Czym kierowałeś się wybierając pieśni Stanisława Moniuszki, które w twoim opracowaniu znalazły się na płycie "Great Encountres" (wyd. Anaklasis). Zdecydowałeś się na trzy konkretne pieśni, a było z czego wybierać – Moniuszko skomponował ich ponad 250.
Szczerze przyznam, że przyjąłem zaproszenie do udziału w tym jubileuszowym albumie [75 lat działalności PWM – przyp. red.] z dozą niepewności. Moniuszko nigdy nie był mi szczególnie bliskim kompozytorem. Podszedłem do zadania poznawczo. Zacząłem od decyzji, że będą to pieśni, a potem przejrzałem wszystkie zeszyty “Śpiewników domowych”, by odnaleźć trzy pieśni, które po rozmaitych zabiegach dadzą się połączyć z odczuwaniem Igora Herbuta. Z oryginałów Moniuszki pozostawiłem oczywiście melodię i oryginalny tekst. Melodia jest w pieśni czy piosence czynnikiem wiodącym, chociaż żyjemy w czasach, kiedy nie obowiązuje już prymat melodii nad pozostałymi elementami utworu. To piękny paradoks, że w muzyce poważnej melodia, przynajmniej z muzykologicznego punktu widzenia, "skończyła się" ponad 100 lat temu, a w piosence nadal ma się bardzo dobrze. I pewnie tak będzie jeszcze długo.
Cały ten pomysł kryje się pod nazwą "ŁeMkONIUSZKO". Co Łemkowie mają wspólnego z Moniuszką?
Tytuł wynika ze zderzenia Moniuszki z Igorem, który jest z pochodzenia Łemkiem. Słyszałem go w repertuarze łemkowskim i znam jego rdzenny, niemal biały zaśpiew. Paleta możliwości jego głosu jest ogromna, a co szczególne – potrafi łączyć rozmaite inspiracje i wnosić je do repertuaru rockowego czy popowego. Igor często nawiązuje muzycznie do kultury Łemków, mówi o niej w wywiadach, co jest dla mniejszości łemkowskiej niezwykle ważne. Są dumni, że w mediach przywoływana jest łemkowszczyzna, również w innej od tradycyjnej odsłonie. Pomysł zderzenia tych dwóch muzycznych światów jakoś od razu mi zadźwięczał. Moniuszko, którego pieśni z dzisiejszej perspektywy wybrzmiewają mało aktualnym, staropolskim językiem, z szerokimi melodiami oraz nieokrzesany, daleki od akademickości Igor Herbut.
Jaki masz stosunek do muzyki tradycyjnej?
Muzyką tradycyjną, głównie muzyką Podhala, zainteresowałem się przez twórczość Szymanowskiego, Kilara i Góreckiego. W ostatnich latach grywamy razem z góralami na jednej scenie i wtedy okazuje się, jak dwoma różnymi światami jesteśmy. Mamy różne języki muzyczne, inne poczucie rytmu i melodii. Fascynuje mnie to, o czym często mówił Karol Szymanowski, że górale nigdy nie grają tak samo. Ta sama melodia za każdym razem grana jest inaczej. Najbardziej lubię moment, kiedy jesteśmy z muzykami góralskimi po koncercie, opada trema i idziemy wszyscy do karczmy. Wtedy muzykanci są już w swoim naturalnym świecie i grają zupełnie swobodnie - bez słuchawek, orkiestry i gestów dyrygenta. Patrzę na nich z podziwem, bo to czysty dowód na piękne, szczere muzykowanie. Potrafią improwizować, celebrować chwilę, słuchać siebie nawzajem i zaskakiwać. Staram się przenosić te elementy do muzyki zapisanej w nutach. Choć nadal nie wiem, czy to w pełni możliwe.
Wydaje mi się, że kluczem jest rdzeń, korzenie, wyzbycie się sztywnych ram. A to jest często niemożliwe i ciąży na wielu kompozytorach. Marzy mi się napisanie utworu, który byłby tak grany przez orkiestrę, że sprawiałby wrażenie grania bez nut, muzykowania tu i teraz, jakby muzycy improwizowali. To niezwykle trudne napisać tak, by orkiestra nie czuła pręgierza dyrygenta, kreski taktowej... Myślę, że to właśnie fascynowało i nadal fascynuje klasycznie wykształconych muzyków w folklorze.
Współcześni kompozytorzy odwracają się od orkiestry, twierdząc, że to wyeksploatowane narzędzie. Czy zgadzasz się z tym stwierdzeniem? Czy miałeś "kryzys" orkiestry?
