Zuzanna Liszewska: Czym jest Instytut Dobrej Śmierci?
Magdalena Siwecka: Jest fundacją, która działa na rzecz zmiany naszego podejścia do śmierci. W codziennym pędzie zapomnieliśmy, że śmierć jest naturalną częścią życia, że nie unikniemy jej. Za mało rozmawiamy na ten temat. Instytut stara się edukować w różnych obszarach związanych ze śmiercią.
Staramy się tak rozmawiać z osobami, które do nas przychodzą, żeby z jednej strony była to rozmowa profesjonalna, a z drugiej – wspierająca i czuła. Tworzymy przestrzeń, w której każdy człowiek może nabyć wiedzę, umiejętności, narzędzia, żeby móc doświadczać przemijania – swojego lub swoich bliskich – w sposób świadomy i odważny. Chodzi o to, żeby traktować śmierć w sposób bardzo naturalny, rozmawiać o niej otwarcie, w atmosferze zarówno ciekawości, jak i szacunku, życzliwości oraz czułości.
Myślę, że nie tylko ja, ale wszyscy członkowie Instytutu Dobrej Śmierci, jesteśmy głęboko przekonani, że nasza wiedza o śmierci i naszym przemijaniu, rytuałach pożegnania wzmacnia w nas poczucie wdzięczności i szacunku wobec życia.
Instytut jest odpowiedzią na wyzwania, które tworzy współczesny świat. Przez to, że właśnie żyjemy szybko i trochę powierzchownie, tracimy kontakt z osobami w żałobie oraz z osobami z naszego bliskiego otoczenia, które umierają. Bardzo często boimy się w ogóle kontaktu z osobami na ostatnim etapie życia. Nie mamy pojęcia, jak im towarzyszyć. Mam na myśli towarzyszenie wszystkim istotom, które kochamy, nie tylko ludziom, także zwierzętom. Zamiast poznawać śmierć, oswajać ją, wybieramy taką drogę, która pozornie wydaje się łatwiejsza, czyli drogę ucieczki,
W Instytucie działa wielu ekspertów i ekspertek, którzy robią wszystko, żeby zmienić podejście do śmierci w społeczeństwie. Zapraszają do rozmowy personel medyczny, różne osoby związane zawodowo z przemijaniem, odchodzeniem, z którymi warto podejmować dialog na ten temat i których warto wesprzeć w ich codziennej pracy. Pokazujemy, jak sobie radzić, nawigujemy. Bardzo lubię to słowo: „nawigować” kogoś. Dla mnie ono znaczy: nadawać kierunek, pokazywać, towarzyszyć, być blisko, wspierać.
Śmierć przestaje być takim „medycznym problemem”, jest przecież związana z emocjami, duchowością, ma wiele aspektów i odcieni.
Kto tworzy Instytut i jakie jest w nim Twoje miejsce?
Instytut jest tworzony przez kolektyw ekspertów zajmujących się tematem śmierci, odchodzenia, żałoby, pochówku, pożegnania zawodowo. To są zarówno profesjonaliści ze świata medycyny, psychologii, jak i na przykład pedagogiki, historii filozofii. Pracują u nas także osoby z branży funeralnej czy działające w sztuce i kulturze.
Ja sama zajmuję się w Instytucie żałobą po osobach pozaludzkich. Prowadzę spotkania w kręgach żałoby dla osób przeżywających śmierć swoich zwierzęcych przyjaciół. Staram się tworzyć przestrzeń do rozmowy na temat przeżywanej przez nich żałoby. Tego, co ją poprzedziło, jak się z tym czują, z czym się mierzą. Biorę też udział jako prelegentka w spotkaniach czy dyskusjach dotyczących zwierząt i opieki nad nimi, również na ostatnim etapie ich życia, a także żałoby pozaludzkiej.
Co najbardziej pomaga osobom, które doświadczyły straty zwierzęcia? Jak sobie z tym radzą?
Może zacznijmy od tego, że powstają nowe słowa, które oddają to, jaką rolę odgrywają zwierzęta w naszym życiu. Ta rola się zmieniła. Mówimy dzisiaj: podopieczni, osoby zwierzęce, istoty pozaludzkie. Ich strata jest trudnym doświadczeniem dla opiekuna, które niestety nie zawsze spotyka się ze społecznym zrozumieniem i uznaniem.
Bardzo często opiekunowie niedługo po śmierci zwierzęcia – ale czasem też po kilku tygodniach, miesiącach – zadają sobie pytania, jak sobie z tym poradzić, jak przez to przejść. Nazywają ten czas traumatycznym. Mówią o ogromnym poczuciu tęsknoty, pustki w domu, nawet przeżywanych stanach depresyjnych, o wielkiej rozpaczy, ale równocześnie także o poczuciu winy, o przeżyciu szoku i żalu. Mówią też bardzo często o pragnieniu cofnięcia czasu.
