Czy w twojej rodzinie są jakieś historie związane z powstaniem warszawskim?
Ernesto Gonzales, fot. wydawnictwo Egmont
Moi dziadkowie mieszkali w 1944 roku w stolicy, nie brali udziału w walkach. Starali się przeżyć, ale babcia nie lubiła na ten temat mówić. Myślę, że wypierała wspomnienia z powstania, nie chciała ich mielić w głowie. Dopiero pod koniec życia nieco się otworzyła, opowiadała o dramatycznych momentach z tamtego czasu. Pierwszy to ucieczka po trupach. Dosłownie. Biegła po deskach poukładanych na zwłokach. Drugie wspomnienie, to scena, w której dziadek stoi już pod ścianą, tuż przed egzekucją. Babcia uwiesiła się jakiemuś Niemcowi na ramieniu i ten w końcu dziadka pogonił, ocalił mu życie. I jeszcze został w rodzinie ryngraf, który babcia wyniosła z powstania. To na nim wzorowałem się rysując historię "Traf". Trochę jest w komiksie za duży, ale to celowe uproszczenie.
Te wspomnienia skłoniły cię do rysowania prac na konkursy organizowane przez Muzeum Powstania Warszawskiego?
Pierwszy, który zrobiłem, wcale nie był na konkurs. Zrobiłem go za kasę, taka jest banalna prawda. W ogóle opowieści wojenne, nie tylko o powstaniu, to coś, co mnie nigdy specjalnie nie interesowało. Tolerowałem je niemal wyłącznie w postaci komediowej albo przygodowej. Indiana Jones tłukący nazistów czy Clint Eastwood jadący po "Złoto dla zuchwałych" – wiadomo, to zawsze jest fajne.
Ale któregoś dnia dostałem telefon, że Tomek Leśniak, który pracował nad powstańczym projektem, miał inne zobowiązania i nie wyrobi się z terminem. Czy mógłbym go zastąpić? Kręciłem nosem, bo czasu było bardzo mało, ale żona mnie namówiła, to jej zasługa. No i dobrze płacili, więc się zdecydowałem. Intrygowała mnie też współpraca z Muzeum Powstania Warszawskiego, bo to był wtedy świeży projekt, inny niż wszystkie.
Który to był komiks?
"Śnieg" według scenariusza Rafała Skarżyckiego. Wyjątkowa i niezwykła historia. Ale ta praca, zrealizowana w wariackim tempie, bo miałem na nią jakieś trzy tygodnie, sprawiła, że się wciągnąłem. Zaangażowałem się emocjonalnie w konkursy organizowane przez Muzeum, robiłem na ich potrzeby komiksy do scenariuszy Grzegorza Janusza.
Poza tymi krótkimi formami mieliście w planach także komiks pełnometrażowy.
Plansze z komiksu "Jesienią", ilustracje: Ernesto Gonzales, scenariusz: Grzegorz Janusz, fot. z archiwum autora
Wygraliśmy nawet konkurs na album o powstaniu. W Muzeum Ziemi na schodach jest plama, prawdopodobnie ślady krwi nieznanego powstańca, który tam zginął. Widoczne do dziś, teraz przykryte grubym szkłem. Dla Grzegorza był to punkt wyjścia do opowieści o człowieku, który ginie od niemieckiej kuli, a wtedy pojawia się diabeł i mówi: "Tak nie musi być, możemy coś zrobić z twoim życiem". Powstaniec wchodzi w układ z diabłem, cofa się w czasie, unika trafienia kulą, ale zaraz potem ginie zabity pociskiem z moździerza. A wtedy diabeł proponuje kolejny deal. I tak się cofają w czasie, ale każde życzenie powstańca jest niedoskonałe, wciąż coś idzie nie tak. W końcu widzimy, jak wyglądałaby Warszawa, gdyby powstanie w ogóle nie wybuchło. Miasto zdominowane przez Sowietów, odbudowane na planie gwiazdy – która może być również pentagramem – z Pałacem Kultury na czubku każdego z ramion. Wszędzie pomniki Stalina, a w kinach film "Kał" Andrzeja Wajdy, o tym, jak to źle, że nie wybuchło powstanie…
Mocne.
