Przez kulturę strachu należy rozumieć obszerny katalog lęków, fobii, obaw, niepokojów i obsesji, zarówno urojonych, jak i tych najbardziej realnych, z którymi na co dzień boryka się dane społeczeństwo lub jednostka ludzka. Nie chodzi przy tym o intensywność w przeżywaniu strachu, lecz raczej o to, jak potrafimy sobie z nim radzić na co dzień, czy mobilizuje nas do przezorności, sprawniejszego działania, myślenia i wysiłku, czy wręcz przeciwnie: paraliżuje kompletnie i zmusza tym samym do biernego czekania na to, co się stanie. A zatem o kulturze strachu lub jej braku decyduje jedno: jak wygląda nasza reakcja na pojawiające się zagrożenia lub ekstremalne sytuacje, a przede wszystkim czy mieści się ona w racjonalnych granicach, czy też staje się zbiorową i indywidualną histerią lub prowadzi do zupełnej apatii.
W tym miejscu pora na nieuniknioną dygresję. W Polsce, podobnie jak w Rosji, pijaństwo to doświadczenie egzystencjalne i kulturowe, które w pierwszej kolejności ma ułatwić pokonywanie lęku, a więc doraźnie wzmocnić kulturę strachu, choć na bardzo niskim, nieledwie pierwotnym poziomie odruchów. Odnotowuje to zresztą język potoczny, gdy powiadamy, że ktoś rąbnął kilka wódek dla dodania sobie odwagi. Ale ten chwilowy brak destrukcyjnego strachu (często mylonego ze stresem), po zastosowaniu takiego znieczulenia miejscowego w płynie, nie świadczy o pojawieniu się oznak heroizmu. Byłoby to za proste. Zresztą częściowo zamroczony alkoholem człowiek nie jest w stanie myśleć, a tym bardziej działać racjonalnie.
Lęk państwowy
Jedno pozostaje pewne: strach pilnie potrzebuje twarzy i adresów. Powiedz, kogo lub czego się boisz, a otrzymasz dokładną odpowiedź, kim tak naprawdę jesteś. Na początek znajdźcie sobie coś, czego można się bać. Psychologia utwierdza nas w przekonaniu, że to w dzieciństwie nabawiamy się różnych fobii.
Gdy osiągamy dorosłość, podrzucaniem nam kolejnych strachów zajmuje się społeczeństwo, a przede wszystkim struktury i instytucje państwowe. Tak naprawdę współcześnie główną wytwórnią lęków zbiorowych pozostaje polityka, czyli ujmując całą rzecz dokładniej - samo państwo.
Przy okazji pojawia się pokusa rozszerzania sprawowanej kontroli nad jednostką. Dlatego każde państwo, systemów demokratycznych nie wyłączając, uwielbia od czasu do czasu postraszyć swoich obywateli, tak na wszelki wypadek, aby nie przewróciło się im w głowach. Stopniowe dawkowanie strachu jest od dawna jedną z form skutecznego sprawowania władzy. Głównie chodzi o to, aby część działań państwa mogła odbywać się poza kontrolą społeczną, za to z pełną akceptacją obywateli. Biurokracja nie lubi, gdy ktoś z zewnątrz usiłuje zaglądać jej w papiery. Początek tego niepokojącego i bardzo dwuznacznego procesu mamy obecnie w Europie przy okazji walki z terroryzmem. Społeczeństwem wystraszonym po prostu łatwiej rządzić. I jest to ta druga, skrzętnie ukrywana przed opinią publiczną, strona medalu.
Dopiero potęgując psychozę zagrożenia, można bez większych kłopotów ograniczać prawa osobiste. Uzasadnia się te posunięcia górnolotnie: racją stanu, a obecnie coraz częściej wymogami bezpieczeństwa publicznego i obroną przed zamachami. W tym momencie pojawia się w rozumowaniu urzędników stan wyższej konieczności. Obywatel nie powinien się sprzeciwiać słusznym zamiarom władzy, przeciwnie, musi być wdzięczny, że ta tak bardzo troszczy się o jego życie. Gdy będzie miał co do tego wątpliwości, "jedynie słuszną", bo urzędową wersję postrzegania problemu, wmówi mu usłużna propaganda.
