Jeden z najważniejszych polskich zespołów metalowych. Za sprawą poetyckich tekstów, mrocznego wizerunku i chwytliwych kompozycji przyciągnął do tej sceny rzeszę słuchaczy i wykształcił dziesiątki jej przyszłych twórców.
Kat jest być może najbardziej wpływowym zespołem w historii polskiego metalu. Kiedy czytam jego biografię autorstwa Mateusza Żyły (Piekło i metal. Historia zespołu Kat, SQN 2023), główny wątek co chwilę zaburzają komentarze wydawców, promotorów, wreszcie polskich i zagranicznych muzyków, którzy opowiadają, jak wiele znaczy dla nich katowicka grupa. A przecież opowieść o niej to wcale nie celebracja wspaniałej kariery, drogi ze sławy jak ze snu. Przeciwnie, artystycznym czy komercyjnym sukcesom Kata stale towarzyszy utrzymujące się między muzykami napięcie, konflikty z przedstawicielami środowiska, pomówienia ze strony mediów widzących zagrożenie w wokaliście o satanistycznych poglądach. Wyzwaniem byłoby nakręcić film na podstawie Piekła i metalu, bo trudno tu o bohatera, z którym chce się empatyzować. Co nie zmienia faktu, że początek tej historii jest niemal hollywoodzki.
Mam na myśli rok 1981. Kat (w składzie: Piotr Luczyk, Ireneusz Loth, Tomasz Jaguś, Ryszard Pisarski) gra już mniej więcej od dwóch lat. Zyskuje lokalną renomę jako instrumentalny kwartet po uszy zakochany w hard rocku spod znaku Deep Purple. Choć Kat ma już za sobą kilka udanych występów, nie może przegapić wyjazdu do Bytomia, w którym Estrada Śląska organizuje I Przegląd Śląskich Zespołów Muzyki Młodej Generacji Silesian Rock. Kat występuje 12 grudnia, pierwszego dnia festiwalu. Tego wieczoru do garderoby zagląda młody chłopak o niemal siwych włosach, który oznajmia, że chce się sprawdzić jako wokalista Kata. Muzycy niczego mu nie obiecują, ale umawiają termin przesłuchania. Następnego dnia wybucha stan wojenny. Festiwal zostaje odwołany ze skutkiem natychmiastowym. Gdyby występ Kata był zaplanowany na drugi czy trzeci dzień imprezy, muzycy nie wybraliby się do Bytomia i nie spotkali tam Romana Kostrzewskiego, wieloletniego wokalisty zespołu.
Pół utworu wystarczy
Niedługo później doszło do pierwszej z wielu roszad w składzie Kata – Pisarskiego, któremu bliższy był folk niż metal, zastąpił gitarzysta Wojciech Mrowiec. Pod koniec 1982 roku zespół podpisał kontrakt z Estradą Śląską, a kolejne dobre występy i zaangażowanie menadżera Zbigniewa Węsiory otworzyły muzykom drzwi do studia nagraniowego Radia Katowice. Choć jego pracownicy byli bardziej zaznajomieni z repertuarem orkiestry Jerzego Milana niż klasyką hard rocka, zespołowi udało się zarejestrować kilka utworów. Już na tym etapie teksty Kostrzewskiego zdradzały jego poetyckie ciągoty, a także antyklerykalne poglądy. Wśród tych pierwszych kompozycji znalazło się m.in. Delirium Tremens – osobisty utwór, w którym wokalista nawiązuje do dorastania w domu dziecka.
Zespół grał kolejne koncerty, zdobywał doświadczenie, ale musiał odczuwać zawód z powodu braku zaproszenia na festiwal w Jarocinie, i to zarówno w 1982, jak i 1983 roku. Istnieje teoria, że grupa nie została przyjęta na imprezę, ponieważ jury, nie wierząc, że młody zespół ze Śląska może brzmieć tak profesjonalnie, sądziła, że ten przesłał cudze nagranie. Aby uniknąć podobnych nieporozumień, w 1984 roku członkowie Kata – z nowym menadżerem, Tomaszem Pałaszem – osobiście udali się na przesłuchania do Jarocina. Już w połowie pierwszego numeru jury przerwało występ skonfundowanej grupy – uznało, że Kat reprezentuje na tyle wysoki poziom, że pół utworu wystarczy, aby wystosować zaproszenie na festiwal. Koncert zespołu został bardzo dobrze przyjęty. Na tyle, że Kat trafił do grona laureatów imprezy, tzw. Złotej Ósemki.
