Niewiele zespołów muzycznych ma za sobą tak ciekawą drogę jak WCIAS. Duet, który wyrósł z kwartetu znanego pod nazwą We Call It A Sound, zmieniał składy, stylistyki i miejsca zamieszkania. W niektórych obszarach dokonywał radykalnych przewartościowań, w innych – zataczał koła i wracał do korzeni.
Ta pełna zwrotów, choć tocząca się przecież bez pośpiechu historia zaczyna się w Wielkopolsce, dokładniej: w Wolsztynie i pobliskiej wsi Kębłowo, skąd pochodzą Filip i Karol Majerowscy. Pierwszy impuls dała braciom Powiatowa Wolsztyńska Orkiestra Dęta, do której rodzice zapisali najpierw dziesięcioletniego Karola. Jak wspomina muzyk:
Text
W pewnym momencie powiedziałem mamie, że chciałbym nauczyć się grać na jakimś instrumencie, tak po prostu, bo nie miałem sprecyzowanego pomysłu, co to konkretnie ma być. Okazało się, że dosłownie za rogiem można nauczyć się grać w ognisku muzycznym, które działa przy orkiestrze, a dodatkowo: że grać na trąbce uczy się tam nasz dobry kolega i mówi, że jest fajnie. No i tak poszedłem, dostałem trąbkę, potem Filip dostał puzon, a później poszło z nami jeszcze kilku kolegów. Po trzech latach nauki wchodziło się do orkiestry.
Majerowski uważa dziś, że czas spędzony w orkiestrze był doświadczeniem totalnym. Wpłynął nie tylko na jego rozwój muzyczny, lecz także społeczny, towarzyski – okazał się po prostu szkołą życia. Trębacz do dziś wspomina pierwsze orkiestrowe granie. Było tak, jakby ktoś odpalił mu w mózgu fajerwerki.
Wygrana, która spada z nieba
Kiedy Majerowscy nie ćwiczyli z orkiestrą, słuchali jednak innej muzyki. Zdecydowanie częściej był to indie rock z Wysp Brytyjskich niż marsze autorstwa Edwarda Maja. W liceum założyli więc zespół, do którego dołączyli Marek Orywał na basie i Kamil Maj na klawiszach. Ważną częścią tożsamości grupy było unikanie stylistycznych szufladek. Stąd też nazwa – We Call It A Sound. Od samego początku kwartet operował rockowym instrumentarium, chętnie sięgał po elektronikę, a jednocześnie odwoływał się do umiejętności ćwiczonych w wolsztyńskiej orkiestrze. Na wydanym w 2010 roku albumie Animated słychać echa twórczości Radiohead, Animal Collective, Hood czy popularnej wówczas indietroniki spod znaku Lali Puna.
Sama płyta ukazała się dzięki wygranej We Call It A Sound w konkursie Coke Live Fresh Noise organizowanym przez krakowski festiwal. Jak wspominają muzycy, werdykt okazał się kluczem do ich dalszej muzycznej kariery:
Text
Pochodzimy z prowincji, gdzie nie było klubów muzycznych, miejsc, w których można by nagrać płytę, znaleźć realizatorów. Nie było też środowiska muzycznego, które powiedziałoby: „Ej, gracie super muzykę, słuchajcie, tu jest studio, może byście nagrali coś, poszukamy wydawcy etc.”. To były też trochę inne czasy, jeśli chodzi o technikę nagrywania, dystrybucję muzyki, promocję, know-how. Nie mieliśmy też kasy na nagranie płyty, a tu nagle: pach! – 25 tysięcy złotych na studio. To był porządny start, mieliśmy gotowy, profesjonalnie nagrany i wyprodukowany album. Coke Live Fresh Noise trochę spadł nam z nieba.
Rozstrzygnięcie konkursu nastąpiło w przełomowym dla zespołu momencie. Majerowscy właśnie kończyli liceum i zaraz mieli przeprowadzić się do Poznania. Ze względu na zorganizowany w Warszawie koncert laureatów nie dotarli na zakończenie roku szkolnego. Za to dwa miesiące później występowali na jednej scenie z 50 Centem i The Killers.
Taneczny pierwiastek
Debiutancki album ukazał się nakładem poznańskiej wytwórni Ampersand, która podpisała z zespołem umowę na dwie płyty. Piosenki na Animated zostały zarejestrowane w szubińskim studio Electric Eye prowadzonym przez braci Kapsów (znanych z gry w zespołach, takich jak: Contemporary Noise Quintet czy Something Like Elvis). Wydanie płyty wiązało się z większą aktywnością koncertową zespołu. We Call It A Sound zagrało ogólnopolską trasę, wystąpiło też na festiwalach Open’er i OFF, a także supportowało amerykańską grupę Yeasayer. W uznaniu tych osiągnięć w lutym 2011 roku „Głos Wielkopolski” uhonorował zespół Medalem Młodej Sztuki w kategorii Muzyka popularna.