Na to, o czym opowiadają opiekunowie, i na to, w jaki sposób odnoszą się do śmierci zwierzęcia, mają ogromny wpływ okoliczności, w jakich zwierzę odeszło. Czy była to śmierć niespodziewana, w wyniku wypadku komunikacyjnego, ataku innego zwierzęcia itd. Często taka śmierć to szok. Opiekun porusza się wtedy zupełnie po omacku.
Bywa i tak, że opiekun towarzyszył zwierzęciu w bardzo długiej chorobie i już tę żałobę zaczął przeżywać, kiedy zwierzę było terminalnie chore. Potem ma wyrzuty sumienia, czy czegoś nie zaniedbał, czy leczenie było prawidłowo przeprowadzone itd. Jest jeszcze bardzo ważny aspekt, czyli eutanazja, kiedy pojawiają się pytania: „czy nie za szybko?”, „czy nie za późno?”, „czy można było jeszcze cokolwiek zrobić?”. Te pytania są bardzo obciążające.
Spotykam się na kręgach z różnymi emocjami. Każda opowieść jest inna. Najistotniejsze wydaje mi się jednak to, że przez to, iż żałoba po śmierci zwierzęcia jest społecznie nieakceptowana i nieuznawana, opiekunowie tłumią swoje uczucia z nią związane. Myślą, że nie mają prawa płakać, gniewać się, zaprzeczać śmierci. Podczas kręgu żałoby mogą podzielić się emocjami, nawet tymi, których się wstydzą – i doświadczyć akceptacji, zrozumienia, zobaczyć, że nie są sami. Mogą odnaleźć się w historiach innych. Dajemy możliwość opłakania każdej historii.
Samo wypowiedzenie tych trudnych przeżyć pomaga?
Tak, nazwanie głośno pewnych rzeczy pomaga. To, co było naszą słabością, staje się wtedy pewnego rodzaju siłą.
Czy żałoba po istotach ludzkich i pozaludzkich czymś się różni?
Żałoba to zawsze jest sprawa bardzo indywidualna. Uważam jednak, że po każdej stracie ukochanej istoty tak samo doświadczamy bólu i smutku. Żałoby nie można wartościować. Niestety mogę jednak potwierdzić, że na pewno żałoba po człowieku i po zwierzęciu różni się tym, jakie mamy szanse na otrzymanie pomocy, wsparcia… Żałoba za istotami pozaludzkimi jest często społecznie nieuprawniona, podobnie jak inne żałoby na przykład po stracie nienarodzonego dziecka – albo chociażby przemocowego partnera itd. Długo zakładało się, że życie zwierzęcia jest mniej wartościowe, więc żałoba po jego stracie powinna pozostać w sferze prywatnej. I szybko minąć.
Każdy człowiek, który traci kogoś ukochanego, przeżywa to w swój indywidualny sposób, jednocześnie istnieją pewne podobieństwa stanów emocjonalnych, które przeżywamy. Zbadała to psychiatrka Elisabeth Kubler-Ross, pisała o tym w swojej książce Rozmowy o śmierci i umieraniu. Mówiła o podobieństwach przechodzenia przez żałobę, o etapach żałoby. Chociaż – jeszcze raz zaznaczę – nie każdy człowiek przechodzi przez wszystkie etapy, które wyszczególniała Kubler-Ross, każdy przechodzi je inaczej, czasem w różnej kolejności i w różnym czasie.
Żałoba trwa tyle, ile u danego człowieka musi trwać, ile dany człowiek potrzebuje, żeby wypełnić pustkę, która w jego życiu pojawiła się wraz ze stratą. Okrucieństwem jest naciskanie na kogoś i mówienie: „Daj sobie spokój. Ile można rozpaczać po kocie?”. Albo: „To przecież był tylko pies”. „Przecież to był tylko kot”, „to był tylko chomik”. „O co ci chodzi? Weź się w garść”. Takie słowa są okrutne i raniące, nie pomagają. Dodają dodatkowego ciężaru.
Czy uważasz, że w ciągu ostatnich lat coś się zmieniło w kwestii postrzegania żałoby za istotami pozaludzkimi?
Myślę, że wciąż jest ogromna praca do wykonania. Ale oczywiście przez te sześć lat, od kiedy się tym zajmuję w Instytucie, widzę ogromną różnicę w podejściu do tematu.
Podejście do roli zwierzęcia w naszym życiu zmieniła przede wszystkim pandemia. Ludzie zobaczyli wtedy, jak ważna jest obecność żywego istnienia obok nas. Wiele osób adoptowało wtedy zwierzęta. Po pandemii ludzie zaczęli śmielej mówić o tym, jak ogromne mają dla nich znaczenie, zaczęło się więcej mówić na ten temat. Także o bólu po stracie naszych zwierzęcych przyjaciół.
Pamiętasz dyskusję, którą wywołała kontrowersyjna wypowiedź profesora Bralczyka? W Culture.pl napisała o tym Marcelina Obarska.