W następnym roku muzykom tylko przybyło powodów do zadowolenia. Nakładem Topress ukazał się pierwszy singiel zespołu: Ostatni tabor/Noce Szatana. Choć za teksty odpowiadał tu wyjątkowo Robert Millard (współzałożyciel grupy Mech), okultystyczny, satanistyczny image przylgnął do katowickiej grupy na stałe.
W 1985 roku Kat ruszył w dużą trasę z fińską grupą Hanoi Rocks – zdaniem obserwatorów zespół z koncertu na koncert coraz lepiej odnajdywał się w roli supportu gwiazdy zza żelaznej kurtyny. Śląski kwintet nie tylko zaczął przywiązywać wagę do swojej scenicznej prezencji, lecz także zmieniał się pod kątem muzycznym – hard rocka coraz wyraźniej wypierał thrash metal, a członkowie Kata zasłuchiwali się w nagraniach Metalliki, Slayera czy Testament. W rezultacie ich utwory stały się cięższe i szybsze, o czym przekonali się uczestnicy Jarocina 1985. Koncert Kata do tego stopnia zachwycił Wojciecha Hoffmanna z grupy Turbo, że także jego zespół porzucił hard rocka na rzecz „Kawalerii Szatana”. Gitarzysta bynajmniej nie był w swojej reakcji odosobniony.
Na szczycie w „Spodku”
W październiku 1985 roku Kat zarejestrował materiał na swój debiutancki album, który jako Metal and Hell ukazał się w marcu 1986 roku na Zachodzie, a dopiero jesienią trafił na polski rynek pod tytułem 666. Kostrzewski dał się na nim poznać jako tekściarz chętnie odnoszący się do okultyzmu, młodopolskich poetów, Nietzschego i Biblii; natomiast zespół czerpał coraz sprawniej z inspiracji Metalliką, Slayerem czy Venom.
Jeszcze w tym samym roku Kat, którego menadżerem został w międzyczasie Tomasz Dziubiński, był jedną z gwiazd pierwszej Metalmanii. Podczas koncertu w „Spodku” grupa zrobiła na zgromadzonych wrażenie nie tylko za sprawą muzyki, lecz także niespotykanej wówczas w Polsce rozbudowanej oprawy scenicznej. Co ciekawe, w tym zakresie grupie doradzał Mirosław Neinert, aktor, późniejszy dyrektor katowickiego Teatru Korez.
Na następną edycję jarocińskiego festiwalu zespół przyjechał jako kwartet. Kata opuścił Mrowiec, któremu coraz bardziej nie po drodze było z obranym przez grupę kierunkiem, a ponadto – jak pisze w biografii Żyła – coraz gorzej dogadywał się z pozostałymi członkami zespołu. Niestety najbardziej medialnym wydarzeniem tej odsłony imprezy okazała się czarna msza, którą na cmentarzu urządziła grupa festiwalowiczów, profanując jeden z grobów i zabijając psa. Prasa szybko połączyła te wydarzenia z poglądami głoszonymi przez Kostrzewskiego.
Kat zakończył rok występem w „Spodku” podczas jednodniowego wydarzenia Metal Battle, a materiał z widowiska zdominował koncertową płytę 38 Minutes of Life, która ukazała się w 1987 roku. W historii zespołu rok ten zapisał się jednak za sprawą dwóch innych koncertów, z 10 i 11 lutego – i nieważne, że Kat występował wówczas jedynie w roli supportu. W tych dniach katowicki zespół grał przed Metallicą, która zaprezentowała swój wysokoenergetyczny thrash publiczności szczelnie wypełniającej „Spodek”. Jak pisze Żyła:
Text
Czy koncerty z Metallicą były dla Kata istotne? Niewątpliwie. Po raz pierwszy polscy muzycy mogli się zmierzyć z międzynarodowym gigantem, mieli szansę spojrzeć na produkcję koncertową zespołu, który był na szczycie po wydaniu swojego absolutnego arcydzieła […]. Spotkanie z Metallicą oczarowało Kata, szczególnie Piotra Luczyka, który szykował już sporo nowych muzycznych pomysłów.
