W jaki sposób wytłumaczyłbyś osobie, która nie pamięta czasów przed mediami społecznościowymi, czym był "stary Internet"?
Zaznaczam, że to tylko moje spojrzenie, które może różnić się od doświadczeń innych osób. Gdybym w tamtym czasie pracował na uczelni, zajmował się serwerami albo gdybym był członkiem sceny amigowej, czy innej demosceny – wspominałbym Internet inaczej. Byłem regularnym "słabym" użytkownikiem, który płacił pięć czy siedem złotych za godzinę (raczej mniej niż dychę), i który próbował robić strony internetowe. Bez żadnego większego namysłu i sukcesu, po prostu dlatego, że było można.
Internet był wtedy bardzo oflajnowy. Przychodziłem do biblioteki i zgrywałem strony na dyskietki, zbyt dużo ich się tam nie mieściło. Wiele czasopism komputerowych dołączało do wydania płytę CD, na której można było znaleźć pobrane witryny internetowe. W instruktażach dotyczących surfowania po sieci z połowy lat 90. poświęca się dużo uwagi sposobowi, w jakim należy korzystać z Internetu – sugerowano, żeby wczytać stronę i wyłączyć modem, żeby nie marnować pieniędzy. Zastanawiano się, w którą stronę kliknąć.
Można powiedzieć więcej: czasami był to Internet papierowy. Duża część informacji o tym, co w nim robić i jak się zachowywać, brała się z papieru. Można było przeczytać podręczniki albo kupić katalog stron internetowych. Mam taki katalog z 2000 czy 2001 roku – po prostu "5000 adresów stron internetowych". Cała książka składa się z linków i jednozdaniowych opisów. Pamiętam artykuł z "Gazety Wyborczej" opublikowany w drugiej połowie lat 90., relację z jakiegoś uroczystego dnia w Tychach, gdzie pewna firma udostępniła dzieciakom komputery, żeby zobaczyły na czym polega ten cały Internet. Dzieci przychodziły z zeszytami, w których miały zanotowane adresy stron. Informacja o webie pochodziła przede wszystkim z zewnątrz, dzisiaj można powiedzieć, że Internet jest autoreferencyjny – medium mówi samo o sobie. Nadal istnieją jakieś przewodniki dla seniorów uczących się obsługi komputera, ale poza tym trudno znaleźć konkretne informacje o Internecie w druku.
Mówi się, że jedną z naczelnych metafor wczesnego Internetu jest właśnie surfowanie – na okładce magazynu "CHIP" pojawia się na przykład podobizna człowieka poruszającego się na myszce po kuli ziemskiej. U nas raczej nie było to surfowanie, ale ostrożne wybieranie zasobów – każdy ruch w Internecie wymagał namysłu nad tym, czy to się opłaca. Dużo mówią nam nazwy do kontrolowania ilości impulsów, czasu połączenia: programy typu "Bankrut". Kiedy przekroczyłeś założony przez siebie czas połączenia, byłeś automatycznie rozłączany. Mnie to bezpośrednio nie dotykało, w bibliotece albo kafejce problemem był czas.
Większość stron oparta była na tekście i grafice.
Dzisiaj ton stronom internetowym nadaje często warstwa video, dawne witryny były mocno tekstowe. W recenzjach stron internetowych publikowanych w prasie można znaleźć takie wzmianki jak: fajna strona, ale ma za dużo grafiki, jej przeglądanie jest zbyt kosztowne.
Trzeba pamiętać, że nie było wtedy centralnej wyszukiwarki. Monopol Google'a to zdecydowanie XXI wiek, wtedy szukanie treści wymagało o wiele więcej klikania, przedzierania się przez linki. Dzisiaj link stracił na znaczeniu; wyszukiwarki podają nam wiele informacji nawet bez klikania w wyniki wyszukiwania. Instytucja strony internetowej i linku się rozmyła.
Internet był kiedyś zróżnicowany pod kątem form prezentacji, nie był podporządkowany wymogom SEO (search engine optimization – przyp. red.). Właściwie uważam SEO za wypaczenie, rzecz dość nieetyczną, polegającą na oszukiwaniu i graniu z algorytmami wyszukiwarek. Część dawnych stron na pewno była robiona z myślą o biznesie, ale duże znaczenie miały także działania impresyjne i osobiste.
Ciekawymi zjawiskami były katalogi tematyczne i top listy – agregaty linków i bannerów. Użytkownicy sami mogli zamieszczać tam treści, głosowano na najlepsze strony.
To wynikało z braku centralnego indeksu, jeśli można mówić o Google’u jako o centralnym indeksie. Ścieżki nawigacyjne, źródła nawigacji, metainformacji o internecie były robione oddolnie za pomocą toplist, webringów. Dzisiaj jest to bardzo rzadkie, właściwie niespotykane.