Zagrożona prywatność
Godząc się, w imię mitycznie i abstrakcyjnie pojmowanego bezpieczeństwa, by państwo stało się wyłącznie administratorem naszego strachu, każdy z nas dobrowolnie i jakby na własne życzenie rezygnuje z rozległych obszarów własnej prywatności. A przecież tak dzieje się w państwach autorytarnych, w których zaciera się wyraźne w systemach demokratycznych rozgraniczenie pomiędzy tym, co publiczne, a rozległym obszarem prywatności. Stopniowo staje się ona coraz mniej ważna, a państwo przypomina kopię "Wielkiego Brata".
Niebezpieczna i obfitująca w skutki negatywne bywa sama atmosfera całkowitego przyzwolenia na antyterror drugiej strony, czyli reakcję struktur państwa na akty przemocy, pod płaszczykiem dbania o bezpieczeństwo obywateli, z czym mamy do czynienia obecnie na dużą skalę w Stanach Zjednoczonych i w Europie Zachodniej. Już dzisiaj zachodnioeuropejscy policjanci tropiący terrorystów powiadają o nich bezosobowo "miękkie cele". Gdyż w pierwszej kolejności chodzi o to, żeby zabić. Wystarczą domniemane powiązania z terrorystami. Kolejność procedur jest i tak ustalona z góry: najpierw strzelać, potem sprawdzać tożsamość.
Deficyt odwagi
Współczesny Europejczyk posiada niemal wszystko, co potrzebne do szczęśliwego życia: bogactwo, przywileje socjalne, dużo czasu wolnego do zagospodarowania, a jednak, spoglądając na to chłodnym okiem, wszystkie te atuty zdają się obracać przeciwko niemu. Zamożność społeczeństw zachodnioeuropejskich sprawiła, że wpadły one w amok bezmyślnego wygodnictwa. Wyraża się ono przede wszystkim w wiecznej pogoni za życiem łatwym i przyjemnym, całkowicie pozbawionym ryzyka i większego wysiłku. Wtóruje temu skrajny egoizm.
Nikt w Europie Zachodniej nie jest już zdolny do poświęceń. Solidarność stała się pustym słowem, współczucie - oznaką słabości, religia - folklorem, patriotyzm - zajęciem dla maniaków. Jedynym bogiem pozostaje konto bankowe, a katedrą - supermarket. Człowiek pozbawiony wyższych wyobrażeń i emocji, stara się to sobie powetować, uprawiając od kołyski po grób bezsensowną pogoń za przedmiotami, chociaż do końca nie wiadomo, czy to on nadal jest ich właścicielem, a może to raczej rzeczy wynajęły go sobie na stałe i teraz domagają się od niego kultu oraz przywiązania. Tak odarta z wartości i imponderabiliów dzisiejsza Europa ma wszystko, z wyjątkiem odwagi.
Wskutek czego w ciągu ostatnich lat zamieniła się w kontynent o przygnębiającym stopniu bezradności. Ktoś krzywo na nią spojrzy - już dostaje gęsiej skórki. Wystarczy głośniej na nią krzyknąć, a natychmiast rozgląda się za białą flagą. Jeśli ktoś na nią tupnie, w pierwszym odruchu podnosi ręce do góry. Jedyną reakcją, do jakiej jest jeszcze zdolna, wydaje się kapitulacja, by, broń Boże, za żadną cenę nie stracić materialnego ciepełka, w którym beztrosko żyje od dziesięcioleci.
