Jan Czempiński: Jak to się stało, że znalazłaś się w Londynie i tam rozwijasz karierę malarki?
Natalia Baranowska: Zawsze ekscytowała mnie wizja wyjazdu do Anglii. Pochodzę ze Śląska, w mojej okolicy nie było wielu galerii ani muzeów, miałam nadzieję, że tutaj więcej przeżyję i spotkam artystów na pełen etat. Nie zawiodłam się, ale nie od razu znalazłam się wśród malarzy. W moim otoczeniu dominowały osoby o ścisłych zainteresowaniach, i choć nie wywierano na mnie presji, to nie było też nikogo, kto przetarłby artystyczne szlaki. Uznałam, że bezpiecznym wyborem będzie architektura. Do rekrutacji przygotowywałam się w Artportfolio w Konstancinie u świetnych nauczycieli, Ani i Wojtka Pąkowskich. Dzięki nim, składając papiery na architekturę, wiedziałam już, że w pewnym momencie zmienię kierunek.
Czy dyplom architektki daje ci inne spojrzenie na malarstwo?
Tak, nie żałuję tego licencjatu, zrobiłam go w bardzo artystycznej szkole – na Central Saint Martins – znanej jako kuźnia modowych talentów. Nie było tu nacisku na konstrukcję i budowlany aspekt architektury, mogłam eksperymentować i wyniosłam mnóstwo inspiracji. Uważam, że architektura jest świetnym fundamentem dla wszystkich sztuk wizualnych, ponieważ uczy o kompozycji i materiałach, o formach płaskich i trójwymiarowych, o rysunku.
Potem przyszły studia w Royal College of Art. Spełniły twoje oczekiwania?
Tak, trafiłam na świetnego nauczyciela, Phillipa Allena, abstrakcyjnego malarza wystawiającego międzynarodowo. Zresztą wszyscy tutorzy to artyści z dużymi sukcesami, dzięki czemu potrafili nas ukierunkować, wytłumaczyć, jak funkcjonuje dzisiaj rynek sztuki. Cenne okazały się także wykłady, na które uczelnia zapraszała nazwiska z całego świata. W zeszłym roku po raz pierwszy zrealizowano kurs filozofii, a poprowadziła go prof. Johnny Golding z Nowego Jorku, poświęcając zajęcia relacjom między filozofią a sztukami wizualnymi. To mnie bardzo zainspirowało – dowiedziałam się na przykład o Jean-François Lyotardzie, który opracował pojęcie malarstwa figuralnego, a więc ani abstrakcyjnego, ani figuratywnego. Chodzi tu o formy, które mogą przypominać coś ludzkiego, realistycznego, ale nie mają tego na celu. O moment pomiędzy, w którym znaczenie dopiero się wyłania, jeszcze nieujęte w formę rozpoznawalnego przedstawienia. Miło było usłyszeć od prof. Golding, kiedy odwiedziła mnie w studiu, że widzi to w moich obrazach.