Triumf i upadek
Zanim jednak zespół wszedł do studia, nastąpiła kolejna roszada. Ze składu odszedł Tomasz Jaguś, który zdecydował się wyemigrować na Zachód. W cytowanej już biografii Piekło i metal muzyk zwraca też uwagę na pogarszającą się atmosferę w zespole, w którym Kostrzewski i Luczyk coraz wyraźniej walczyli o wpływy. Jaguś zagrał jeszcze z Katem podczas drugiej edycji Metalmanii (obok TSA, Turbo czy Overkill), ale już do Jarocina grupa pojechała w nowym składzie. Na basie grał Krzysztof „Stagman” Stasiak, z którym członkowie zespołu mieli wspólnych znajomych i który – jako wykształcony muzyk – przygotował wcześniej rozpiskę nutową utworów z Metal and Hell. Jeszcze tego samego roku Kat ruszył w trasę Heavy Metal Show, w której towarzyszyło mu kilka polskich zespołów ze stajni Dziubińskiego (m.in. Turbo, Dragon. Wilczy Pająk), a także czechosłowacki Citron. Choć katowicka grupa nie mogła narzekać na frekwencję, poróżniła się wówczas z menadżerem w sprawach logistycznych i finansowych.
W drugiej połowie 1987 roku Kat rozpoczął nagrywanie następcy debiutanckiego albumu. Sesja odbywała się pod okiem Andrzeja Puczyńskiego w podwarszawskim studio Exodus (później Izabelin Studio). Trwający w nim remont, przerwy w dostawach prądu i problemy sprzętowe nie ułatwiały zadania, ale ostatecznie efekt końcowy przerósł wszelkie oczekiwania. Oddech wymarłych światów z 1988 roku ma dziś kultowy status. Na łamach „Brumu” o płycie pisał Wojciech Wysocki: „Nigdy przedtem i nigdy później nie powstała w Polsce thrashowa płyta poziomem i oryginalnością śmiało konkurująca z wydawnictwami Zachodnimi. Absolutne Kątowe opus magnum”. Jeśli muzycznie rzeczywiście słychać tu inspiracje Metallicą czy Testament, to w warstwie tekstowej Kostrzewski podąża dalej okultystyczną ścieżką, którą wytyczyli mu młodopolscy poeci z Micińskim na czele. I jeszcze jedna rzecz odróżnia to wydawnictwo od metalowych płyt z Zachodu: początkowo miała nosić tytuł Cisza wymarłych światów, ale zmianę wymusiła ingerencja cenzury. „Cisza” jakoś źle się kojarzyła.
Mogłoby się wydawać, że po nagraniu drugiego albumu Kat rozwinie skrzydła – stało się jednak inaczej. Zamiast promować Oddech wymarłych światów, zespół popadł w wewnętrzne konflikty, zerwał współpracę z Dziubińskim i… rozpadł się. Jak podsumowuje Żyła: „Chyba właśnie wtedy Kat zaprzepaścił szansę na poważną międzynarodową karierę. Zabrakło zaufania, cierpliwości, zwyciężyła – jak to często bywa – niezdrowa ambicja, żądza i podejrzliwość. W przypadku Kata była to choroba nieuleczalna”.
Ballady i pornografia
Choć to Krzysztof Stagman jako jeden z pierwszych, już w latach 90., wyszedł z inicjatywą powrotu Kata na scenę, to właśnie on był też pierwszym, który po powrocie zespołu go opuścił. Zaczęło się od trasy Thrash Invasion, w którą grupa wyruszyła z drugim gitarzystą – Jackiem Regulskim. Ten świetnie wpasował się do składu, więc można było założyć, że w Kacie sprawdzi się także jego kolega z poprzedniego zespołu (Kill Off) – Krzysztof „Fazee” Oset. I rzeczywiście, niedługo później doszło do zmiany, którą ułatwił fakt, że Stagman miał podobno wątpliwości co do swojej przyszłości w Kacie – tym większe, że otwierał właśnie studio nagrań. Należy jednak oddać zespołowi, że w tym składzie wytrwali do końca dekady. No, prawie.
