Dlaczego postanowiła pani go upamiętnić?
W 2019 roku odbyłam dość przypadkową rozmowę, która przypomniała mi rodzinną historię zaginionego Stradivariusa. Miałam nadzieję, że odszukam w intrenecie informacje o jego dalszych losach. Ta zagadka nadal nie została rozwiązana, ale dzięki temu znalazłam ogłoszenie o przepięknie odrestaurowanym fortepianie stołowym. Skontaktowałam się z Douglasem Hollick’em, odpowiedzialnym za odnowienie tegoż instrumentu. Przysłał mi artykuł, który napisał o Yaniewiczu w czasie pracy nad naprawą fortepianu. Dzieje jego kariery muzycznej były dla mnie objawieniem, historią, która powinna być opowiedziana. Wtedy wpadłam na pomysł zorganizowania wystawy, która połączy historię Yaniewicza z perspektywą bardziej osobistą, rodzinną. Historię ilustrowaną portretami, listami, przedmiotami przechowywanymi w rodzinie. Z pomocą Scottish Polish Cultural Association przeprowadziłam kampanię crowdfundingową zbierającą fundusze na wykupienie fortepianu i sprowadzenie go do Szkocji. Jest centralnym punktem wystawy upamiętniającej muzyczne dziedzictwo Yaniewicza.
Pani matka, Ailsa Dixon, była kompozytorką. Babcia, Pat Harrison, założycielką festiwalu Little Missenden Festival. W jaki sposób wpłynęło to na pani życie? Czy w pani domu się muzykowało? Istniały jakieś zwyczaje związane z muzyką?
Muzyka jest w naszych genach. Moi rodzice byli nauczycielami muzyki, grali razem koncerty; dorastając uczyłam się gry na różnych instrumentach, grywałam na uroczystościach w babcinym domu. Od małego słuchałam wspaniałych koncertów (szczególnie na festiwalu założonym przez moją babcię).
Odkąd pamiętam, istotną częścią mojego życia jest śpiewanie. Myślę, że odziedziczyliśmy po przodkach także przedsiębiorczość, która towarzyszy naszej pasji do muzyki. Wizja i determinacja babci doprowadziła do powstania festiwalu, który działa już od 60 lat. Kiedy dorastałam, mama wystawiała sztukę Händla, później swoją własną operę, która była wyraźnym początkiem jej kariery kompozytorskiej. Doprowadziłam do wykonania hymnu, który moja mama napisała w latach 80. Usłyszała go po raz pierwszy trzy dekady później, pięć tygodni przed swoją śmiercią. Ten koncert rozpoczął renesans zainteresowania jej muzyką, poniekąd na fali wzrastającego zainteresowania twórczością kompozytorek. Od tamtego czasu przeszukuje jej archiwum, wypatruję okazji do prezentowania jej muzyki. Wiele z utworów mamy prawykonano dopiero po jej śmierci. Ten projekt jest dla mnie sposobem na utrzymanie żywej pamięci o niej.
Czy lubi pani słuchać muzyki Janiewcza?
Lubię, bardzo! Przebywanie z jego muzyką wykonywaną na odnowionym fortepianie było wyjątkowo przyjemne. Mam jednak wrażenie, że istota jego twórczości, dusza tej muzyki, tkwi w koncertach skrzypcowych – tam możemy najlepiej zaobserwować jego kunszt kompozytorski. Koncerty skrzypcowe przekazują nam opowieść o jego kosmopolitycznej karierze, połączeniu wiedeńskiego brzmienia tamtych czasów, dobrze rozpoznawalnego idiomu Mozartowskiego, z polskimi tańcami ludowymi. Dwa z koncertów skrzypcowych nagrał Zbigniew Pilch, który gościł w Edynburgu w maju. Razem ze swoim kwartetem The Violin Consort zagrał kameralne wersje koncertów. Cudownie było usłyszeć solowe partie skrzypiec wzbijające się ku sklepieniu katedry św. Idziego w Edynburgu (St Giles’ Cathedral, Cathair-eaglais Naomh Giles). Jeszcze w tym roku Scottish Chamber Orchestra zagra koncerty z trzema koncertami skrzypcowymi Yaniewicza. Będą to pierwsze brytyjskie orkiestrowe wykonania utworów mojego przodka – pierwsze od czasów, w których sam był solistą. Jestem tym bardzo poruszona.
Uwielbiam też jego "Elegię" na skrzypce i fortepian – mój wujek posiada egzemplarz aranżacji Alfreda Moffata (szkocki kompozytor i kolekcjoner muzykaliów – przyp. red.) dedykowanej wnukowi Yaniewicza. Przesłał mi partyturę, nagrania można posłuchać na stronie www.yaniewicz.org/music. Zastanawiam się, co, lub kogo, opłakiwał tym utworem. Może wspominał jedno ze swoich dzieci, zmarłe w niemowlęctwie? Albo utratę swojej ojczyzny, Rzeczpospolitej Obojga Narodów?
Czy związki z polsko-litewską historią były istotne w pani rodzinie?
Myślę, że w przeszłości muzyka miała o wiele większy związek z tożsamością narodową, ale badanie historii Yaniewicza rozwinęło we mnie uczucie bliskości z Polską i Litwą. Jeszcze nigdy tam nie byłam, ale bardzo chcę wybrać się w taką podróż. Zaprzyjaźniłam się ze wspaniałymi ludźmi ze społeczności szkockich Polaków, stali się wielkimi poplecznikami mojego projektu, razem z partnerami z Instytutu Adama Mickiewicza w Warszawie.
Jeśli chodzi o kwestię historii, uderzają mnie podobieństwa pomiędzy czasami Yaniewicza i naszymi. Yaniewicz był uchodźcą, uciekł przed przemocą rewolucji francuskiej do Wielkiej Brytanii. Jego ojczyzna była w tym czasie przedmiotem rozbiorów trzech imperiów. Nie bez powodu nadałam wystawie tytuł "Music and Migration" – chciałam podkreślić znaczenie dziedzictwa związanego z wymianą kulturową, pokazać w jaki sposób polsko-litewski migrant był wśród ojców-założycieli pierwszego muzycznego Edinburgh Festival. To bardzo ważne, szczególnie w kontekście zmieniających się stosunków Wielkiej Brytanii z Europą i milionów ukraińskich uchodźców. Ich widok, zmierzających ku polskim granicom z chwytanym w pośpiechu dobytkiem, przywodzi mi na myśl Yaniewicza, który dopływając do Wysp Brytyjskich, nie miał ze sobą prawie nic, poza skrzypcami. Musiał zacząć życie od początku, zbudować pozycję wykonawcy i przedsiębiorcy muzycznego. Nasza kultura bardzo wiele zawdzięcza imigrantom, jesteśmy im coś winni.