"Świat ma dla nas obrazy, dźwięki, zapachy i kształty – ale najważniejsze, żeby miał dla nas smak" – tym zdaniem znakomity językoznawca rozpoczyna ucztę, która zaczyna się od ananasa, a kończy na żurku. Bralczyk śledzi etymologię nazw owoców i warzyw, mięs i ryb, zup, napojów i innych składników sztuki kulinarnej, a kusząco brzmiące słowa są jedynie przystawką do dalszych rozważań językowych. Apetyt rośnie w miarę wertowania kolejnych stron.
Krótkie, niezwykle erudycyjne, a zarazem bezpretensjonalne eseje, odwołujące się do frazeologii, literatury, czasem i muzyki, są okraszone ilustracjami nie tylko poszczególnych posiłków, lecz także reprodukcjami dzieł malarskich. Skojarzenia wizualne – niekiedy oczywiste, innym razem zaskakujące (na przykład hasło "kisiel" opatrzone jest portretem Stefana Kisielewskiego, a "pulpety" to "Trzy Gracje" Petera Paula Rubensa) – przyprawione szczyptą (garścią?) humoru językowego tworzą oryginalny przewodnik kulinarno-lingwistyczny.
Nasz wieszcz narodowy rozkoszował się w "Panu Tadeuszu" półmiskami "kontuzów, arkasów, blemasów, z ingredyjencyjami pomuchl, figatelów, cybetów, piżm, dragantów, pinelów, brunelów", które były chlebem powszednim staropolskich uczt. Polegając na językowym smaku Jerzego Bralczyka, skomponowaliśmy kilka dań często goszczących na polskich stołach.
Chleb powszedni

Chleb ze smalcem, fot. Krystian Dobuszyński / Reporter
Pieczenie nie od razu wszystkim kojarzy się z pieczywem, ale chrupiącą skórką, na przykład chleba, nikt nie pogardzi. Nazwę tego podstawowego posiłku, której etymologia sięga języka praindoeuropejskiego, Słowianie zapożyczyli od Niemców (germ. "hlaiba") – wcześniej jedli zboże prażone. Trudno wyobrazić sobie polską kulturę bez chleba – łączy się z pogańskimi obyczajami, a także z chrześcijaństwem: dawniej dzielono się chlebem jak dzisiaj opłatkiem, a gości witano chlebem i solą. Raz jest kojarzony z pogardą, cierpieniem ("Bodaj cię chleb ten zadławił! zadławił!" – wykrzykuje zrozpaczona matka do Balladyny); innym razem symbolizuje dostatek (okrzyk rewolucjonistów chociażby z "Nie-boskiej komedii" Krasińskiego czy pouczenie syna przez Borynę: "Chleb cię to rozpiera, widzę… mój chleb…").
Nie samym chlebem człowiek żyje, więc jakiś dodatek – niekoniecznie duchowy – by się przydał. Nie ma nic prostszego niż chleb (zamiennie bułka) z masłem, ale prawdziwym wiejskim rarytasem jest chleb ze smalcem - znów ukłon w stronę zachodnich sąsiadów. A gdy do tego dołożyć jeszcze poczciwego, kiszonego ogórka, to role się odwracają: słowo "ogórek" Niemcy zapożyczyli od Słowian.
Co ma piernik do pieprzu?

Piernik - specjał z pięknego Torunia, fot. TRAVELPHOTO / Forum
Nie jest ględzeniem bez sensu mówienie, że bez pieprzu piernik nie może smakować. To ciasto swoją nazwę zawdzięcza właśnie ostrej przyprawie: "pierny" znaczyło kiedyś tyle, co "pieprzny". Gdy się dłużej zastanowić nad określeniem "stary piernik", dochodzimy do wniosku, że niekoniecznie wiąże się ono ze złymi intencjami. W końcu piernik jak na ciasto jest bardzo trwały – dobrze smakuje po wielu dniach, nawet tygodniach (skoro mowa o cieście, to wypadałoby wspomnieć o jego drobniejszej formie – ciastku, a najbardziej znane nie tylko w Polsce są toruńskie pierniki).
Innym niezbędnym składnikiem piernika jest miód. Jego słodycz pamięta się dłużej niż miesiąc, a powszechnie wiadomo, że jak muchy do miodu ciągną misie – "medvedis", czyli "miodojad", to "niedźwiedź". Ponadto każdy chciałby mieszkać w krainie mlekiem i miodem płynącej, a komuś schlebiając, podlizując się czy po prostu mówiąc miłe słówka lejemy miód na czyjeś serce.
"Nieopodal krzaczka…"

Kaczka z jabłkami, fot. Andrzej Zygmuntowicz / Reporter
Amerykanie mają pechowego kaczora, Duńczycy nie najładniejsze kaczątko, a Polaków ujęła nieprzeciętna kaczka dziwaczka. Kiedyś była dzika, potem skrzydła podcięli jej Krzyżacy i zaczęto ją hodować. Z charakterystycznego chodu zwierzątka skorzystali Rosjanie, "kaczką" nazywając "kołysanie się", podczas gdy właściwą nazwę ptaka "utka" przejęli z prasłowiańskiego "ąty" (później "ątica", "ątka"). Polszczyzna uwielbia onomatopeiczne określenia, zatem prawdopodobnie przełożyliśmy na ludzki odgłos kwakania ("ka ka"), a że to przemiłe stworzenie, więc staropolskim zwyczajem słowo zdrobniliśmy – tak oto narodziła się "kaczka".
Nie będzie kaczką dziennikarską stwierdzenie, że w chińskiej tradycji ptak ten symbolizował miłość, a według etnografów tak było i na dawnym Mazowszu. Mimo iż kaczuszka nas rozczula, nie przeszkadza to w jej późniejszym pieczeniu i spożywaniu w towarzystwie słodkich jabłek. Owoce te znane są z mitologicznych i biblijnych opowieści, jednak ich językowe korzenie sięgają praindoeuropejskiego rdzenia "ablu-". W różnych krajach pojawia się "Apfel" czy "apple", natomiast Słowianie dodali "j-" na początku. Kogo nie skusi rajskie jabłuszko?
Smak dzieciństwa

Kogel-mogel, fot. Mondadori Press East News
W okresie międzywojennym i w latach PRL-u, gdy o czekoladzie można było myśleć jak o niebieskich migdałach, popularny stał się kogel-mogel (receptura prawdopodobnie żydowska). Przepis na ten deser jest banalny: wystarczy utrzeć żółtka jaj z cukrem. Bardziej skomplikowana jest etymologia poszczególnych składników. Wciąż nie rozwikłano odwiecznego dylematu, czy jajo pochodzi od kury, czy odwrotnie, wiadomo jedynie, że w praindoeuropejskim było "ojo", a w prasłowiańszczyźnie "aje" (tu ponownie wkradła się jota). W Polsce najpierw było "jaje", potem "jajko", a że przypominało bardziej zdrobnienie niż formę podstawową – utworzono "jajo". Z jajkiem należy obchodzić się delikatnie i z szacunkiem, szczególnie za młodu, gdyż może być mądrzejsze od kury.