Oczywiście nie stało się to z dnia na dzień, bo był to proces powolny i długotrwały. Zaczął się aktem gigantycznego tchórzostwa, gdy Europa narobiła w spodnie ze strachu przed Hitlerem. Ze śmiertelnego niebezpieczeństwa uratowała ją interwencja narodów i państw pozaeuropejskich, bo sama nie potrafiła sobie poradzić z nazizmem. Jeśli organizm nie może sam pokonać zarazków, które wywołały infekcję, to znaczy, że jest śmiertelnie osłabiony.
Następnie całymi latami obawiała się Josifa Wissarionowicza i jego tanków, od czasu do czasu puszczając do niego porozumiewawcze oko. Aby obłaskawić satrapę, wspierana od początku w tym szwindlu przez Amerykę, sama bez skrupułów sprzedała Rosji Sowieckiej swoich sojuszników, czyli kraje Europy Środkowej, uczyniwszy z nich swego rodzaju zakładników. I nigdy specjalnie nie przejmowała się ich dalszym losem.
Eurabia i reszta
Obecnie ta sama Europa trzęsie się ze strachu przed terrorystami islamskimi, więc jak kontynent długi i szeroki, od Pragi przez Berlin i Paryż aż do Madrytu i Lizbony, zalatuje dość przykrym zapaszkiem. Ten lęk w różnych krajach ma odmienne stopnie natężenia. Wiele faktów z życia publicznego wskazuje, że najbardziej cykoryjne kraje współczesnej Europy to Niemcy i Francja, czyli państwa należące do strefy Eurabii. Pojęcie, będące zbitką dwóch słów: Europy i Arabii, utworzono całkiem niedawno na określenie krajów europejskich, które zamieszkuje w zwartych skupiskach miejskich dość znaczny procent ludności muzułmańskiej.
W samych Niemczech doliczono się ostatnio piętnastu tysięcy meczetów oraz innych instytucji religijnych i oświatowych powiązanych z islamem. Jedyne świątynie, jakie tam jeszcze powstają, to meczety, kościoły są zamykane lub przeznaczane na inne, świeckie cele z braku wystarczającej liczby wiernych.
Ale najbardziej spektakularna i dalekosiężna w skutkach społecznych i politycznych okazuje się klęska demograficzna współczesnej Europy, która od kilku lat dotyczy również Polski. To, co dzieje się w sypialniach, przypomina prawdziwą katastrofę, jakiej nigdy jeszcze do tej pory nie było. Miasta europejskie wymierają, bo więcej w nich pogrzebów niż narodzin. Europa jest bogata w domy starców, nie przedszkola i szkoły, i te niekorzystne proporcje będą jeszcze narastać. Gdyby nie rozrodczy wigor imigrantów, kraje europejskie miałyby coraz mniej ludności. My, Europejczycy, zwijamy się i czas wcale nie pracuje na naszą korzyść. Zatem, żegnaj Europo! Adieu!
Zauważmy, że to kraje Eurabii zgłaszają obecnie najwięcej pretensji do sprawowania roli przywódczej w całej Unii Europejskiej, co wygląda na paradoks, jeśli weźmie się pod uwagę, że znajdują się one w stanie quasi-okupacji wewnętrznej, tzn. na ich terytoriach znajdują się rozległe i szybko powiększające się pod względem ludnościowym (gigantyczny przyrost naturalny imigrantów) enklawy zamieszkane przez przybyszów o całkowicie odmiennej kulturze i religii, nad którymi państwo sprawuje ograniczoną i często jedynie formalną kontrolę. Faktycznie tymi dzielnicami od dawna rządzą mułłowie i nikt więcej.
Ponieważ mieszkańcy nie integrują się z otoczeniem, wręcz przeciwnie - ostentacyjnie izolują się od niego, podkreślając swoją wyższość, w przyszłości należy liczyć się, że mogą dążyć do wywalczenia sobie szerokiej autonomii, a nawet suwerenności państwowej. Muzułmańskie księstwa we Francji czy w Niemczech? To wizja realna, którą każdy polityk tych krajów musi brać pod uwagę i bierze, choć na razie nie przyznaje się do tego zbyt głośno. Zresztą coś podobnego na zachodzie Europy już było, np. w czasie ekspansji arabskiej na Półwysep Iberyjski, więc niech nikt nie twierdzi, że to niemożliwe.