W kwintecie z Regulskim i Osetem Kat zarejestrował swój trzeci album – Bastard (Siton, 1992). Jeśli płyta została odrobinę chłodniej przyjęta niż poprzedniczka, to pewnie przez wzgląd na jej bardziej rozbudowaną formę i złożone struktury. To pokłosie współpracy Luczyka i Regulskiego, którzy obok płyt Metalliki, Exodus czy Testament słuchali gitarowych wirtuozów w typie Joe Satrianiego. Obranego kursu nie zmienił natomiast Kostrzewski, którego romantyczne i pesymistyczne wersy ciągle nawiązywały do młodopolskiej poezji. Jego stylem w późniejszych latach zainspirują się najciekawsi polscy tekściarze muzyki ekstremalnej – Nihil z Furii czy Stawrogin z Odrazy – toteż trudno zignorować zasługi, jakie Kostrzewski ma w kształtowaniu rodzimego metalu.
Rok później Kat wydał Ballady – kompilację, będącą odpowiedzią na popularny wówczas wśród pirackich wytwórni trend wymyślania podobnych składanek. Można powiedzieć, że Ślązacy uprzedzili tę możliwość, nagrywając taką płytę po swojemu. Co więcej, obok siedmiu znanych już kompozycji znalazły się tu dwa zupełnie nowe utwory (Legenda wyśniona, Niewinność). Lżejsze, bardziej melodyjne oblicze zespołu przysporzyło mu nowych fanów.
Jeśli Ballady były ukłonem w stronę słuchacza, to Róże miłości najchętniej przyjmują się na grobach musiały być dla większości odbiorców szokiem. Trudno żeby było inaczej, skoro były nim i dla większości zespołu. Nie za sprawą kompozycji – przeciwnie, rozbudowane utwory, które rezygnowały z szybkości na rzecz ciężaru, budziły powszechny entuzjazm. Problemem były teksty. W biografii Piekło i metal Krzysztof Oset tak wspomina pierwszy kontakt z nowymi wersami Kostrzewskiego: „Locik marzył, żeby jakiś utwór Kata wreszcie zaistniał w radiu, i taką kompozycją miały być właśnie Purpurowe gody. Po zaznajomieniu się z tekstem wiedzieliśmy, że utwór jest skreślony”. A jakie to teksty? Cóż, Kostrzewski wzbogacił swoje grobowo-baśniowe uniwersum o jeszcze jeden element – pornografię. „Prącie trzy na metr”? Rzeczywiście, radio mogło tego nie wziąć. Natomiast wbrew obawom instrumentalistów Róże… doczekały się szerokiego grona zwolenników.
Inaczej było w przypadku ostatniej płyty Kata nagranej w tym składzie. Wydane w 1997 roku Szydercze zwierciadło to chyba najsłabiej oceniana płyta zespołu. Jednym z powodów mogła być coraz gorsza atmosfera w zespole. Najdobitniej świadczy o niej fakt, że Luczyk nie wyruszył z zespołem w trasę promującą wydawnictwo. Być może Kat poradziłby sobie z tym kryzysem, w końcu zespół miał w tym wprawę. Wówczas jednak grupę spotkała prawdziwa tragedia – 29 października 1999 roku w wypadku motocyklowym zginął Jacek Regulski. Niedługo później Kat ponownie się rozpadł.
Podziały i pozwy
W 2002 roku zespół powrócił. Znowu. W kwartecie zagrał trasę On tour again, a rok później wystąpił przed Iron Maiden na Mystic Festival we Wrocławiu. Występ ten został uwieczniony na płycie DVD Somewhere in Poland. Dobra forma zespołu nie sprawiła jednak, że zniknęły stare podziały. Niedługo później zespół rozstał się z Lothem, a potem z Kostrzewskim. W rezultacie na scenie zaczęły funkcjonować dwa zespoły: Kat oraz Kat & Roman Kostrzewski. I chyba nie będzie przesadą stwierdzenie, że spór pomiędzy ich liderami przyciągał uwagę mediów bardziej niż wydawane przez grupy płyty. Jedno z tych wydawnictw nosi tytuł Without Looking Back. I w tym akurat przypadku muszę nie zgodzić się z autorem. W przypadku Kata nostalgia jest najlepszym wyjściem.