Autorka przyznaje, że gdy po raz pierwszy przyjechała do Bukaresztu na dłużej, miała wrażenie, że miasto postanowiło ją złamać: "Mężczyzna w autobusie bez czubka nosa. Starszy pan w parku, który zręcznie przegląda gazetę sportową mimo braku kciuków i paliczków. I ten jeden obraz, przy Piata Romana: kulejący pies snujący się bez celu, za nim mężczyzna z chihuahuą na smyczy, drobnym stworzeniem w bluzie w panterkę, a za nimi staruszek bez nóg, poruszający się na wyprostowanych ramionach, wyrzucający ciało do przodu krótkimi szarpnięciami".
Takich "łamiących" obrazków, całych akapitów i scen odbierających nadzieję, znajdziemy w "Bukareszcie" więcej. Właściwie cały tom złożony jest z nigdy niegojących się ran i – powstałych w mniej lub bardziej odległej przeszłości – blizn, z kurzu i krwi, o których istnieniu dowiadujemy się już z podtytułu książki. Rejmer z wielką wprawą przeczołguje czytelników, zapewnia nam polekturową traumę, opowiada do poduszki historie przerażające bardzo i jeszcze bardziej. Historie pełne smutku i rozpaczy, drastyczne i przygnębiające, brudne i złe, a jednocześnie niezwykle sugestywne, wciągające bez reszty, uwodzące rytmem zdań i pięknem frazy.
"Bukareszt" dzieli się na trzy części. Po wstępie, w którym autorka przedstawia nam krótko "pełne wrzodów i burchli, poranione ciało" stolicy Rumunii, przenosimy się do czasów komunistycznych (11 tekstów), a następnie cofamy się jeszcze bardziej w przeszłość i na chwilę lądujemy w międzywojniu (6 treściwych "migawek"), by w ostatniej części skoncentrować się już na rumuńskim "tu i teraz" (16 tekstów).
Pierwsza wizyta pisarki w Bukareszcie jest jak przepowiednia, doskonała zapowiedź przyszłych ekstremalnych doznań, reporterskich odkryć i olśnień:
"Ciągi nadszarpniętych budynków jak powybijane i ukruszone zęby w szczęce, z dentystyczną nicią kabli, które lśniły w słońcu, oplatając ulice jak pajęczyna lub wstążka. Budynki wyglądały, jakby właśnie zrzucały skórę, jakby całe miasto łuszczyło się i przepoczwarzało, i tylko gdzieniegdzie spod starej łuski wyzierało nowe i gładkie".
Rejmer z góry przyznaje, że "nowe" nieszczególnie się jej podoba. Woli oglądać, a następnie opisywać "stare warstwy" miasta oraz "rumuńskie nieokiełznanie, które od zawsze zwodzi system":
"Poznaję przedmieścia, gdzie wszystko jest tymczasowe i złachmaniałe. Przysiadam na krawężniku i zastanawiam się, czy jakimś cudem pojmę ten chaos, tę bezładną strukturę, która wyrzuca mnie na obrzeża. Istnieją przecież reguły gry, których nie znam. Czuję ogrom miasta i jego podupadłą potęgę podszytą szaleństwem".
Czytelnicy "Toksymii", brawurowego debiutu powieściowego Rejmer, nie będą szczególnie zaskoczeni naturalistycznymi i turpistycznymi skłonnościami autorki, które i tym razem przebijają się na plan pierwszy. Owszem, "Bukareszt" to literatura non-fiction, ale osobiście wolę myśleć o tej książce jako o drugim tomie prozy Rejmer. Co z tego, że tym razem nie mamy do czynienia z fikcyjnymi bohaterami i wyobrażonymi historiami, tylko z reportażami o prawdziwych Rumunach, o rządach, terrorze i dziedzictwie Ceaușescu, o rumuńskiej tożsamości, historii, dumie, architekturze, biedzie czy poczuciu humoru?
Kolejne teksty z tomu to przede wszystkim zajmujące, kapitalnie napisane opowieści, dla których dziennikarski gorset pt. "reportaż" jest zdecydowanie zbyt ciasny. Widać to wyraźnie w literackim, pełnokrwistym języku Rejmer, w jej wielobarwnych, a przecież pełnych odcieni szarości i najgłębszej czerni, opisach, wreszcie – w genologicznych wędrówkach i formalnych przekroczeniach, na które sobie pozwala. Mamy tutaj bowiem nie tylko klasyczne gazetowe reportaże, ale również budzącą grozę "bajkę rumuńską" (o pewnym chłopcu, który postanowił zostać "rumuńskim Stalinem"), dramat w pięciu aktach (o obaleniu dyktatora i rumuńskiej "rewolucji", która zdaniem niektórych w ogóle się nie wydarzyła), przypowiastkę o komisji kolektywizacyjnej, balladę, opowieść o szczelinie (reportaż o trzęsieniach ziemi w Bukareszcie), relację z podróży pociągiem, kolaż złożony z monologów taksówkarzy, wstawki autobiograficzne, a także liczne zapożyczenia z takich gatunków, jak esej historyczny czy artykuł publicystyczny.
