Główna bohaterka sprawia wrażenie złożonej osobowości – może mieścić się w niej dużo różnych kobiet.
Tak, bardzo trafne jest to, co pani powiedziała – też mam poczucie, że w Dinie mieści się wiele różnych kobiet i różnych możliwości kobiecości.
Czy czuła pani szczególną bliskość z Diną? Była bohaterką „prowadzoną”, czy raczej taką, która odsłaniała się stopniowo podczas pisania?
Bardziej się przede mną ujawniała, niż była przeze mnie prowadzona. Myślę o sobie raczej jako o jej towarzyszce niż o kimś, kto od początku wie, dokąd ją zaprowadzi. Chyba właśnie dlatego pojawia się w książce figura narratorki – przyjaciółki i trochę matki – która w pierwszej części stara się Dinę chronić, wysłuchać jej, pobyć obok niej, czasem trochę jej „pomatkować”. Tak myślałam o sobie: jako o kimś, kto patrzy, jak ona się konstytuuje, wykluwa, odsłania przed samą sobą.
Pisząc tę książkę, naprawdę trzymałam za nią kciuki. Myślę też, że wynika to z mojego własnego doświadczenia. Jestem już dojrzałą kobietą, mam synów, ale nigdy nie miałam córki, choć bardzo chciałam. Mam w sobie ogromną czułość wobec młodych kobiet, a także poczucie, że dziś bardzo trudno jest być młodą kobietą – i mówię to nie tylko w kontekście wojny. Po prostu samo dorastanie i budowanie siebie jako kobiety wydaje mi się dziś wyjątkowo wymagające. Widzę to też wokół siebie. Mam wokół siebie sporo młodych kobiet, wobec których nie jestem matką dosłownie, ale trochę stałam się taką „przybraną matką” czy starszą towarzyszką. Myślę, że ta energia opiekuńczości, czułości i uważności bardzo mocno przeniknęła do tej relacji z Diną.
Nie jestem matką biologiczną i być może już nią nie będę, ale mam wrażenie, że wiele kobiet wyobraża sobie swoje macierzyństwo raczej poprzez relację z synem, tymczasem bycie matką córki jawi mi się jako bardziej złożone wyzwanie – i zarazem ciekawsza relacja dla kobiety.
Tak, myślę, że jest w tym coś bardzo prawdziwego. Jest nawet takie powiedzenie, że synów rodzimy dla świata, a córki – dla siebie, dla relacji i dla nich samych, po to, żeby mogły stawać się kobietami. Chyba rzeczywiście coś w tym jest. Dlatego kiedy ktoś pyta mnie, o czym właściwie jest ta książka, to choć najprostszą odpowiedzią wydaje się „o wojnie”, ja myślę, że przede wszystkim o dojrzewaniu. Szukaniu własnego miejsca, własnego głosu, o próbie dowiedzenia się, kim właściwie się jest.
Dinie jest szczególnie trudno, bo tak jak pani powiedziała, mieści się w niej kilka różnych kobiet i kilka różnych możliwości życia. Z jednej strony jest Diną z Bolonii, dziewczyną, która mogłaby spokojnie żyć i rysować zwierzęta. Z drugiej – jest Ukrainką, która jednak rusza w drogę i jedzie do Charkowa, popychana poczuciem odpowiedzialności, sprawczości i potrzebą działania. Jest też Dina sprzed tego doświadczenia i Dina po nim, bo ta podróż i te kilka tygodni spędzonych w wojennej rzeczywistości ją zmieniają. Nigdy już nie będzie tą samą osobą. Dojrzewa. Dlatego chyba najprościej byłoby powiedzieć, że to przede wszystkim historia o dojrzewaniu – o momencie, w którym człowiek zaczyna rozumieć, kim jest i kim chce się stać.
Czytaliśmy Dinę, Dinę z moim partnerem na głos i w pewnej chwili zapytałam go, co jego zdaniem stanie się dalej z główną bohaterką. Odpowiedział, że zostanie w Charkowie do końca. Sama końcówka książki jest raczej otwarta. Wiem też, że audiobook zawiera dodatkowe treści, których nie ma w wersji drukowanej – czy to daje pełniejszy obraz, jeśli czyta się i słucha równolegle?
Te dodatkowe treści w audiobooku są improwizowane i dołączone do każdego rozdziału. Jest po jednej takiej scenie na rozdział i nie podważają tego, co dzieje się w tekście zawartym w książce. Raczej ją rozszerzają – pozwalają dowiedzieć się czegoś więcej o innych bohaterach, na przykład o matce Luki czy o początkach relacji Chiary i Wowy. Nie ma tam jednak żadnej dodatkowej sceny po zakończeniu, więc finał pozostaje otwarty również w wersji audio.
Myślę, że ta książka trochę „czyta się” zależnie od tego, kim się jest. Jeśli ktoś jest bardziej pesymistyczny, może widzieć w niej smutne zakończenie. Jeśli bardziej optymistyczny – raczej podnoszące na duchu. Ja sama mam swoją wizję tego, co mogłoby się dalej wydarzyć, choć nie wykluczam, że kiedyś powstanie dalszy ciąg. Najbardziej interesuje mnie jednak to, jak czytelnicy interpretują zakończenie. Z tego, co widzę, mimo że książka – ze względu na temat – bywa bolesna i trudna, to jej finał często odbierany jest jako dający nadzieję, jako rodzaj pojednania. I ja też lubię tak o niej myśleć. Jak pani pewnie zauważyła, jednym z motywów tej książki jest zestawienie ciemności i światła – próba pozostawania w ciemności, ale jednocześnie szukania jasności. To coś, co bardzo mocno wybrzmiało w moich rozmowach z ukraińskimi przyjaciółmi, tłumaczami, redaktorami i osobami, które pomagały mi w researchu. Uderzało mnie to, że mimo niezwykle trudnych, brutalnych okoliczności, każdy w jakiś sposób próbuje znaleźć w swoim życiu choćby małe światło. I wydaje mi się, że to jest pewnego rodzaju zwycięstwo – coś, czego nie da się odebrać. Tego wewnętrznego światła nie może zabrać ani wojna, ani żadna siła z zewnątrz.
Takie postawy widać też u bohaterów książki, którzy na różne sposoby próbują się w tej rzeczywistości odnaleźć. Na przykład starsza lekarka, która mimo wszystko dba o siebie – pudruje nos, pierze bluzki w szpitalu. To zresztą scena zaczerpnięta z prawdziwego wywiadu, w którym lekarka mówiła, że jej formą oporu jest niezaniedbywanie siebie i swojej kobiecości, „niezapadanie się”. Dla niektórych może to być nieoczywiste, ale dla mnie to bardzo ważne. Wydaje mi się, że te prywatne formy oporu są niezwykle różne – i bardzo chciałam, żeby znalazły one swoje miejsce w tej książce.