Dla mnie to była przede wszystkim historia o tym, że pora zakończyć roztrząsanie, czy powstanie było potrzebne, czy nie. To przeszłość, której nie zmienimy, wyciągajmy z niej wnioski, ale nie musimy ciągle gdybać. Z różnych względów nie doszło do podpisania umowy na ten komiks, ale kiedyś chciałbym do niego wrócić.
W "Nim wstanie dzień" jest jedna historia, która moim zdaniem, nadawałaby się na pełnometrażowy album. To "Legendy", w których u boku powstańców walczą Syrenka, Bazyliszek i Złota Kaczka.
Okładka i plansza z komiksu "Nim wstanie dzień", ilustrator: Ernesto Gonzales, scenariusz: Grzegorz Janusz, Marika, Tomasz Pastuszka, Rafał Skarżycki, fot. wydawnictwo Egmont 2020
To moja wersja historii, którą kiedyś na konkurs napisał i narysował Tomasz Pastuszka. Urzekła mnie, uważam, że to jeden z najbardziej niedocenionych komiksów w historii całego konkursu, zdobył tylko wyróżnienie. Postanowiłem narysować ją po swojemu, troszkę pozmieniać, wiadomo, jak to w remake’u. Mam nadzieję, że udało mi się ją godnie uzupełnić. I kto wie, może warto byłoby do tego wrócić, opowiedzieć, co działo się wcześniej?
W albumie znalazł się jeszcze "Idziemy w noc", komiks niecodzienny, bo złożony z kadrów teledysku do piosenki Mariki.
Namówił mnie do tego Tomasz Kołodziejczak z Egmontu, wydawca albumu. Nie chciałem początkowo go wykorzystać, bo wydawało mi się, że nie pasuje do reszty komiksów, ale w końcu uznałem, że pełni funkcję zaskakującego przerywnika. Warto zaznaczyć, że do klipu robiłem ilustracje i koncepcje graficzne, ale animował i reżyserował go Paweł Stankiewicz. I wykonał świetną robotę, wiele pomysłów w tym teledysku wyszło od niego.
Czy pracując nad tymi komiksami robiłeś jakiś specjalny research? Szukałeś zdjęć, dokumentów?
Gdy pracowałem nad "Śniegiem", miałem do dyspozycji zaledwie kilka zdjęć. Wtedy jeszcze nie było tak wielu ogólnie dostępnych materiałów w internecie, Muzeum też nie było w stanie specjalnie mi pomóc, a chciałem się dowiedzieć, jak wyglądały zimowe mundury niemieckich żołnierzy stacjonujących w Warszawie. Więc wykorzystałem obrazy z gry "Call of Duty 2" – tam niemieccy żołnierze w Stalingradzie mieli takie białe parki. W Warszawie ich pewnie nie używali.
Kiedy rysowałem "Chodzące nieszczęście", jednym z warunków konkursu było to, by w komiksie pojawiły się kadry wzorowane na autentycznych zdjęciach z powstania. Wykorzystaliśmy z Grzegorzem fotografie Eugeniusza Lokajskiego – pojawia się ich w komiksie kilka, w tym słynny autoportret, na którym trzyma czarnego kotka. Bardzo poruszające zdjęcie.
Ale inspirują mnie także inne rzeczy, nie związane z powstaniem czy w ogóle z historią. Od strony wizualnej fascynują mnie np. włoskie horrory z lat 70., filmy Dario Argento i Mario Bavy. Podoba mi się w nich gra światłem i kolorami. Wzorem jest dla mnie też kino hiszpańskie: to, jak rozlicza się z demonami przeszłości w kryminałach albo horrorach. Tak jak zrobił to choćby Guillermo del Toro w "Labiryncie fauna".