Ma za sobą dyrektorowanie w Zachęcie i w Muzeum Narodowym w Warszawie, ma też całą kolekcję najwyższych polskich odznaczeń państwowych – od Krzyża Oficerskiego Orderu Odrodzenia Polski (za zasługi w dziedzinie kultury, szczególnie w zakresie muzealnictwa) po Złoty Medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”, a pod koniec listopada 2025 roku odebrała doktorat honoris causa w Akademii Teatralnej w Warszawie, a podczas laudacji można było usłyszeć: „Instytucje, w których Agnieszka Morawińska obierała przewodnictwo albo miała coś do powiedzenia – żyły. Albo ożywały […] Jej obecność była zawsze dyskretna […], ale konsekwentna i nieustępliwa, i nieszablonowa, i pełna nieostentacyjnej fantazji”.
Eugenia Dąbkowska: W laudacji prof. Tomasz Kubikowski określił Panią mianem osoby „spoza branży”. Czym więc jest dla pani to wyróżnienie?
Agnieszka Morawińska: Przede wszystkim jest dla mnie wielką niespodzianką. Przepracowałam 16 lat w wówczas jeszcze Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej i należałam do pierwszego grona wykładowców nowego Wydziału Wiedzy o Teatrze, ale to było dawno. Tym większe było moje zaskoczenie i wdzięczność.
Który etap w Pani karierze uważa pani za najważniejszy czy nawet przełomowy?
Bardzo wczesny: zimę 1964/1965 spędziłam pod Londynem, goszcząc u przyjaciela mego ojca, angielskiego historyka sztuki i kolekcjonera, Christophera Norrisa. Poznałam wówczas brytyjskie zwyczaje, krajobrazy, muzea londyńskie, byłam w Cambridge i w Bath, miałam do dyspozycji wspaniałą bibliotekę domową.
Dlaczego akurat ten okres?
To był sam środek PRL-u, byłam na czwartym roku studiów. Doświadczenie życia w innym świecie, a także nauki, jakie stamtąd wyniosłam, pomogły mi w mojej całej dalszej drodze, łącznie z epizodem dyplomatycznym – chociaż byłam ambasadorką na innej półkuli, to przecież w domenie kultury brytyjskiej.
Jak pani zdaniem najlepiej edukować publiczność w zakresie sztuki współczesnej? Dla wielu bywa trudna w odbiorze.
Postawiliśmy zasadniczy krok na tej drodze: mamy Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, w wielu miastach są centra sztuki współczesnej – właśnie w centrum toruńskim oglądałam wspaniałą wystawę Billa Violi. Działają galerie prywatne, niektóre bardzo ambitne i z wielkimi osiągnięciami. Instytucjonalnie jest nieźle, artyści mają gdzie pokazywać swoje prace, a miejscowa publiczność ma też wiele okazji, aby oglądać wystawy z zagranicy. Popularność Warsaw Gallery Weekend i liczni już kolekcjonerzy sztuki współczesnej, to dowód, że praca u podstaw została już wykonana.
Inwestujemy w dzieci, które są bardziej otwarte od dorosłych i mniej skłonne do krytykanctwa. Do szczęścia brakuje tylko większego zrozumienia sztuki współczesnej wśród polityków, mediów, kręgów opiniotwórczych – cokolwiek by to miało znaczyć.
Dawno pozbyłam się naiwnej wiary w możliwość zjednania sztuki współczesnej szerokiej publiczności, to nie jest ani możliwe, ani konieczne. Jest publiczność galeryjna i niegaleryjna, a sobie i wszystkim życzę wzajemnej tolerancji i powstrzymania się od wyrażania negatywnych sądów, a właściwie osądów, dzieł nowych, nawet bez ich oglądania. Wolę stanowisko: nie wiem, nie rozumiem, nie oglądam, niż besserwisserski, często drwiący wyrok.
Czy jakiś artysta szczególnie ukształtował pani myślenie o sztuce?
Nie, jestem niewierna! Na różnych etapach interesowali mnie różni artyści i różne zjawiska w sztuce: od kolekcjonerstwa, przez historię ogrodów, malarstwo polskie, symbolizm, sztukę kobiet i sztukę współczesną. Oczywiście wpływali na mnie ludzie i lektury, łatwo ulegam fascynacjom, ale staram się gromadzić różne doświadczenia.
Jak pani ocenia kondycję polskiej sztuki współczesnej na tle sceny międzynarodowej?
Mam wrażenie, że jest kilka instytucji, które robią to świetnie: Muzeum Sztuki w Łodzi, wspomniany już przeze mnie warszawski MSN, Zachęta, Instytut Adama Mickiewicza. Ważny jest udział polskich artystów w międzynarodowych manifestacjach takich, jak Biennale Sztuki w Wenecji, documenta w Kassel i dziesiątki innych wydarzeń nawet w najodleglejszych miejscach. Artyści eksportowi już działają bez potrzeby dmuchania w ich żagle, chodzi teraz o młodszych i może o dostrzeżenie dokonujących się zmian w ocenach miejsca i roli sztuki w katastroficznym obrazie świata.
Agnieszka Morawińska, fot. Dawid Zuchowicz/AW
Czy jest jednak jakiś projekt wystawy, którego realizacja w polskim muzealnictwie wciąż pozostaje pani niespełnionym marzeniem? Jaką wystawę chciałaby pani zobaczyć?
Chciałabym, żeby Muzeum Narodowe przywróciło Galerię Sztuki Nowoczesnej w opracowaniu Piotra Rypsona, bo bez niej nie ma w Warszawie miejsca, pozwalającego ukazać ciągłość rozwoju polskiej sztuki. Jej usunięcie było fatalną decyzją.
Wystawy w polskim muzealnictwie są już chyba poza moim horyzontem, widziałam ich tyle, że każdy nowy projekt wywołuje we mnie reakcję: no przecież to już było. Chciałabym może zobaczyć prawdziwie międzynarodową wystawę sztuki po 1945 roku. Może rekreację wystawy Grupy Pięciu w Salonie Schultego w Berlinie? Może wystawę, której autorzy podjęli byt wysiłek zdefiniowania, co to jest klasyczność?
Jakie doświadczenia z pracy dyplomatycznej najbardziej wpłynęły na pani działalność związaną ze sztuką?
Chyba było odwrotnie. Wiele moich działań związanych ze sztuką wpłynęło na moją pracę dyplomatyczną. Należałam do grupy przyjaciół Galerii Narodowej w Kanberze, wygłosiłam kilka wykładów uniwersyteckich, kilka słuchowisk radiowych. Zyskałam popularność jako ambasador Polski, będąc też ambasadorem kultury.