Orkiestra wciąż dysponuje szeroką paletą barw do odkrycia. Bardzo wiele można z niej wydobyć, jeśli połączymy ją z elektroniką. Wiele możliwości stwarza również łączenie różnych estetyk i stylistyk. Zauważyłam, że jazzmani lgną do filharmonii, a symfonicy marzą o koncercie z improwizacjami czy sekcją rytmiczną. Być może działa znany przesąd, że lepiej jest tam, gdzie nas nie ma. Nie wiem, kto ma łatwiej – ludzie piszący piosenki, którzy mają świadomość, ile ich już powstało, czy ludzie piszący muzykę współczesną, gdzie stworzono już tyle kombinacji, że właściwie nic nie jest nas w stanie zaskoczyć.
A czego ty jako słuchacz, szukasz w muzyce?
Chodzę głównie na koncerty muzyki poważnej. Muzyka rozrywkowa coraz mniej mnie zajmuje. Szybko się przy niej nudzę. Szukam bodźców w filharmonii w repertuarze XX-wiecznym oraz tym pisanym dziś. Ale mówiąc szczerze, nie pamiętam, żeby ostatnio coś wywołało we mnie totalne poruszenie. Nie doznaję szoku, kiedy ktoś wkłada puzon do wiadra z wodą. Nie oczekuję zdziwienia, szoku, nowinek. Szukam uniesienia.
Dreszcze, efekt "wow", "to coś" – czyli dobrze jest wtedy, kiedy masz "gęsią skórkę"?
Ta emocjonalna reakcja dzieje się poza nami. Nagle na ciele pojawiają się dreszcze i jesteśmy zdziwieni. Może nawet jest to reakcja dla niektórych niechciana, wstydliwa, bo niezależna od nas, ale ewidentnie coś wtedy dzieje się z człowiekiem. Utwór, który na pierwszy rzut ucha niespecjalnie trafia w nasze upodobania, a tu nagle taka reakcja. I to jest pewien drogowskaz. I sam staram się tworzyć tak, aby z ludźmi w momencie słuchania "coś" się zadziałało.
Twoim nieodłącznym atrybutem pracy od dawna jest laptop. Używałeś go, gdy komputer przenośny nie był jeszcze tak popularny jak dzisiaj. Już wtedy zapisywałeś nuty i komponowałeś w programach. Bardzo sprawnie poruszasz się w świecie technologii, korzystasz z programów muzycznych, wirtualnych instrumentów, gadżetów.
Tak samo, jak lubię rzetelność w partyturze, cenię rzetelność w muzycznym programmingu komputerowym. Pozwala mi na osiągnięcie pożądanego efektu. Zaprzyjaźniłem się z technologią, ponieważ nie mogłem wydobyć z orkiestry pewnych brzmień, nawet przy zastosowaniu rozszerzonych technik wykonawczych. Przestrzeń elektroniczna daje takie możliwości – od prozaicznego zdublowania jakichś partii w celu wzmocnienia, aż po wprowadzenie dźwięków abstrakcyjnych, rozmaitych efektów, atmosfer.
GREAT ENCOUNTERS 75, fot. Anaklasis
W wielu moich utworach i aranżacjach bardzo ważny jest rytm, wspólny punkt, precyzyjna synchronizacja we wszystkich grupach instrumentów. Precyzja rytmiczna w waltorni jest czymś innym niż w gitarze basowej. Dosyć szybko zacząłem pracować w szczególnie trudnych warunkach telewizyjnych. Tam zdarzały się sytuacje, że muzycy byli oddaleni od siebie kilkadziesiąt metrów, w dodatku na różnych poziomach wysokości. A więc jest to dalekie od komfortowego ustawienia filharmonicznego. Nie zawsze jestem dla zespołu dobrze widoczny - w produkcjach telewizyjnych raczej jest nacisk, by widziały mnie kamery. W takich sytuacjach zwycięża pragmatyzm i odpowiednio zaprogramowany metronom, który znacząco ułatwia orkiestrze uzyskanie wspólnego pulsu i porządkuje cały rytmiczny aspekt.
A piszesz ręcznie partytury czy od razu w programie?
Wróciłem do korzeni i na pulpicie fortepianu kładę tablet z pustymi pięcioliniami. Nie łączę się wtedy z żadną aplikacją nutową, tylko spontanicznie nanoszę wszelkie muzyczne myśli, jakie przychodzą mi w danej chwili do głowy. Później przenoszę je do komputera, abym mógł je zrozumieć kolejnego dnia i pracować nad dalszym rozwojem utworu.
Rękopisy zostawisz po sobie wirtualne...
