Opera jest napisana po angielsku, choć opowiada o Ukrainkach, które mówią po ukraińsku, a w Chersoniu często też po rosyjsku. Czy ta wielojęzyczność gdzieś w spektaklu wybrzmiewa? Czy angielski jest tu językiem „świata, który patrzy”?
Myślę, że autorom zależało też na tym, by historia była dostępna dla jak największej widowni. Żałuję, że opera nie jest wykonywana po ukraińsku.
Czy była pani na kijowskiej premierze utworu w wersji koncertowej?
Niestety nie. Ale wiem, że to było niesamowite wydarzenie. Właściwie można się zastanowić, czy Matki Chersonia nie mogłyby istnieć bez inscenizacji – wszystko, co najważniejsze, dzieje się tam w przestrzeni muzycznej. Maksym Kołomyjec powiedział: „Lepiej by było, żeby ta opera nie musiała powstać”. Cieszylibyśmy się, gdyby tego tematu nie było i gdybyśmy mogli nadal inscenizować dawny repertuar. Zajmować się tym, jak i dlaczego powstał Rigoletto i że król był okropny.
Król nadal jest okropny.
To prawda. A chcielibyśmy, żeby takie historie należały do przeszłości. Żeby opowiadać historię zła jako przypomnienie i ostrzeżenie, a nie jako teatr dokumentalny.
Pracując nad Matkami Chersonia, zastanawiałam się nad powtarzalnością historii. Dlaczego ludzie nie potrafią wyciągnąć wniosków z tragedii i budować bezpiecznego świata? Rozwijamy się technologicznie, wystrzeliwujemy się w kosmos, a nie potrafimy normalnie razem żyć na tej planecie. Skąd bierze się ta nienawiść, ten polityczny narcyzm, walka o własne ego?
Zaczynaliście pracę nad Matkami Chersonia w zupełnie innym klimacie społecznym. W ostatnich miesiącach bardzo pogorszyły się stosunki polsko-ukraińskie. Czy to wpływa na pracę?
Od początku inwazji z całą rodziną bardzo staraliśmy się pomagać Ukraińcom. W mieszkaniu mojej Babci nadal mieszkają moje ukraińskie przyjaciółki. Przewinęło się przez nasz dom wiele rodzin – z Irpienia, z Kramatorska, z Kijowa – dorośli, osoby starsze, niemowlaki, nastolatki, kobieta w ciąży i jeden kot. Pamiętam wszystkich. Pamiętam bliźniaki chore na covid, nastoletnią mistrzynię sportową, niesłyszącą artystkę malarkę i płaczącą matkę, która wahała się, czy wracać do Kijowa, czy jechać do Francji. Pamiętam mój własny wstyd, kiedy szłam przez Dworzec Centralny w Warszawie, wyławiając wzrokiem najbardziej potrzebujących pomocy i pomijając innych.
Myślę, że w obecnym pogorszeniu stosunków dużą rolę odegrała polska polityka. Idąca z góry radykalizacja nastrojów padła na podatny grunt u tej części społeczeństwa, która nie potrafi sama właściwie ocenić sytuacji. Ludzie zawsze szukają sobie wroga. Kilka lat temu byli to uchodźcy, którzy przedostawali się do nas przez granicę białoruską i szukali w Polsce ratunku. Działa się tam potworna krzywda, zresztą nadal jest to nierozwiązany temat.
Na szczęście nacjonaliści nie są w Polsce większością. Myślę, że ogromna liczba ludzi widzi, co się dzieje, a los najsłabszych, najbardziej poszkodowanych przez wojnę wciąż jest dla nas ważny.