Jest takie opracowanie poświęcone historiografii linków od połowy lat 90. do czasów mediów społecznościowych, autorstwa Anne Helmond z Uniwersytetu w Utrechcie. Według założeń Tima Bernersa-Lee link był narzędziem nawigacyjno-informacyjnym, później stał się także nośnikiem relacji emocjonalnej (prowadząc bloga, mogłem podlinkować innych bloggerów, których ceniłem). Nawiasem mówiąc: kiedyś projektowałem przypadkiem stronę dla poety Wojciecha Wencla, miał na niej taką kibolską sekcję "Zgody i kosy", w której były linki; nie pamiętam czy w kosach zamieszczał odnośniki, czy tylko wypisywał kogo nie lubi, ale podejrzewam, że tak – to nie były czasy diabelskiego SEO, które mówi nam, żeby nie wyprowadzać ruchu poza stronę. Za Google’a link zyskał wartość komercyjną – zamieszczam link, bo ktoś mi zapłacił albo mogę czerpać z czegoś korzyść. Już nie dlatego, że coś jest dla mnie istotne emocjonalnie albo merytorycznie.
W mediach społecznościowych linki są passé. Na Facebooku stały się jakimś strasznym ciągiem niezrozumiałych znaków i atrybutów; na Instagramie nie można zamieszczać linków w postach; na Twitterze zabroniono linkowania do profili w innych mediach społecznościowych. To jest zaprzeczenie koncepcji otwartego i globalnego hipertekstu, którym miała być WWW.
Poza tym linki są coraz bardziej niefunkcjonalne, bo prowadzą do innych aplikacji, które najpierw musimy zainstalować.
Mogą być też scamem, prowadzić gdzieś, gdzie zdecydowanie nie chcielibyśmy pójść. Utrata nawigacyjno-informacyjnej funkcji linku świadczy o głębokiej różnicy pomiędzy webem lat 90. a tym współczesnym. Link, który od przełomu lat 80. i 90. miał być podstawą WWW, nieograniczonego hipertekstu, o którym myślał Berners-Lee, jest właściwie martwy, chociaż wciąż niezbędny – każdy obiekt webowy musi posiadać swój URI (Uniform Resource Identifier – przyp. red.). Jednak na co dzień, szczególnie w mediach społecznościowych, jest ukryty i mało używany. .
Wracając do charakterystyki dawnego Internetu: warto powiedzieć o jego ówczesnym zróżnicowaniu technologicznym. Nie załapałem się jako świadomy użytkownik na przestrzeń Usenetową i BBS-ową (Bulletin board system – przyp. red.). W 1998 roku, kiedy magazyn komputerowy "Chip" opublikował pierwszą płytę CD z programami, które były omawiane na łamach, reklamowali też swojego BBS-a. Można tam było ściągać oprogramowanie shareware’owe, które równolegle umieszczano na płycie. Swoje znaczenie miały też serwery FTP – służyły choćby jako repozytorium oprogramowania.
Usenet pomiędzy 1996 a 2001 rokiem umierał, przynajmniej takie głosy były w Polsce. Narzekano, że pojawiali się nowi internauci zakładający darmowe konta na Polboksie czy Onecie i zawłaszczali miejsce przeznaczone na kulturę techniczną, informatyczną. Można znaleźć rozczulające dyskusje np. na forach dziennikarskich, lamentujące nad dawnym Usenetem. Marta Juza, badaczka internetu i kultury internetowej w Polsce, w książce "Kultura Internetu w Polsce: od akademickich początków do upowszechnienia zjawiska" opisywała w jaki sposób środowisko profesjonalne, które zakładało w Polsce Internet infrastrukturalnie, ale było też odpowiedzialne za pierwsze projekty webowe, podchodziło do nowych użytkowników – internautów sprzed czasów Neostrady (popularność Neostrady to raczej lata 2003–2004, usługa działała już od 2001 roku, ale dotyczyła tylko kilkuset abonentów w Warszawie). W książce Juzy jest taki cytat jednego z polskich "ojców Internetu": "W internecie skończył się czas elit, a zaczął czas jelit".
Jakie było podejście do kwestii prywatności i anonimowości w dawnym Internecie? Media społecznościowe zupełnie zmieniły nasze postrzeganie tych kwestii.
