Dekoracje miały to zasłonić?
Na niektórych ulicach powstały nawet formy przypominające zadaszenia z materiału, kolorowe pasaże. Tak było na przykład na Nowym Świecie czy Alejach Ujazdowskich. To tworzyło przytulną, domową atmosferę – szło się pod falującym sufitem.
Zastanawiałam się, gdzie spali uczestnicy, te prawie 30 tysięcy osób z zagranicy i 150 tys. z Polski? Wszyscy byli rozlokowani po domach? W Festiwalu piszesz, że nie chciano przyjmować Niemców.
Większość „zagraniczników” mieszkało w nieczynnych w czasie wakacji szkołach, bursach studenckich i w budynkach wyższych uczelni. Tylko najważniejsi goście honorowi mieszkali w hotelach. Dla polskich delegatów wybudowano trzy miasteczka festiwalowe: na Grochowie, Rakowcu i Bielanach. Poza tym te 150 tys. uczestników z Polski nie przyjechało w tym samym czasie, tylko chyba w czterech turach.
A co do nieprzyjmowania Niemców – to była plotka, ale brzmiała prawdopodobnie. Cały czas trzeba pamiętać, że to było ledwie 10 lat po wojnie. Oczywiście głównie przyjeżdżała młodzież, która podczas okupacji miała kilka lat. Ale już np. ludzie z obsługi technicznej teatrów, kierowcy autokarów czy cyrkowcy byli w starszym wieku.
To naprawdę musiało być bardzo trudne dla Polaków, słyszeć kolejny raz ten język na ulicach. Aż trochę dziwne, że jednak tych burd nie było.
Była plotka, że dwaj Niemcy zostali zabici, ale to nie zostało nigdzie potwierdzone. Okazuje się chyba, że radość i nadzieja były większe. Chociaż krążyły też wśród Polaków inne plotki: że Niemcy fotografują ruiny, opowiadają, jak im się tu mieszkało za okupacji albo że niemieccy kierowcy rzucają cukierki w błoto i robią zdjęcia polskim dzieciom, jak je podnoszą z tego błota.
Skąd znasz uliczne plotki sprzed siedemdziesięciu lat?
One są jak najbardziej spisane, znajdują się w Archiwum Akt Nowych, tam zresztą znajduje się obszerna dokumentacja festiwalu. Każdy może pójść i przeczytać. Na festiwal trzeba było zwerbować – nie w sensie werbunku agenturalnego, tylko po prostu zatrudnienia – tłumaczy z różnych języków, to była rzesza ludzi. Każdy z gości honorowych, a było ich kilkudziesięciu, miał prawo do indywidualnego tłumacza, poza tym tłumaczy miała każda większa grupa, zespół muzyczny itd. Taką tłumaczką była na przykład Agnieszka Osiecka. No i ci tłumacze mieli m.in. zadanie, z pogranicza donosicielstwa, aby zdawać relacje z tego, co im się wydawało problematyczne czy niebezpieczne. I to dzięki nim znamy plotki o Niemcach, wspominających swoje dawne warszawskie lata, były jak najbardziej problematyczne, bo groziły zamieszkami czy bójkami.
W twoim komiksie plotki rodzą się nie na bazarku czy na ulicy, ale w zakładzie fryzjerskim. To też jest kawałek historii – pokazujesz, gdzie w latach 50. chodziło się pogadać.
Jeden z zabawniejszych fragmentów Złego Tyrmanda to inwokacja do warszawskich fryzjerów, zgodnie z którą strzegą oni tajemnych mądrości wyrosłych na wielowiekowych kontaktach z ludzką próżnością. Więc to był jeden powód, a drugi i ważniejszy, że potrzebowałem figury kogoś, kto narzeka, pamięta wojnę, jest nieufny wobec nowej rzeczywistości, któremu ten cały festiwal się nie podoba.
Tu trochę insidersko zwrócę uwagę, że postaci osób z zakładu fryzjerskiego są inaczej rysowane, bo miały wyglądać jak postaci z komiksów przedwojennych. Fryzjer jest wzorowany na postaci Kornela Makuszyńskiego, a gość z gazetą, który narzeka, wygląda jak Marian Walentynowicz, twórcy komiksu o Koziołku Matołku.
Goście zakładu fryzjerskiego bardzo się interesują festiwalem, ale wcale się z niego nie cieszą, narzekają, boją się, co się stanie. Nie lubią Niemców, ale o delegacji z Izraela też nie wypowiadają się najlepiej.
Nie wiem, czy tak było naprawdę, to już jest po prostu fabuła komiksu. Za to na pewno są potwierdzone historie, że Żydzi, którzy przetrwali wojnę i zostali później w Polsce, byli pod wrażeniem delegacji z Izraela, podobno ze łzami w oczach witali te kobiety, te dziewczyny, tych chłopców, silnych, zdrowych.
Czy trwająca właśnie świetna wystawa Lato, które zmieniło wszystko. Festiwal 1955 w Muzeum Warszawy jest zbiegiem okoliczności?
Na pewno nie wynika z mojego komiksu, jeżeli o to pytasz. Okazało się, że przez jakiś czas nasze prace toczyły się równolegle. Ale po wydaniu Festiwalu kuratorka Zofia Rojek zaprosiła mnie do współpracy. To było bardzo miłe. Podzieliłem się jakimiś swoimi materiałami, a Zofia mi przysłała swoje, do których wcześniej nie dotarłem. Moje źródła to była prasa codzienna i niecodzienna, Archiwum Akt Nowych, pamiętniki, historyczne teksty, trochę literatury i sztuki, kroniki filmowe, archiwa fotograficzne, ale na przykład zupełnie nie skorzystałem z radia – chociaż wiedziałem przecież, że przez te sierpniowe tygodnie był kanał festiwalowy. I najważniejsze – pisząc komiks, nie rozmawiałem z jego świadkami, tymczasem Zofia Rojek i współkurator Błażej Brzostek dotarli do wspomnień zwykłych ludzi. Można ich posłuchać, na wystawie w kilku miejscach wiszą słuchawki, z których można skorzystać.
To dziś chyba najsilniejszy trend opowieści o świecie: mikrohistoria, historia mówiona, indywidualna.
Nie wiem, czy najsilniejszy, ale mój komiks Brzask o powrotach do zburzonej Warszawy dzień po wyjściu z niej Niemców, który wyszedł w styczniu 2025 oku, jest prawie w całości na podstawie materiałów historii mówionej z Domu Spotkań z Historią.
Masz w planach kolejne komiksy o tematyce historycznej?
Jako że mam małe dziecko, wiem, że na pewno jeszcze przynajmniej przez kilka lat nie będę w stanie napisać czegoś takiego, jak Festiwal, bo to wymagałoby wielkiej kwerendy, a ja ten czas po prostu wolę spędzić z córką. Ale jednocześnie mało rzeczy mnie tak cieszy, jak grzebanie w archiwach, to najprzyjemniejsze w całym procesie pisania. I na pewno do tego wrócę, bo to jest bardzo inspirujące.
W zasadzie, czego bym nie przeczytał w archiwum, to chcę o tym opowiedzieć.