Autoportret wnikliwy
Catharina van Hemessen, autoportret przy sztaludze, fot. Wikimedia Commons
Proces dochodzenia do akceptacji dzieł ujawniających tożsamość i osobowość twórcy był długi. Jak zauważa Victor Stoichita w książce "Ustanowienie obrazu", dopiero w XVII wieku nabywca dzieł sztuki "był skłonny płacić za dzieło sztuki, którego zasadniczym tematem jest podobizna jakiegoś malarza". Ale właśnie dlatego, że trudno było te portrety spieniężyć, zdumiewa, że powstawały tak licznie, a wiele z nich okazało się arcydziełami w dorobku danego malarza. Portretowali siebie z różnymi nastawieniami: czasem chodziło o malarską doskonałość – niezakłócony, długi dostęp do modela dawał możliwość starannej pracy portrecisty, zgłębiającego swój przedmiot do granic dostępnej mu sztuki. Takie wrażenie sprawiają kolejne autowizerunki Albrechta Dürera z 1493, 1498 i 1500 roku. Model przedstawiony jest wraz z owym intensywnym wzrokiem skierowanym na samego siebie, wzrokiem, dzięki któremu powstał sam portret. Czasem autoportret był w większym stopniu komunikatem mówiącym: oto ja! Takie wrażenie robi obraz Cathariny van Hemessen z 1548 roku. W rękach malarki znajdują się utensylia zawodu, ale uwagę widza przyciąga przede wszystkim twarz artystki, wrażliwa, skrywająca napięcie woli za ładnymi rysami. Zresztą niektórym portrecistom trywialne wydawało się odwzorowywanie warsztatu pracy i malowali siebie w innych rolach, jak Sofonisa Anguissola, która namalowała się w 1561 roku przy klawikordze, a pięćdziesiąt lat później sportretowała się jeszcze raz jako wiekową kobietę siedzącą w fortelu – bez żadnych akcesoriów sztuki.
Hyacinte Rigaud, autoportret w peruce, 1692, fot. domena publiczna
W wiekach rozkwitu malarstwa i wzrostu prestiżu malarza autoportrety stają się oficjalne, podkreślające status społeczny twórcy, jak w obrazach Nicolasa de Largillière z 1711 roku czy Hyacinte’a Rigauda z 1716. Obaj malarze występują w charakterystycznych dla epoki "służbowych" perukach, pozują sami sobie z podniesionymi głowami, pierwszy całkiem poważny, drugi z lekkim pewnym siebie uśmiechem, ich postacie zapełniają całkowicie płótna. Takich publicznych i samo-afirmujących autoportretów jest w albumie, któremu się tu przyglądam, cała seria – pochodzą szczególnie z wieku XVIII z takimi pracami jak Maurice’a Quentina de la Toura z 1751 roku, Jean-Etienne’a Liotarda z 1744 roku czy Luisa Melendeza z 1746 roku. Czasem poza, w której malarze uchwytują sami siebie, jest mniej uroczysta i formalna – na przykład Mary Beale na obrazie z 1663 roku przedstawiła się w skromnej scenie, bez rekwizytów i ozdób, na niemal jednolitym ciemnym tle w towarzystwie męża i syna.
