To obraz przypominający czarne i białe figury na szachownicy albo bajkę dla dzieci, gdzie w walce starły się siły dobra i zła. Należy jednak podkreślić, że to straszna bajka. Odcienie i niuanse, które znaczą świat dorosłych, prawie zniknęły. Po tej jasnej stronie jest co najmniej pół miliona Białorusinów, którzy wyszli i nadal wychodzą na ulice stolicy (i prawie wszystkich pozostałych miast), oburzeni największym fałszerstwem wyborów prezydenckich w historii kraju. Nie boją się gróźb, odpierają przemoc. Prawdziwi "wojownicy światła", jak śpiewa Siergiej Michałok. Jednak dziś chcę przyjrzeć się tym stojącym po drugiej stronie.
Tym, którzy w 2020 roku nie tylko biją cywilów pałkami i wpychają ich do policyjnych furgonetek (na to protestujący byli mentalnie przygotowani), ale także strzelają do nich gumowymi pociskami. Strzelają, by zabić (lekarze zdiagnozowali setki ran postrzałowych). Tym, którzy używają granatów hukowych, armatek wodnych i gazu łzawiącego. Tym, którzy wloką ludzi do autobusów (a czasem, jak na ironię, do karetek) i całą drogę, aż do miejsca tymczasowego zatrzymania, dotkliwie biją i zastraszają swoje ofiary. A potem kontynuują tortury w miejscach zatrzymań, dopuszczając się wręcz niewyobrażalnych okrucieństw. Ofiary, brutalnie pobite i zgwałcone pałkami, wychodzą stamtąd w szoku, który jeszcze długo będzie im towarzyszył. (Jeśli w ogóle uda im się wyjść – niektórych uczestników protestów uważa się do tej pory za zaginionych. Pięcioro zabitych, setki rannych, tysiące zatrzymanych. Zaczęto znajdować powieszonych i nikogo nie przekonuje wersja o samobójczej śmierci).