Tak, bo lubię technologię. Lubię mieć wszystko w innym miejscu, zsynchronizowane z komputerem i telefonem. Wszystko mam porządnie skatalogowane na kilku chmurach – według lat, produkcji, koncertów, nagrań płytowych, programów telewizyjnych – i w każdej chwili, gdziekolwiek jestem, mogę wrócić do partytur sprzed 25 lat. Pracuję szybko i lubię mieć szybki dostęp do plików.
Występujesz publicznie również w roli edukatora muzycznego. Media publiczne już dawno wykreśliły tę funkcję ze swojej misji. Kiedyś w ogóle w telewizji było więcej zróżnicowanej muzyki – w formie programów rozrywkowych, edukacyjnych, list przebojów, kabaretów. Czy pamiętasz tego typu programy? Kimś się inspirujesz?
Adam Sztaba, fot. S. Pogoda / materiały promocyjne
Z wczesnego dzieciństwa pamiętam program "Po prostu muzyka". Prowadził go Tadeusz Kwinta. Nie pamiętam, jaką drogą, ale docierały do mnie lekcje Leonarda Bernsteina "Young People's Concerts". Jego polskim odpowiednikiem w latach 70. był znakomity Henryk Czyż w programie "Nie taki diabeł straszny". Szkoda, że teraz nikt tego nie emituje. Uważam, że w każdych mediach powinien istnieć czynnik edukacyjny, dotyczy to również mediów komercyjnych. Od czasu do czasu trzeba przemycić coś, co może będzie zrozumiałe przez mniejszą liczbę ludzi, ale być może kogoś pobudzi, otworzy i zainspiruje.
Nigdy nie miałem naturalnej potrzeby wchodzenia w rolę edukatora i popularyzowania muzyki klasycznej. Być może powodem jest fakt, że od lat podczas prób z muzykami sporo mówię o muzyce, o tym, jak chciałbym, by pewne fragmenty były zagrane. Opowiadania o muzyce nauczyłem się więc w praktyce. Zwykle życie pisze najlepszy scenariusz i splot różnych zdarzeń powoduje, że ktoś proponuje mi taką nietypową rolę. A że lubię wyzwania, to chętnie je podejmuję. Zwłaszcza, kiedy mam przed sobą wybitną orkiestrę Sinfonia Varsovia, która nie boi się nietypowych zabiegów. Czyli na przykład pokazać, czym jest brak pulsu w orkiestrze. Trochę to ryzykowne, bo znakomici instrumentaliści, których znamy z koncertów z wybitnymi dyrygentami i solistami, pokazują się w roli muzyków, którzy w pewnym sensie się mylą i nie słuchają siebie. Poświęcenie w szczytnym celu.
W "Tańcu z gwiazdami", gdzie spędziłem cztery edycje, prawie w każdym odcinku przygotowywaliśmy z muzykami utwór popisowy orkiestry. Ale nie po to, żeby się chwalić umiejętnościami, tylko żeby pokazać, że za pulpitami siedzą żywi, utalentowani muzycy, których kompletnie nie widać podczas tańca. A przy okazji przemycałem wówczas pewne elementy edukacyjne – nawiązania do muzyki klasycznej lub jakieś wyszukane zabiegi aranżacyjne, których nie mogłem użyć przy tańcu, bo byłoby to dla tancerzy zbyt skomplikowane rytmicznie. Dochodziły do mnie sygnały, że dzięki tym utworom ktoś otworzył się na orkiestrę, albo poszedł na koncert z muzyką Czajkowskiego czy Brahmsa. I to była dla mnie największa radość.
Co myślisz, kiedy widzisz zespoły grające w telewizji z playbacku? Ujęcia z różnych transmisji, gdzie żaden instrument elektroniczny nawet nie jest podłączony do prądu, stają się obiektem żartów, ale to taki śmiech przez łzy.
Playback jest dla mnie zaprzeczeniem muzykowania. Dzisiejsze możliwości techniczne są tak zaawansowane, że bez problemu można zagrać koncert na żywo w każdych okolicznościach, nawet na scenie plenerowej w styczniu przy pomocy dmuchaw zapewniających odpowiednią temperaturę na scenie. Granie z playbacku, czyli udawanie, jest oszukiwaniem słuchacza – trzeba to nazwać po imieniu. Granie na żywo w telewizji wiąże się z koniecznością udziału zaufanego reżysera dźwięku, który musi dobrze znać materiał i całość skutecznie zmiksować, ale przy dzisiejszym poziomie technologii wszystko jest w zasięgu możliwości. Nie pozbawiajmy słuchacza istoty muzyki koncertowej, która dzieje się tu i teraz.