Michał Bielawski jest dziś jednym z nielicznych polskich dokumentalistów, którzy zamiłowanie do sportu łączą z wiarą w sztukę filmową (przed laty liderem w tym obszarze był choćby Bogdan Dziworski, a później – jego uczeń, Marcin Koszałka specjalizujący się w obrazach wspinaczkowych). To on w świetnym "Mundial. Gra o wszystko" z 2012 roku opowiadał o nieoczywistych splotach sportu i polityki początku lat 80., w dwa lata późniejszej "Drużynie" kreślił zbiorowy portret polskiej kadry siatkarskiej, a w "Małyszomanii" opowiadał nie tylko o kulcie słynnego skoczka, ale też o narodowej skłonności do popadania z miłości w nienawiść wobec tych, którzy znajdują się na szczycie.
W "Wielkiej Grze" sport jest dla niego znowu jedynie punktem wyjścia. Tematem malowniczym i świetnie opisanym, ale nie jedynym. W tle olimpijskich zmagań 1992 roku Bielawski dostrzega bowiem polską rzeczywistość – ze strajkami, biedą, społecznym rozwarstwieniem i dzikim kapitalizmem, który – choć tak wyczekiwany – szybko zaczął pożerać swoje pierwsze ofiary. Bielawski przypomina rzeczywistość lat 90. bez duchologicznego uwznioślania i nalotu nostalgicznej sepii, która kazałaby patrzeć na ten czas z sentymentem.
W finałowym odcinku serialowej opowieści reżyser opowiada historię nagrody, którą obiecano piłkarskiej drużynie za zdobycie olimpijskiego medalu. Każdy z graczy miał otrzymać złotego Poloneza Caro. Kiedy jednak wymarzony medal stawał się coraz bardziej realny, w sztabie zaczęły pojawiać się głosy o tym, by samochody otrzymali jedynie zawodnicy podstawowego składu – tak część z nich można by zaoszczędzić albo znaleźć dla nich "lepsze" domy. Dopiero solidarna postawa drużyny wymusiła realizację złożonej przed igrzyskami obietnicy.
U Bielawskiego ta anegdota staje się symboliczną opowieścią o Polsce lat 90., miejscu ciągłego niedostatku, wątpliwej umowy społecznej, rosnących fortun (jedna z nich umożliwiła organizację przygotowań polskich olimpijczyków) i wielkiej niepewności.