
Janusz Zakrzeński, fot. Andrzej Stawiński / East News
Janusz Zakrzeński był absolwentem PWST w Krakowie, gdzie też od 1960 roku występował w Teatrze im. Słowackiego. Od 1967 roku był w zespole Teatru Polskiego w Warszawie - z przerwami na sezony w stołecznym Nowym (1974-1975) i Narodowym (1984-1985). Po raz ostatni stanął na scenie Polskiego w piątek, 9 kwietnia 2010 w Dżumie według Camusa.
Na ekranie zadebiutował w filmie Kalosze szczęścia w 1958 roku. Zagrał ponad pięćdziesiąt ról w filmach i serialach. Były wśród nich: Stawka większa niż życie, Epilog Norymberski, Czarne chmury, Sekret Enigmy, Co mi zrobisz jak mnie złapiesz, Miś, Epizod Berlin-West, M jak miłość czy Na dobre i na złe.
Grał Napoleona w Popiołach i Stanisława Ignacego Witkiewicza w filmie Tumor Witkacego. Najczęściej odtwarzał postać Józefa Piłsudskiego. Po raz pierwszy zagrał go w filmie Polonia Restituta w 1980 roku. Już charakteryzatorka dopasowująca mu zarost nie kryła zadowolenia z efektu. Wąsy à la Piłsudski na stałe Zakrzeński zapuścił jednak dopiero przy roli Benedykta Korczyńskiego w Nad Niemnem (1986). Zgodnie z opisem Orzeszkowej jego bohater stale je nerwowo szarpał, więc doklejany zarost był zbyt ryzykowny.
"To był aktor typowo polski, predestynowany do polskiego repertuaru - uważa Andrzej Łapicki. - Dlatego zagrał u mnie Cześnika i występował w co drugiej mojej inscenizacji Fredry. Znakomicie wyrażał sarmackie cechy, gwałtowność, zmianę nastroju, a w końcu dobrotliwość. Prywatnie imponował poczuciem humoru. Był dobrym kolegą, przystępnym. Skromnym. Jego pozycja w środowisku zmieniła się, gdy zaczął grać Piłsudskiego. A grał go właśnie dlatego, że Piłsudski, tak jak postaci z Fredry, był arcypolski, arcyszlachecki."
"Tworząc historyczną postać, wierzę w metafizyczny kontakt - mówił aktor w wywiadzie dla 'Rzeczpospolitej' w listopadzie 2009 roku. - W paryskiej l'Ecole Militaire oglądałem kapelusz, który był na głowie Napoleona. Wpatrywałem się w oczy Witkacego na zdjęciach - tych prawdziwych, bez stylizacji i retuszu. Oczy nie kłamią. Z tego czerpałem."
Przy tworzeniu tej postaci aktorowi pomagały lektury i własne badania. W warszawskiej Wytwórni Filmów Dokumentalnych na Chełmskiej puścili mu wtedy pilnie strzeżone materiały archiwalne. Obserwował, jak Piłsudski poruszał się na ulicy, w okopach, w gabinecie, a nawet podczas odbierania defilady w Kijowie. Aktorskie poszukiwania wkrótce przerodziły się w pasję, która zaowocowała książką Moje spotkania z Marszałkiem.
"Kiedy przygotowywałem się do roli Marszałka, pojechałem do Sulejówka - ujawnił aktor. - W dworku Piłsudskiego było wtedy przedszkole, a wystraszona kierowniczka wolała udawać, że nie wie, kto w nim wcześniej mieszkał. Przechodzącą obok starszą kobietę z chrustem w zapasce zapytałem, czy to dworek Marszałka. Uradowana wspominała, że Piłsudski często wychodził z niego w płaszczu narzuconym na ramiona i rozmawiał... z drzewami. A jego żona i córeczki pieszo chodziły w każdą niedzielę do kościoła. Coś pięknego. W ten sposób Piłsudski objawił mi się nie jako monument, tylko jako człowiek."
O tym, że lepszego aktora do tej roli nie znajdzie, przekonany był też Maciej Rayzacher, inicjator i reżyser corocznych inscenizacji historycznych "Warszawa wita Komendanta". Brał pod uwagę, że obok podobieństwa do Piłsudskiego, Zakrzeński był też jego wielbicielem i znawcą.
"Uznaliśmy, że warto przypomnieć akt przekazania komendantowi Piłsudskiemu władzy nad wojskiem, co było znaczącym posunięciem ze strony Rady Regencyjnej. Następnym zaś krokiem - misja utworzenia nowego rządu. Znowu przychodziły tłumy ludzi, aby wysłuchać przemówienia Piłsudskiego do wojska, zobaczyć salut szwadronu kawalerii i przejazd Krakowskim Przedmieściem na dziedziniec Zamku - wspomina Maciej Rayzacher. - Był też rok, kiedy za namową Janusza zrobiliśmy rodzaj inscenizacji. Przypominał wydarzenie z 1905 roku, kiedy do chorego już Wyspiańskiego przyjechał Żeromski. Namawiał go, żeby coś zrobił dla tworzących się oddziałów polskiego wojska. Wyspiański ofiarował kartony swoich prac."
"Zapamiętałam go jako bardzo czułego partnera, wrażliwego - mówi Marta Lipińska, jego partnerka w 'Nad Niemnem'. - Lubiliśmy ten film i nasze role. Było w nich coś szlachetnie polskiego - dworek i wspaniała atmosfera. Janusz cieszył się podwójnie, bo mógł pojeździć na koniu, co stało się jego pasją."
Źródło: informacje prasowe i własne