Album Podsiadły "Comfort and Happiness" był przebojem 2013 roku w Polsce. Z szeregu singli promujących to wydawnictwo wyróżniały się "Trójkąty i kwadraty", które długo nie schodziły z list przebojów. Wydanie albumu było dla wokalisty nagrodą za sukces w jednym z telewizyjnych talent shows. Jednocześnie okazało się najbardziej udaną i wartościową artystycznie polską próbą przekucia popularności telewizyjnej w fonograficzny sukces.
Nagrodą z kolei za świetną płytę były cztery Fryderyki, laury przyznawane przez polski przemysł muzyczny. Podsiadło zgarnął je we wszystkich dostępnych kategoriach w dziale muzyki rozrywkowej, wygrywając m.in. z Waglewskim Fiszem Emade, Kayah, Jamalem, Makowieckim czy Edytą Bartosiewicz.
O piosence "Trójkąty i kwadraty", uznanej za przebój roku 2013, Podsiadło na uroczystej gali w Sali Kongresowej powiedział wprost: "Nie przepadam za tym utworem teraz, gdy zaśpiewałem go kilkadziesiąt razy". To znaczące zdanie – po pierwsze, wokalista jest wyjątkowo szczery. Po drugie, wydaje się, że cały czas myślał o czym innym niż solowa kariera.
Zanim bowiem urodzony w 1993 roku w Dąbrowie Górniczej Dawid Podsiadło przebił się do masowej widowni jako interpretator złotych przebojów w telewizji, zanim nagrał płytę gorąco przyjętą przez słuchaczy i specjalistów, dał się poznać z zupełnie innej strony. Jego zespół Curly Heads zdobył wyróżnienie w prestiżowym konkursie młodych kapel na rockowym festiwalu w Jarocinie w 2012 roku. Nastolatkowie z Dąbrowy Górniczej ujęli jury i publiczność własnym podejściem do rockowej tradycji, osłuchaniem i energią.

Curly Heads, fot. Łukasz Ziętek, materiały prasowe
Teraz wreszcie Podsiadło, ten sympatyczny i trochę nieśmiały "chłopak z sąsiedztwa", mógł wrócić do pracy z macierzystą grupą. Ponoć to opowiadanie o planach Curly Heads zawsze wzbudzało w nim największe emocje. Podsiadło to rockman, co pokazał już parę miesięcy temu, śpiewając czy wręcz wrzeszcząc w singlu Męskiego Grania, ekspresyjny jak nigdy.
Na wydanym właśnie albumie "Ruby Dress Skinny Dog" Podsiadło idzie dalej. Na tylnej stronie okładki jest zdjęcie zespołu: muzycy siedzą pod ścianą, fotografia jest przycięta mniej więcej na wysokości ich piersi, widać tylko czarne spodnie i kurtki oraz festiwal trampek. O to tutaj właśnie chodzi – to praca zespołowa, nie są ważne twarze. Każdy z muzyków miał tu swoją pracę do wykonania, nikt nie powinien stać na pierwszym planie.
Artyści umiejętnie czerpią z doświadczeń grup z gitarowego rozdania sprzed dziesięciu lat (choćby Franz Ferdinand czy Bloc Party). Szukają równowagi między nowofalowymi brzmieniami, popowo-punkowymi melodiami, rockową tradycją z przełomu lat 70. i 80.
Cały ten album brzmi jak marzenie o byciu rockowym zespołem z miejsca, gdzie muzyka jeszcze coś znaczy, jest ważna, rozmawia się o niej i wciąż chodzi się na koncerty. Przecież "Ruby Dress Skinny Dog" jest zwycięstwem muzyki nad przemysłem fonograficznym – człowiek, który w założeniach biznesowych powinien był pójść za ciosem, rozwijać solową karierę, schował się wśród kolegów ze starego zespołu, by wykorzystać własny sukces do lepszej promocji tego, co dla niego samego najważniejsze.
Podsiadło śpiewa tu po angielsku – przede wszystkim o miłości, o byciu "tylko przyjaciółmi", o poczuciu straty, o powracających wspomnieniach, które zatruwają życie i nie pozwalają iść naprzód. Poruszają rzucane mimochodem wyznania, jak: "None of my body parts are just my own/ I think we might be all alone".
To niewyszukane tematy, ale przecież o niczym innym nie śpiewają polscy mistrzowie angielskiego słowa – choćby Paula & Karol. W porównaniu z nimi Podsiadło jest po rockowemu bardzo ekspresyjny. Przy wolniejszych tempach śpiewa zawodzącym głosem, w szybkich numerach chętnie krzyczy. Szczególnie wściekły jest w "Noadvice", w którym śpiewa: "I think I wonder too much late at nights/ and it hit so much harder than ever before". Ciekawy pomysł: piosenka o młodej, nieszczęśliwej miłości zaaranżowana nie jako ballada, ale jako wyrzut emocji zranionego młodzieńca.
W rozmowie z "Gazetą Wyborczą" Podsiadło tak mówił o swoim ekspresyjnym śpiewie:
"Tym razem nagrywałem wokale, trzymając mikrofon w ręku. I wreszcie mogłem skakać, mogłem tańczyć, mogłem rzucać się po studiu".
Jestem pewien, że te emocje udzielą się słuchaczom Curly Heads. Jaką część z nich będą stanowili fani solowych dokonań Dawida Podsiadły? Im większą, tym lepiej. "Ruby Dress Skinny Dog" to rzecz świeża, młoda, prosta i wypowiedziana wprost. Pozwala uwierzyć, że rock nie jest martwy.
Autor: Jacek Świąder, październik 2014
"Ruby Dress Skinny Dog", Curly Heads, Sony Music 2014