"Proza Rudnickiego to swoisty fenomen – autor właściwie od lat pisze tak samo o tym samym, ale jednak kolejne jego książki wcale nie nużą" – pisał o Rudnickim Robert Ostaszewski. Touché. Każda nowa książka Janusza Rudnickiego to jak wejście do dobrze znanego już świata. Na tym polega jego mocno uzależniający urok, a tych, którzy deklarują, że gotowi byliby go zabić, jeśli zbyt długo nie wydaje nic nowego, nie brakuje (vide Magdalena Cielecka).
"Trzy razy tak!" to kolejny zbiór krótkich form urodzonego w 1956 roku w Kędzierzynie-Koźlu prozaika, stanowiący żonglerkę motywami i wątkami, z którymi Rudnicki "się kojarzy". W książce, wydanej cztery lata po nominowanej między innymi do nagród Nike, GDYNIA i ANGELUS "Śmierci czeskiego psa" i na którą składają się po części teksty drukowane wcześniej w "Gazecie Wyborczej", objawia się dobrze znany świat "Herr Rudnikiego". Jest łotrzykowska odyseja, już nie gastarbeitersko-emigrancka, a jakby globtroterska (to już nie tylko Niemcy, ale i Praga, i Luksemburg, plus turystyczny bonus w postaci wyprawy do Afryki), jest podwórko w Kędzierzynie-Koźlu, brzydkim mieście pełnym lejów po bombach, "węzłowej stacji, z której wybiegają wszystkie szlaki" autora, sa slapstickowe i – zawsze oparte na autobiograficznym fantazjowaniu - perypetie pisarza, który chciał być "Mozartem polskiej literatury", ale chwilowo musi się zajmować spodniami ufajdanymi psim łajnem albo swoim rozbitym łbem. Są wreszcie, jak to u Rudnickiego, wymieszane w doskonałych proporcjach rechot i tkliwość, która bodzie prosto w serce, by zaraz dać się przegonić kolejnej drace, klapie albo erotycznej aferze. Rzecz jasna, jest tu również wszechobecna i upierdliwa polskość i Polska - kraj dwóch prędkości, Intercity oraz InterREGIO, z których Rudnickiego interesuje zdecydowanie bardziej ta druga, Polska która "się drapie, którą swędzi i która ma świąd". Nie obywa się też bez zadziornych kuksańców albo raczej kopów w tyłek pod adresem polskiej literatury, na której jajach (których ta, mówią, nie ma) Rudnicki jest wszak mendą. Czasem w grę wchodzą również dwuznaczne uściski, na czele z seksem w damskiej toalecie z leciwą noblistka, której cudem udaje się wyrwać spod ochrony czujnego sekretarza.
Nikt nie potrafi tak pięknie szydzić jak autor "Śmierci czeskiego psa". Nabija się Rudnicki okrutnie i przezabawnie z siebie samego i bliźnich. Najcelniej ze współrodaków, choć dostaje się i innym Europejczykom. Siebie-pisarza obśmiewa najdosadniej w chaplinowskiej mikroepopei o uganianiu się po Polsce i Europie za literackimi nagrodami, z których żadnej, tego chyba nie trzeba mówić, ostatecznie nie dostaje (choć brak nagrody Nike rekompensuje mu podwójnie pewna Nike na dachu Złotych Tarasów). Siebie-Polaka wyszydza zaś najlepiej w kapitalnej scenie, w której pomieszkujący w Luksemburgu bohater-narrator próbuje zainteresować Polską rośliny doniczkowe sąsiadki, do których trzeba mówić, by rosły. "Luksemburska flora ma jednak "głęboko w glebie" Mazurek Dąbrowskiego". Konstruując swą szaloną, prześmiewczą opowieść, żeruje nie tylko na własnej biografii, ale i gazetowych newsach, przetwarzając aktualności, politykę, ogłoszenia i wypadki z kroniki kryminalnej w ziejącą absurdem opowieść o narodzie i ludzie "tępym jak siekiera z wykopalisk", ale niepozbawionym kuriozalnej fantazji. Do "Trzy razy tak!" wkrada się też jednak uparcie inny ton, który opiera się rechotowi. "Czuję się jak statek widmo pełen zwłok, własnych. Gdzieś się podziewał, smętny kapitanie?" – pisze Rudnicki w kończącym tom "Niskim sezonie". Ból przejmijania brzmi w komicznym entourage’u bardzo donośnie.
Choć "Trzy razy tak!" to zbiór nierówny – im bliżej końca, tym większy niedosyt – z Januszem Rudnickim, w lepszej czy gorszej formie, nudzić się trudno. Niżej (i wyżej) podpisaną recenzentkę "Trzy razy tak!" doprowadziło kolejno do: zachwytu, porykiwania ze śmiechu, irytacji, znużenia, ponownego zauroczenia. Zachwytu, bo trudno nie dać się porwać żywiołowi przekornej wyobraźni, także językowej, autora, który z językiem i autobiograficznym surowcem wyprawia cuda. Trudno też nie ulec urokowi pikarejskiej opowieści i narratora - nieudacznika, który spogladając w przeszłość, pozwala sobie na liryzm, a w przeszłość spogląda często, bo w końcu "jesteśmy jak bumerang, wylatujemy z dzieciństwa (boiska), zataczamy koło i wracamy". Rudnicki, ten "Chaplin polskiej literatury", jak nazwała go Kazimiera Szczuka, która zresztą pojawia się w jednym z opowiadań jako jedna z niemożliwych, choć prawdziwych, miłości bohatera, jest niewątpliwie (sztuk)mistrzem języka i krótkiej formy. Najlepsze opowiadania z "Trzy razy tak!", wśród nich oniryczne, niczym z Felliniego, "Morze" i "Ląd", są jak małe, ale mocne eksplozje – oszałamiające, brawurowe, celne.
Nie zawsze udaje mu się jednak utrzymać w nowej książce poziom. W czwartej części, w doczepionym do trzech "Tak" "Postscriptum", zachwyt ustępuje chwilami miejsca irytacji, gdy zuchwało-sowizdrzalska postać opowiadajacego traci rozmach i kąśliwą ironię i zaczyna bywać zrzędliwym facetem, przeżywającym kryzys wieku średniego, który na wakacjach u Masajów ("Rudy w Afryce") marudzi o konieczności "aksamitnej rekolonizacji", a koledze z dzieciństwa ("Klaus") żali się, że "żadna nie uśmiechnie się już do nich kącikami łon". Pozostaje zapić smutki, a jakże, żołądkową gorzką i fantazjować o nastoletniej córce koleżanki ze szkoły. W takim wcieleniu Rudnickiemu mniej do twarzy, jest tu jakby zbyt dosłownie autobiograficzny, porzucając pikareskę na rzecz konwencji dziennika intymnego.
Niekonkluzywnie podsumowujac, "Trzy razy tak!" zachwyca i rozczarowuje jednocześnie. Co by jednak nie mówić, wszystkie wymienione wyżej pretensje kierowane sa pod adresem, choć nie w każdym momencie spektakularnej, to wciąż wyśmienitej prozy jednego z najoryginalniejszych współczesnych polskich pisarzy.
Janusz Rudnicki
"Trzy razy tak!"
WAB, Warszawa 2013
oprawa: twarda z okleiną
format: 123 x 195 mm
ISBN 978-83-7747-845-5
www.wab.com.pl
Autorka: Aleksandra Lipczak, czerwiec 2013