Małgorzata Rejmer, nieślubna córka Emila Ciorana, słynnego rumuńskiego filozofa, wielkiego piewcy rozpaczy i bezsensu istnienia, pokazuje nam Bukareszt, który samej autorce przypomina kotka z opowiadania Mrożka ("kotek o parchatej skórze, na której odbijają się wszystkie grzechy właściciela. Bukareszt zbiera grzechy całej Rumunii, żeby reszta kraju pozostała piękna"). W innym miejscu czytamy z kolei, że "Rumunia jest różowym tortem, na którym po kolei gasną wszystkie świeczki, brudny wosk znaczy plamami lukier". I jeszcze cytowana w książce wypowiedź profesora Kazimierza Jurczaka, rumunisty: "Bukareszt jest jak ciastka, które kupowałem zawsze w niedzielę dla mojej rodziny, gdy tam mieszkaliśmy. Niby czekoladowe i słodkie, ale z gorzką polewą. Bukareszt jest słodko-gorzki. Nie znajdzie się w nim łatwego piękna".
Jakiegokolwiek porównania byśmy nie użyli, nie jest dobrze. Nad tomem unosi się duch rumuńskiego fatalizmu i bezdennej rozpaczy, ale też trudno, by było inaczej, gdy pisze się o dyktatorskich rządach Ceaușescu, systemie, w którym "każdy jest ofiarą", tajnych służbach i terrorze, donosach i podsłuchach, biedzie i głodzie, przerażającym więzieniu Pitesti, w którym skazanych reedukowano przez tortury (Sołżenicyn nazwał ten eksperyment "najstraszniejszym barbarzyństwem współczesnego świata"), monumentalnym Domu Ludu, nielegalnych aborcjach, trzęsieniach ziemi czy watahach bezpańskich psów snujących się po mieście i od czasu do czasu atakujących mieszkańców (własną "przygodę" z rozwścieczonym stadem opisuje również sama Rejmer).
Zresztą, nie trzeba wcale sięgać po różnego rodzaju komunistyczne zwyrodnienia i największe rumuńskie traumy, by zrozumieć z jak depresyjnym narodem, a co za tym idzie – z jak przygnębiającą książką mamy tutaj do czynienia. Odsyłam w tym miejscu do rozdziałów poświęconych – kolejno – rumuńskiemu poczuciu humoru, przysłowiom i powiedzeniom (np. "Na duży ból lekarstwem ból większy" lub "Dasz komuś chleba z solą, pożre cię całego") oraz przekleństwom. Pisarka zaczęła nawet w pewnym momencie kolekcjonować najbardziej obrazowe przekleństwa usłyszane w Bukareszcie. Przykład: "Będę dymał wszystkich świętych twojej matki na lodzie". Komentarz autorki: "No, to jest coś. Że ktoś obraża czyjąś matkę – znamy. Że ktoś miesza do tego świętych matki – to już pewna egzotyka. Ale że akt zemsty dzieje się na lodzie – to już arcyrumuńska fantazja".
Nie dziwię się również zupełnie, że Rejmer jest zafascynowana rumuńskim humorem, tym "chichotem podrygującego wisielca", tą "satyrą brzytwy i topora". Posłuchajmy tylko: "Dlaczego Rumunia zajęła drugie miejsce w rankingu najbardziej skorumpowanych państw? Bo zapłaciła łapówkę, żeby nie być na pierwszym". Albo jeszcze mocniejszy, niepoprawny politycznie "dowcip" z minionej epoki, z czasów, gdy "dowcipy działały jak kamizelki ratunkowe, umożliwiające przetrwanie na powierzchni błota": "Czym różni się Socjalistyczna Republika Rumunii od Auschwitz? W Auschwitz był gaz". I jeszcze, już na zupełne rozluźnienie atmosfery, żart o rumuńskim kosmonaucie, który zostawia mamie kartkę: "Mamo, lecę w kosmos, wrócę w przyszłym tygodniu". Na drugi dzień mama zostawia mu kartkę: "Synku, lecę kupić ser, nie wiem, kiedy wrócę".
"Bukareszt" to wspaniała, przejmująca opowieść o "kroplach krwi w morzu rumuńskiego bólu", przerażająca i fascynująca, mroczna baśń "z życia wzięta", mordercza dawka zła i nieszczęścia, pigułka wypełniona śmiercią i okrucieństwem, podłością i rozpaczą. Nie znam skuteczniejszej terapii dla wszystkich obrzydliwych nieprzejednanych optymistów i permanentnie uśmiechniętych od ucha do ucha dzieci szczęścia.
Autor: Grzegorz Wysocki, grudzień 2013
Małgorzata Rejmer
"Bukareszt. Kurz i krew"
Wydawnictwo Czarne
Wołowiec 2013
Liczba stron 272
Wydanie 1
Okładka miękka, lakierowana, ze skrzydełkami
ISBN 978-83-7536-539-9