W tym samym roku grupa znów wyjechała do Szubina, by nagrać następcę Animated. W składzie nastąpiła pierwsza zmiana – Kamila Maja zastąpił perkusista Michał Hruświcki. Do metamorfozy doszło także na poziomie muzycznym, bo Homes & Houses okazało się śmiałym krokiem w stronę electropopu. W entuzjastycznej recenzji na łamach Onetu tak pisał o albumie Tomasz Doksa: „Otwierając się zdecydowanie na elektronikę, zaszczepiając w swoich nagraniach silny, taneczny pierwiastek, spodobać się powinni tak miłośnikom Animal Collective, jak i amatorom bardzo popularnego w ostatnim czasie chillwave’u oraz popowej melancholii”.
Wydana jeszcze w tym samym roku epka Reworks & Remixes z reinterpretacjami utworów z drugiej płyty utrzymanymi w bardziej klubowym duchu mogła sugerować, że We Call It A Sound staną zaraz w szranki z debiutującym wówczas zespołem Kamp! Stało się jednak inaczej. Zupełnie inaczej.
Pierwsze potyczki z folklorem
W 2014 roku ukazał się album Trójpole. Majerowscy nagrali go we dwóch i wydali własnym sumptem. Wśród zmian, jakie przynosiła płyta, należałoby odnotować porzucenie języka angielskiego na rzecz polszczyzny. Inspiracje duetu były wciąż rozsiane po wielu gatunkach, ale znaczącą rolę zaczęła z pewnością odgrywać muzyka tradycyjna, na co wskazywał zresztą sam tytuł płyty. Wydawnictwo zostało podzielone na trzy części, które Majerowscy nazwali umownie: „Dub”, „R’n’B” i „Folk”. Choć artyści nie związali się jeszcze wówczas z Domem Tańca Poznań, ich zainteresowania niewątpliwie orbitowały już wokół muzyki wiejskiej.
Karol pamięta do dziś, jakim szokiem była dla niego wówczas lektura książki Polskie Instrumenty Ludowe, w której natrafił na dudy wielkopolskie. Jak wspomina:
Text
Zaczęliśmy głęboko grzebać w muzyce i kulturze wiejskiej. Idea była taka: jak wyrazić przywiązanie do miejsca pochodzenia za pomocą muzyki? Takim artystom, jak Fleet Foxes, Joanna Newsom czy Kapela ze Wsi Warszawa, to się wtedy udawało. To może i nam by się powiodło? Próbowaliśmy więc pożenić tę myśl z naszym podejściem do komponowania. Eksperyment stawał się coraz ciekawszy.
Na łamach Onetu tak pisała o Trójpolu Dominika Węcławek:
Text
To podróż od łączących indierockową zadziorność z elektroniką motywów, które witają we Wstręcie i Tataraku, przez potyczki z wysyconą syntezatorowym brzmieniem i poszatkowaną przez programowaną perkusję nowoczesną muzyką miejską, aż po śmiałe potyczki z folklorem. Choć pomysł wydaje się karkołomny, eksperyment się powiódł.
Wiejskie przenikanie
Kolejna płyta i kolejne zaskoczenie. Na wydanym w 2017 roku albumie Hejnały Majerowscy nie tylko skrócili nazwę zespołu do swojskiego WCIAS, ale zrezygnowali też zarówno z gitar, jak i elektroniki. Zgrało się to w czasie z ich powrotem do intensywnej praktyki na instrumentach, na których grali w wolsztyńskiej orkiestrze. Jak tłumaczą:
Text
Odkryliśmy, że w polskiej muzyce wiejskiej dęte blaszane są bardzo wdzięcznymi instrumentami. Można na nich grać mazurki, polki, kujawiaki, muzykę klezmerską czy muzykę dwudziestolecia międzywojennego, która też pojawiała się na wiejskich zabawach. Dużo wtedy graliśmy na żywo i te instrumenty były zawsze pod ręką, naturalnym było więc komponować muzykę opartą właśnie o trąbkę i puzon.
Muzycy nie przypominają sobie, żeby odbierali tę zmianę jako szczególnie ważną – ta po prostu się dokonywała, a utwory na instrumenty dęte jakby pisały się same. Mieli natomiast świadomość, że to kompozycje o zupełnie innej fakturze – a także że ich pożegnanie z MIDI może okazać się ostateczne.
Na łamach portalu Nowa Muzyka Łukasz Komła chwalił twórców za nieoczywiste pomysły i bogate aranżacje rozpisane na rozbudowaną sekcję dętą (duet wsparli między innymi Michał Filter, Michał Pijewski i Michał Śliwiński). Wraz z eksploracją muzyki wiejskiej zmieniał się także sposób, w jaki Majerowscy pisali teksty piosenek. Kształtowały je nie tylko tradycyjne pieśni, ale także ludowa proza i poezja oraz inne elementy świata, który w coraz większym natężeniu przenikał do twórczości WCIAS.