Tak, w 2024 roku w czasie wakacji profesor Bralczyk wywołał dyskusję, czy pies zdycha, czy umiera. Później tłumaczył to w ten sposób, że w języku polskim „zdechł” oznacza „wydał dech”. Cały czas podkreślał, że językoznawcy uznają obydwa słowa jako poprawne i mogą być używane w zależności od tego, jaki jest kontekst danej wypowiedzi.
W tamtej historii najważniejsze jest to, że w ogóle słowa profesora Bralczyka wywołały publiczną dyskusję na temat śmierci zwierząt, ich odchodzenia, żałoby po nich. A to ważny temat.
Ja o swoich zwierzętach mówię, że umierają. Uważam, że każdy z nas ma prawo kochać każdą istotę, która odgrywa ważną rolę w jego życiu. Jako że coraz częściej traktujemy zwierzę jak członka rodziny, zmienia się też język, jakiego w odniesieniu do nich używamy. Kiedyś były inne słowa zarezerwowane dla zwierząt, inne dla ludzi, teraz to się zmienia. Choć wciąż na przykład zwierzę ma łeb, a my mamy głowę itd., to jednak mniej jest słów typowo ludzkich i typowo zwierzęcych. Jako ludzie zeszliśmy z piedestału, już nie mamy takiego przekonania, że zwierzęta nie są godne „ludzkich” słów. Moim zdaniem nie umniejsza to człowiekowi, jeśli powiemy, że zwierzę umiera czy odchodzi.
Czy twoja praca zmieniła cię, wpłynęła na to, jakim sama jesteś opiekunem dla swoich zwierząt?
Moja wiedza i moja praca związana ze śmiercią zwierząt i z żałobą pozaludzką, dała mi szansę pożegnać się w sposób świadomy i godny z moim psem, który umarł w sierpniu 2025 roku.
Takiej szansy nie miałam wcześniej, kiedy żegnałam swoje wcześniejsze zwierzęta. Nie z każdym w ogóle mogłam się pożegnać. A jeżeli doświadczałam tego pożegnania, to odbywało się to w strachu i potwornym stresie.
Tym razem cierpienie było równie silne, tęsknota jest nadal równie silna, ale też odczuwam ulgę, że przeprowadziłam i przeżyłam to pożegnanie, to odchodzenie w piękny i godny sposób.
Co mogę zrobić po śmierci zwierzęcia z jego ciałem?
Warto wcześniej sprawdzić jakie są dostępne możliwości, tam, gdzie mieszkamy. Gdzie jest najbliższy cmentarz dla zwierząt lub ośrodek kremacyjny. Czy są gdzieś w pobliżu kliniki weterynaryjne, które mogą pomóc przechować ciało zwierzęcia w odpowiednich warunkach, lub współpracują z krematorium i mogą wesprzeć opiekuna we wszystkich sprawach organizacyjnych. Można zwierzę skremować i zachować jego prochy. Przechowywać je w domu lub pochować na cmentarzu. Można także wybrać tradycyjną formę pochówku – lista cmentarzy dla zwierząt jest dostępna na stronie internetowej Państwowego Inspektoratu Weterynarii. Utylizacja przemysłowa jest okrutna.
Samowolny pochówek nie jest dobrym rozwiązaniem?
Nie jest. Wielu opiekunom wydawać się może, że zakopanie ciała pupila w pobliżu domu jest naturalne. Samodzielny pochówek zwierzęcia w ziemi jest jednak zakazany przez prawo. Stanowi on wykroczenie, za które można otrzymać mandat w wysokości nawet 1000 złotych.
Kiedy rozmawiam o tym z opiekunami zwierząt, którzy nie zgadzają się z tym przepisem prawa, często słyszę argument, że przecież zwierzęta w lesie też tak umierają i przecież nic złego się nie dzieje… To nie do końca jest to samo – pamiętajmy, że zwierzęta, które umierają w lesie, wcześniej też w tym lesie żyły i są częścią tego ekosystemu, w przeciwieństwie do zwierząt domowych. Nie były leczone lekami, nie były karmione ludzkim jedzeniem ani przetworzoną karmą. Poza tym nad tym, co się dzieje w lesie, czuwa też służba leśna.
Wrócimy teraz do zwierząt towarzyszących – przyjmijmy, że opiekun chce zakopać je u siebie w ogródku. To po pierwsze zanieczyszcza ekosystem. Jeżeli zwierzę przewlekle chorowało i przyjmowało leki, to przedostają się one do gleby oraz wód gruntowych, skażając środowisko.
Środki podawane podczas eutanazji, podobnie jak leki dla zwierząt cierpiących na choroby wirusowe, są bardzo silne i długo pozostają w ciele zwierzęcia. Kontakt z nimi może spowodować ciężką chorobę, a nawet śmierć u padlinożernych zwierząt, takich jak szczury, owady, lisy czy psy, które będą miały dostęp do zakopanego ciała.