Łatwo zauważyć, że akcesoria malarskie na autoportretach staja się z czasem coraz bogatsze i poważnie traktowane. Malarz staje się elementem złożonej sceny obrazującej samo malarstwo; czasem nie ma nawet potrzeby przedstawiania swojej twarzy – wystarczy sylwetka pochylona nad sztalugami. Tak jest na obrazie Adriaena van Ostade z 1663 roku i na sławniejszym płótnie Jana Vermeera z 1666 roku. Na tym ostatnim twórca siedzi ostentacyjnie tyłem do widza, nieco z boku w stosunku do osi symetrii obrazu: główna rola przypada modelce oświetlonej, jak to u Vermeera, łagodnym, lecz zdecydowanym światłem padającym przez okno. Na modelkę patrzy jednak widz obrazu, jego linia wzroku nie jest tożsama z linią wzroku malarza przedstawionego na obrazie, lecz z linią wzroku Vermeera, który ten obraz maluje (a i to tylko w przybliżeniu). Nie wiemy więc dokładnie, co widzi malarz "przedstawiony", a zagadka ta bierze się nie z czegoś innego, tylko z samego wysiłku zobaczenia przez artystę samego siebie. Niektóre zwierzęta mają zdolność śledzenia promienia uwagi pobratymców. Ale nawet najbystrzejsze z nich nie potrafią, w przeciwieństwie do ludzi, śledzić promienia intencji, która rodzi się wewnątrz umysłu, intencji zawartej w myśli. Zdolność ta jest podstawą ludzkiej komunikacji i kultury. Ale to właśnie jest przez Vermeera udaremnione. Malarz na obrazie jest odwrócony tyłem do widza i rzeczywistego malarza – nie widząc jego twarzy, tylko pozę i gest, nie jesteśmy w stanie odgadnąć jego stanu wewnętrznego. Ceną za bogaty kontekst staje się ukrycie umysłu.
Przedstawienia samego siebie pełniły funkcję dyskursu metamalarskiego. Najsławniejszym dziełem tego rodzaju są zapewne "Las Meninas" Diego Velázqueza (1656). Obraz przedstawia samego malarza przed płótnem odwróconym tyłem do widza. W pomieszczeniu prócz grupy dworskiej znajdują się liczne obrazy i lustro. Interpretacja wizerunku odbitego w tym lustrze, pozycja i funkcja widocznej tam królewskiej pary, budziła zawsze największe dyskusje. Można się z nimi zapoznać zaglądając do doskonałej antologii "Tajemnica Las Meninas" wydanej po polsku w 2006 roku przez Wydawnictwo AA. Interpretacji obrazu próbują tam nie tylko historycy sztuki, lecz także filozofowie: Michel Foucault, John Searle, a także cytowany wcześniej Victor Stoichita.
Diego Velázquez, "Las Meninas", fot. domena publiczna
Szczególnie interesująca jest teza Searle’a o paradoksalności obrazu Velázqueza, wiąże się bowiem ściśle z filozoficznymi rozważaniami o pozycji podmiotu w doświadczeniu i o możliwości samowiedzy. Searle twierdzi, że obraz Velázqueza jest paradoksalny, ponieważ miejsce w przestrzeni obrazu, które powinien zajmować artysta malujący całą tę scenę (z sobą samym jako malarzem malującym obraz przedstawiony), zajmują osoby portretowane przez malarza przedstawionego. Zatem w przeciwieństwie do typowego autoportretu z lustrem, rzeczywisty malarz nie ma tu swojego miejsca, jest ono już zajęte. Filozof sugeruje więc, że obrazem malowanym przez malarza przedstawionego wewnątrz obrazu, na odwróconym od widza płótnie, jest właśnie sam obraz "Las Meninas", a miejsce widza zajmuje para królewska odbita w lustrze. Tak czy owak, obraz pociąga swą spekulatywną siłą. Dla niektórych wyraża bezdomność podmiotu, dla innych duchowe oblicze świata, które zakodowane zostaje w nieskończonym odzwierciedlaniu się rzeczy. Jest to również głos malarza w sprawie natury doświadczenia. Jesteśmy prawdziwymi widzami świata tylko wówczas, gdy nasze spojrzenie ogarnia również nas samych.
Widać w tych kilku przykładach, jak wielka energia twórcza została u progu nowożytności zaangażowana w proces poznawania samego siebie. Nie wystarczyło już poznać miejsca człowieka w kosmosie, przestrzegać moralnych zasad działania czy zrealizować artystyczny projekt. Trzeba było pokazać, co to wszystko oznacza dla tego podmiotu, który zadaje te pytania – doświadcza i dokonuje refleksji. Ten właśnie podmiot z niewidzialnymi atrybutami umysłu zaproszono do wnętrza obrazu i uwieziono w nim za pomocą przemyślnych malarskich zabiegów.