Oberkowy haj
Choć na następny album zespołu trzeba było czekać aż dziewięć lat, nie oznacza to, że Majerowscy stracili w tym czasie zainteresowanie muzyką. Przeciwnie – niedługo po wydaniu Hejnałów wciągnął ich świat wspomnianych tu już Domów Tańca. Jak opisują ten moment bracia: „Kompletny haj, totalna fascynacja, wyjazdy, zarwane noce, oberki śniące się nad ranem. Poznaliśmy wtedy masę muzyków, muzykantów, kontynuatorów wiejskich tradycji i wiejskich mistrzów”.
Majerowscy czerpali inspiracje z działalności organizacji trzeciego sektora (jak na przykład Ambasady Muzyki Tradycyjnej, Fundacji Stara Droga), festiwali (m.in. Na Rozstajnych Drogach, Wszystkie Mazurki Świata), jak i twórczości zespołów (takich jak Przodki, Tęgie Chłopy, Orkiestra Dęta ze Zdziłowic) czy mistrzów (choćby Romualda Jędraszka, Zbigniewa Butryna, Jacka Hałasa). Aż w końcu wydarzyło się nieuniknione i sami zaczęli współtworzyć to środowisko.
Obok udziału w wielu zespołach i orkiestrach Karol jest aktywny w Stowarzyszeniu Dom Tańca Poznań i Fundacji Muzyka Zakorzeniona, natomiast Filip, który zamienił Wielkopolskę na Roztocze, jest dziś prezesem Fundacji Piszczałka, założycielem Warszawsko-Lubelskiej Orkiestry Dętej i prowadzącym młodzieżową Orkiestrę Podróżniacy. Wygląda na to, że po latach dystansowania się od konkretnych scen i estetyk bracia Majerowscy znaleźli miejsce, w którym czują się u siebie. Sami przyznają:
Text
W środowisku Domu Tańca poczuliśmy, że to właśnie nasze miejsce. Że tu pasujemy, mamy żywe, palące dyskusje, jesteśmy sobą i mamy poczucie sensu i misji. Rzeczywiście zanim weszliśmy do in crudo świata starodawnej muzyki wsi, wcześniej nie byliśmy częścią jakiegoś konkretnego środowiska muzycznego, a tego właśnie nam brakowało.
W przypadku Podróżniaków kusi, by postawić tezę, że Filip Majerowski wrócił do korzeni – do tego „totalnego doświadczenia”, jakim przed laty była dla braci wolsztyńska orkiestra. Jak tłumaczy:
Text
W Podróżniakach zależy mi na tworzeniu inkluzywnej, bezpiecznej i w miarę możliwości demokratycznej przestrzeni, której w polskich orkiestrach wciąż mi bardzo brakuje – na szczęście powoli się to zmienia. Przede wszystkim jednak kieruje mną potrzeba zapewnienia ciągłości tradycji i stworzenia młodego zaplecza dla ostatnich tradycyjnych roztoczańskich orkiestr dętych. Jest to poniekąd praca u podstaw, w dodatku w miejscu, gdzie trudno o jakościową edukację muzyczną, ale mam poczucie, że to w zasadzie najistotniejsza rzecz, jaką można zrobić dla zachowania konkretnej tradycji.
Muzyk dodaje, że nauczanie gry na instrumentach nierzadko owocuje inspiracjami, które przydają mu się we własnej autorskiej twórczości.
Eksperyment i powrót
W 2026 roku zespół wrócił nowym albumem, wydanymi przez Ośrodek Międzykulturowych Inicjatyw Twórczych ROZDROŻA Wiwatami, autorską wizją muzyki wielkopolskiej, którą bracia Majerowscy znają szczególnie dobrze.
Text
Jest ona szybka, głośna i dynamiczna. Przede wszystkim taneczna. My chcieliśmy odwrócić proporcje: poszukać w niej czegoś kontemplacyjnego, medytacyjnego, zwolnić tempo, usunąć ramy metryczne. Okazało się, że dudy wielkopolskie, instrument naszego regionu, na którym Karol gra od wielu lat, nadają się do tego celu idealnie. Że ich drone’owa natura sama zachęca do zanurzenia się w świat mikrotonów, wibracji, długiego, niespiesznego badania faktury i brzmienia. Reinterpretujemy melodie wielkopolskie, czasami dokładamy swoje wymyślone tematy, dekonstruujemy osobisty mit o wielkopolskim poukładaniu i chęci organizacji wszystkiego.
Z jednej strony słychać w tej muzyce echa twórczości współczesnych kompozytorek, takich jak Ellen Arkbro, Kali Malone czy Sarah Davachi, z drugiej – za sprawą dud wielkopolskich – to także powrót do Kębłowa, do muzyki przodków. I choć jest to kolejny zwrot w twórczości WCIAS, bracia Majerowscy są przekonani, że zmierzają w dobrym kierunku.