Co także było do przewidzenia, do tej pory największe sukcesy psychologiczne (np. wyraźny wpływ na politykę zagraniczną) terroryści islamscy odnoszą właśnie w krajach Eurabii, choć na pierwszy rzut oka markuje się w nich szczególnie energiczne zwalczanie islamistów. W wielu przypadkach są to działania czysto teatralne i na pokaz. Przykładem absurdalności postępowania biurokracji Eurabii może być walka władz z chustkami na głowach arabskich uczennic we Francji. Tymczasem prawda jest bardziej okrutna: pozbawionego charakteru tchórza nikt nie ceni ani się nim zbytnio nie przejmuje, gdyż nie istnieje taka potrzeba w realnym życiu.
W ten sposób terroryści osiągnęli w Europie swój pierwszy i chyba najważniejszy cel: wywołali poczucie stałego zagrożenia i powszechny strach, a o to przecież chodziło im w pierwszej kolejności.
Zdaje się, że jedynym narodem europejskim, który skutecznie się z tego wyłamał (zachowania po zamachach w Londynie nie tyle władz, co tzw. szarego człowieka ulicy na to wskazują) są Brytyjczycy. Dzielność po angielsku w trudnych sytuacjach ma długą i wspaniałą tradycję, zresztą sama mentalność wyspiarzy podpowiada, jak sobie radzić w okolicznościach szczególnie tragicznych, bo społeczeństwo to wykształciło w sobie prawie modelową kulturę strachu. W tej dziedzinie jako jedyne może innym krajom i narodom europejskim udzielać korepetycji. Niestety, jak na razie brak chętnych na naukę.
A jak jest u nas? Co najmniej od roku 2001 mamy do czynienia w Polsce z upaństwowioną wersją strachu przed zamachami terrorystycznymi na wzór zachodnioeuropejski, co powinno raczej budzić niepokój niż urzędowy optymizm, więc brytyjski heroizm w przypadku realnego niebezpieczeństwa na pewno nam nie grozi. Do tego należy dodać kulturę strachu zwykłego obywatela, która pozostawia wiele do życzenia, chociaż przeciętny Polak uważa się nie wiem za jak wielkiego gieroja, niestety, to już przeszłość, to przeszłość i skłonności bałaganiarskie władzy, więc na wszelki wypadek lepiej niechaj Bóg ma nas w swojej opiece.
Lekcja Rzymu
Opisane wcześniej sceny i zjawiska historia oglądała, i to wielokrotnie. Ze starych kronik, glos i zapomnianych relacji wyłania się następujący obraz upadającego Rzymu z ostatnich lat istnienia Imperium Romanum. Oto bogate miasto pozostaje nadal obiektem westchnień barbarzyńców, którzy tłumnie napływają ze wschodu, północy i południa, ponieważ łatwiej tu zarobić pieniądze, podobnie jak je wydać. Początkowo nieroztropnie sprowadzali ich do miasta sami obywatele, bo Rzym pilnie potrzebował fachowców, czytaj: taniej siły roboczej, by mógł normalnie funkcjonować; potem przybywali sami, szeroką rzeką, nad którą już nikt nie potrafił zapanować.
Przybysze osiedlają się na obrzeżach, w ściśle wyodrębnionych dzielnicach, gdzie oddają cześć własnym bogom, którym wznoszą świątynie. W enklawach tych prawo rzymskie nie ma nic do roboty, bo mieszkańcy stosują swoje prawa, czasami bardzo dziwaczne i okrutne, oraz kultywują własne obyczaje. Przeciętna rodzina barbarzyńska ma po dziesięcioro dzieci. Imigranci wykonują w mieście najcięższe i gorzej płatne prace, których by się nie podjął nawet wyzwoleniec.