Różnica jest fundamentalna. Ostatnio znalazłem na płycie znalazłem stronę z lat 90. stworzoną przez żołnierza po zasadniczej służbie wojskowej. Stworzył witrynę opisującą cały ten proces, począwszy od poboru do zwyczajów związanych z falą (na przykład świeży żołnierze nie mogli siadać na łóżkach w ciągu dnia). Wrzucił trzy zdjęcia z dwuletniego pobytu w wojsku. Napisał, że wrzuca trzy zdjęcia, bo reszta mu zaginęła albo nie chciało mu się szukać. To totalne zaprzeczenie współczesnej obecności w mediach społecznościowych, która zawsze zawiera w sobie jakiś pierwiastek biznesowo-wizerunkowy. To truizm, ale warto to powiedzieć. Nawet zdjęcia na Instagramie nie są żywe, raczej są wystudiowane. Jest też taki esej "In Defense of the Poor Image" napisany w obronie zdjęć i obrazków nie do końca dobrej jakości, krzywych ujęć, rozpikselowanych. Dzisiaj te biedne czy też słabe obrazki funkcjonują na chanach albo jako dank memes, ale w mainstreamie musisz być wizualnie doskonały. Wracając do strony żołnierza – publikował tam zeskanowane dokumenty, które były koniecznie do odbycia służby wojskowej, wydaje mi się, że były tam jego dane i adresy. Robił to, żeby pokazać innym, jak to wygląda, krok po kroku. Bez świadomości, że wychodzi poza bezpieczną przestrzeń danych osobowych. Wydaje mi się, że w latach 90. czy na początku 2000. mało mówiono o prywatności, bo trudno było się uzewnętrzniać w Internecie.
Na pewno wynikało to z ograniczeń infrastrukturalnych. Aby pokazywać się w Internecie, musisz mieć do niego stały dostęp, być w nim, a nie bywać. Bez stałego dostępu można prowadzić domową witrynę, ale nie pozwala to na prowadzenie regularnej transmisji z życia. Trzeba było też mieć aparat cyfrowy, co też nie było regułą przed smartfonami.
Dla mnie kwestie prywatności pojawiły się około 2004 roku, kiedy do polskiego Internetu weszło Grono.net (o Gronie można przeczytać w książce "Sieć przyjaciół. Serwis społecznościowy oczami etnografa" Piotra Cichockiego). Wcześniej miałem drobniejsze przemyślenia na temat danych o sobie – kilka razy zapostowałem coś na Usencie pod własnym nazwiskiem, a właściwie mailem uczelnianym. Niespecjalnie mi się to podobało.
Dzisiaj czytając stare źródła poświęcone Interetowi, często trafiam na wątki poświęcone zagrożeniom. Pisano często np. o podawaniu numeru swojej karty bankowej, co może doprowadzić do kradzieży. To było straszenie trochę na wyrost, bo ludzie raczej nie płacili kartami w sieci, w ogóle zakupy internetowe były rzadkością. Co ciekawe, jeden z pierwszych sklepów internetowych w Polsce zakładał Hirek Wrona – sprzedawał płyty CD (później pomagał przy stworzeniu internetowego Empiku).
Kiedyś sklepy internetowe były właściwie katalogami, w których zamówienia składało się korespodencyjnie.
Tak, chociaż zdarzały się wyjątki. Przeglądałem ostatnio materiały związane ze stroną ToTu.pl, internetowym hipermarketem z Poznania, powstałym już w 1997 roku. Gdzieś tam szczycili się tym, że pani wracająca z Francji do Polski zamówiła sobie u nich pełną lodówkę, bo nie miała kiedy zrobić zakupów podczas podróży powrotnej. Ich kluczowymi klientami byli, to cytat, "młodzi, gniewni biznesmeni, ludzie niepełnosprawni, polonusi i sekretarki dużych firm". Zakupy w sieci to raczej marginalna opowieść w badanym przeze mnie okresie.
Innym zagrożeniem było uzależnienie od Internetu, mówiono o tym nawet zanim upowszechnił się WWW. Czytałem wypowiedzi psychologów pochodzące sprzed 1996 roku, w których mówiono o uzależnieniu od gier komputerowych. Mówiono też o uzależnieniu od internetowego hazardu, ale nie bardzo było wiadomo, czy to uzależnienie od internetu, czy raczej od hazardu, które Internet tylko wzmacnia.
O prywatności zbyt dużo nie pisano. Pamiętajmy, że 2001 rok to pierwsza edycja "Big Brothera". Z jednej strony mamy telewizję, która pokazuje wszystko i prywatność nie istnieje. Z drugiej strony jest Internet, w którym nie możesz mieć pewności, czy po drugiej strony ekranu nie siedzi pies – nawiązuję do tego słynnego obrazka z 1993 roku.
W swojej pracy doktorskiej poświęcam rozdział sferze webowej środowiska LGBT – tam anonimowość się bardzo sprawdzała. Ludzie mogli względnie bezpiecznie testować, negocjować swoje tożsamości. W jednej z pierwszych książek poświęconych Internetowi wydanych w Polsce – "Wędrówki po internecie" (1999), autorka J. C. Herz – dużą uwagę poświęca sprawom tożsamościowo-anonimowościowym. Opisuje swoje doświadczenie jako kobiety na IRC-u, pisze też np. o mężczyźnie, który na IRC-u korzystając z anonimowości, może testować swoją tożsamość – kobiecą, męską, pomiędzy.
