kształciło i muzycznie wychowało. Mówienie o tym, że w dzieciństwie wdychali polskie powietrze i ta muzyka jest polska, jest bez sensu.
Zofia Barańska: Być może chodzi raczej o samoidentyfikację. Nasz program jest skierowany do kompozytorów, wywodzących się z Polski.
Ewa Bogusz-Moore: Na pierwszych spotkaniach mówię zazwyczaj, że chodzi nam o przedstawienie muzyki, którą my – my Instytut, my Polska Music, a może nawet my Polacy - uważamy za dobrą. Tak się składa, że mamy fundusze na promocję twórców pochodzenia polskiego i w takich ramach działamy.
Łatwo zresztą wyczuć, czy ktoś chce z nami zacząć współpracę ze względu na muzykę, czy ze względu na środki finansowe. Drugi rodzaj współpracy rzadko kiedy dobrze wychodzi. Kluczem do udanego koncertu, warsztatów, nagrania, jest czas, który partner włoży w jego przygotowanie. Jeśli artysta z Londynu, Nowego Jorku, Kijowa zainwestuje swój czas, żeby poznać polską muzykę, będzie musiał dokonywać wyborów. Wyborów, które będą zgodne z jego gustem estetycznym, poglądami, całą tożsamością.
Wasze największe marzenie związane z promocją polskiej muzyki?
Ewa Bogusz-Moore: Pozycja Szymanowskiego, Wajnberga, Lutosławskiego jest już dość silna za granicą. Mamy jeszcze Bacewicz, Serockiego, Karłowicza – z dawnych twórców. A do tego dochodzą przecież nowi kompozytorzy.
Marzenia? Chciałabym, żeby na świecie było prezentowanych więcej polskich oper. Chciałybyśmy wyjść ze ścian filharmonii, działać na pograniczu sztuk wizualnych, teatru, performansu, filmu. Pierwszy taki duży projekt oparty na ''Solaris'' Stanisława Lema będzie zrealizowany w USA w 2017 roku.