Tymczasem nie sposób ukryć jednego: miasto wymiera. Kronikarz odkrywa ze zdumieniem, że w Rzymie jest coraz mniej rdzennych rzymian. I jak tak dalej pójdzie, wkrótce w Rzymie może ich zupełnie zabraknąć. Za to zalewa miasto ludnościowa pstrokacizna, która psuje język i obyczaje. Zdarzają się domy, gdzie mieszka dwóch zgrzybiałych starców - obywateli rzymskich, mówiących po łacinie, pozostali to przybłędy z dalekich krajów.
Inwazja doskonała
Pewien kronikarz przytomnie zauważył, że barbarzyńcy nie odczuwają wdzięczności, gdyż w końcu to w Rzymie poprawili warunki swojego nędznego bytowania; wprost przeciwnie, oni zdają się głęboko pogardzać Rzymem, zwłaszcza zaś rzymianami, uważając ich za zdegenerowanych darmozjadów, którzy poza piciem wina i uprawianiem rozpusty z chłopcami nie potrafią zająć się niczym pożytecznym. Zdaje się, że w ten sposób biorą cichy odwet za swoje upokorzenia, jakich doznali w mieście, zwłaszcza w pierwszym okresie po przyjeździe, gdy jeszcze nie znali ani języka, ani panujących w Rzymie zwyczajów, więc pomiatano nimi przy byle okazji, oszukiwano i wykorzystywano niemiłosiernie.
Wspaniałe budowle Rzymu niszczeją, nikomu nie przychodzi do głowy, że trzeba je od czasu do czasy remontować. Większość przechodniów na ulicach bogatych dzielnic to zgrzybiali staruszkowie. Dzieci widzi się niezmiernie rzadko, a jeśli już takie spotkasz, bądź pewien, że to latorośle jakiegoś barbarzyńcy.
W tej literaturze o zmierzchu zdarzają się też refleksje natury ogólnej. Ktoś pyta, ofiarą jakiej doskonałej inwazji padł przedwieczny Rzym, skoro nikt nie zauważył wrogich wojsk, nadciągających ze wszystkich stron pod jego mury? Ciekawe, jaki strateg obmyślił tę genialną taktykę? Sęk w tym, że tak naprawdę żadnej armii najeźdźczej nie było. Podbój miał charakter wybitnie skryty i odbywał się całymi latami, stopniowo każdego dnia i każdej godziny. Z tego powodu nie wszczęto na czas alarmu, a potem na wszystko było już za późno. W rezultacie miasto zostało zdobyte od środka.
To opinie o Rzymie z okresu jego nieuchronnego upadku, a nie wstęp do socjologicznego opisu, któregoś z dużych miast współczesnej Francji czy Niemiec.
Dzisiejszej wymierającej Europie, pogańskiej, zapatrzonej wyłącznie w siebie, tchórzliwej i dbającej jedynie o własną wygodę, grozi niebezpieczeństwo na miarę degrengolady starożytnego Rzymu, czego jak na razie ona nie przyjmuje do wiadomości, więc najgorsze stale przed nami. Kontynent wydaje się łatwym łupem, bo brak mu charakteru i determinacji. Poza tym nadal łudzi się, że i tym razem, jak tyle razy w przeszłości, wykpi się zagrożeniom kosztem innych, co wcale nie jest takie pewne. Uznany za współczesny Babilon, nie wzbudza już lęku wśród swoich wrogów, którzy nie skąpią mu nienawiści, a przede wszystkim gestów i słów lekceważenia. W tej sytuacji najbardziej pesymistyczna wersja brzmi nieledwie jak wyrok: Europy wkrótce zabraknie.
|
Włodzimierz Paźniewski © by "Twórczość" 2006
|
|