W powieści Zygmunta Miłoszewskiego "Jak zawsze" akcję wprawia w ruch niewytłumaczalna anomalia – oto para głównych bohaterów cofa się pół wieku wstecz, do swojej młodości, rozgrywającej się jednak w alternatywnej wersji historii. W tym nieco przemodelowanym porządku powojennego świata Polska wczesnych lat 60. znajduje się w orbicie nie ZSRR, ale Francji, w Warszawie wyrastają bloki, ale projektowane przez Le Corbusiera, zamiast Placu Defilad centrum miasta przecinają obsadzone drzewami bulwary w haussmannowskim duchu, wokół których mnożą się gwarne kawiarnie, a na ulicach nierzadkim widokiem są migranci z Maghrebu. Tyle fikcja. A jeśli mieszkanki i mieszkańcy prawdziwej PRL-owskiej Warszawy mogli kiedykolwiek przeżyć kilkanaście dni w takiej alternatywnej rzeczywistości, było to na początku sierpnia roku 1955.
W roku 1954 z Polski Ludowej za granicę wyjechało nieco ponad 16 tysięcy osób. Wśród nich jedynie 2116 przekroczyło granice państw spoza bloku wschodniego. Te mikroskopijne jak na ponad dwudziestosiedmiomilionowy kraj liczby najlepiej uświadamiają, jak wielkim wydarzeniem był V Światowy Festiwal Młodzieży i Studentów, na który do stolicy zjechało ponad 26 tysięcy osób z kilku kontynentów – obok ponad 137 tysięcy delegatów i delegatek krajowych. Nastolatkowie i dwudziestoparolatkowie, których dzieciństwo i młodość upłynęły w cieniu najpierw okupacji, a następnie stalinizmu, po raz pierwszy zetknęli się realnie ze światem poza Polską Ludową, a nawet poza żelazną kurtyną – reprezentowanym nie przez prasowe teksty, fotografie i obrazy, ale konkretne twarze, głosy, ciała. Każda przybyszka, czy to z NRD czy z Algierii, mogła się przez moment poczuć jak gwiazda filmowa, rozdająca na lewo i prawo autografy, które kolekcjonowano w "pamiętnikach festiwalowych".