Wydaje mi się, że w mainstreamowej opowieści o historii wczesnego Internetu nie ma zbyt dużo miejsca na wątek anonimowości. Historiografia ma skłonność, żeby jechać po przeszłości jak walec, ale jeżeli spojrzymy na konkretne przestrzenie, to okazuje się, że anonimowość może mieć fundamentalne znaczenie dla niektórych ludzi. Pamiętam jeden z Copy Campów (konferencja poświęcona społecznym i ekonomicznym aspektom prawa autorskiego organizowana w Warszawie, raz w roku, przez Fundację Nowoczesna Polska), na który w 2013 roku przyjechał Eb en Moglen – współtwórca wolnych licencji GNU, współpracownik Richarda Stallmana. Moglen ma swoją koncepcję Freedom Boksów, Internetu rozproszonego tworzonego przez małe serwery wpinane do gniazdek. Widziałem, że to, co mówił, było dla tego środowiska jakoś przełomowe, perspektywa anonimowości i podmiotowości w Internecie stała się wyjątkowo ważna, ale to raczej już druga dekada lat zerowych, po Snowdenie, potem była jeszcze oczywiście Cambridge Analytica.
Czym dokładnie zajmujesz się w swoim doktoracie?
Polskim Webem od 1996 do 2001 roku. Te cezury są tak wybrane, żeby z jednej strony obejmowały źródła zarchiwizowane (Internet Archive zabezpiecza zasoby webowe od jesieni 1996 roku). 2001 rok to środek kryzysu dotcomowego w Polsce – upadek pierwszych portali wydmuszek służących do przepalania pieniędzy, takich jak Arena. Web był już skomercjalizowany, ale dostęp do niego miało w Polsce maksymalnie 20 procent populacji. Opisuję przemiany tego medium, starając się nie być właśnie walcem przechodzącym przez historię, ale ostrożnie wskazując pewne tendencje i dostrzegając nieoczywistości. Jednym z ewidentnych trendów jest zwiększanie się objętościowe zasobów Webu, co można szacować dzięki danym z Internet Archive. Widać wtedy jakościową zmianę źródeł i całego Internetu. Opisuję też różne konteksty związane z liternetem. Rynek wydawniczy dostrzegający Internet jako pewne uzupełnienie swojej działalności; księgarnie internetowe; możliwość pisania powieści z Jerzym Pilchem na stronach "Polityki" (które wtedy znajduje się na stronach Onetu), próbę napisania przez Krystynę Koftę pierwszej polskiej powieści internetowej (narzekała, że internauci nie mają wyobraźni). Opowiadam też o wojnie o polskie znaki diakrytyczne, to był spór o to, kto ma decydować o pewnych standardach – państwo, instytucje publiczne czy prywatny przedsiębiorca – Microsoft. Rozdział poświęcony bliskości rozpoczynam od kwestii uzależnienia od Internetu, kończę na przestrzeni środowiska LGBT (historia polska wzbogacona jest kontekstem amerykańskim). Poruszam też tematy związane z polityką w sieci.
Dzisiaj wielu polityków sprawia wrażenie uzależnionych od Internetu.
Wtedy pojawiały się opowieści, że Internet zrewolucjonizuje świat polityki, ale to się nie wydarzyło, nastąpiła “normalizacja medium”. Dziennikarze "Gazety Wyborczej" podkreślali, że Janusz Korwin-Mikke potrafi odpowiedzieć na 200 maili dziennie, ale nie przełożyło się to na jego sukces wyborczy, chociaż URP wygrywał w “prawyborach” w sieci przez całe lata 90. Jednym z polityków zafascynowanych Internetem był Waldemar Pawlak, z wykształcenia informatyk, który inspirował się kampaniami prezydenckimi Billa Clintona. Warto wspomnieć, że do 1995 roku doradcą Pawlaka był tragicznie zmarły w 1997 roku dziennikarz Marek Car, redaktor ukazującego się w latach 1986–1990 czasopisma "Komputer". Z kolei Józef Oleksy po zaprzysiężeniu na stanowisko premiera kazał zabrać ze swojego biurka komputer. Wtedy Internet nie był kluczowy, ale wiadomo, że stawał się coraz ważniejszym medium publicznym, chociaż raczej dla tych przekonanych – pomagał budować sztab i tworzyć propagandę polityczną. Nie było jeszcze farm botów, które mogły wpływać na wyniki wyborcze albo podburzać dyskusje społeczne.