Kim byłaby dziś Wiktoria Gorodecka, gdyby nie była aktorką?
Chyba kwiaciarką! [śmiech] Albo prowadziłabym pasmanterię. Zawsze lubiłam rzeczy, które można zrobić własnymi rękami, kolory, materiały, faktury, kwiaty. Jest w tym coś uspokajającego, sposób na wyciszenie się. Myślę, że nawet gdybym nie została aktorką, i tak musiałabym znaleźć sobie coś kreatywnego.
Czego najbardziej nie chce pani w sobie stracić?
Chyba ciekawości. Drugiego człowieka, świata, nowych rzeczy. I takiej zwyczajnej wrażliwości, która pozwala się czymś zachwycić albo wzruszyć.
Aktor jest cały czas oglądany i oceniany. Z czasem pojawiają się różne etykietki, opinie, wyobrażenia innych i łatwo zacząć myśleć o sobie właśnie poprzez nie. A ja chciałabym zachować poczucie, że jeszcze nie wszystko o sobie wiem.
Czy polskie kino jest zrozumiałe dla zagranicznego odbiorcy? Jak według pani w Europie Wschodniej postrzegana jest kultura polska?
Myślę, że dobre polskie kino jest uniwersalne właśnie dlatego, że nie próbuje na siłę być uniwersalne. Kiedy opowiadamy konkretną historię, osadzoną w naszej kulturze, często okazuje się, że emocje, które za nią stoją, są zrozumiałe wszędzie.
W Europie Wschodniej mamy zresztą trochę podobne doświadczenia, historię, która przez dekady mocno oddziaływała na nasze społeczeństwa, pamięć, język. Ale każdy kraj ma przy tym swoją własną wrażliwość i swoją opowieść, i to jest ciekawe.
Mam też poczucie, że za granicą polską kulturę kojarzy się przede wszystkim z bardzo silnymi twórcami – od Gombrowicza i Miłosza, przez Szymborską, po współczesnych reżyserów i aktorów. To wciąż mocno pracuje na wspólny obraz w Europie.
A jeśli chodzi o uniwersalność, to najlepszym wehikułem jest dla mnie teatr i literatura. Możemy opowiadać o bardzo konkretnym, polskim czy wschodnioeuropejskim świecie, a widz w innym kraju i tak odnajdzie w nim swoje pytania: o władzę, wolność, samotność, relacje między ludźmi.
Pracuje pani nad spektaklem w reżyserii Macieja Wojtyszki dla Teatru Telewizji. Proszę uchylić rąbka tajemnicy i powiedzieć widzom, jaką rolę zagra pani w sztuce Amerykański przyjaciel?
Gram Olgę, żonę Siemiona Budionnego. Z pozoru jest blisko centrum władzy, a jednocześnie skrywa ogromną tajemnicę: pochodzi z carskiej rodziny, czego nikt nie wie. W pewnym momencie do więzienia trafia amerykański lotnik i Olga dostaje szansę, żeby go uratować. Żeby to zrobić, musi stanąć oko w oko ze Stalinem.
Bardzo ważna jest dla mnie literatura, która stoi za tym spektaklem, świat Izaaka Babla, którego czytam również w oryginale, po rosyjsku. Babel ma niezwykłą umiejętność obserwowania człowieka uwikłanego w historię i przemoc, a przy tym zachowuje ogromną wrażliwość i precyzję.
Spotkanie z Maciejem Wojtyszką też jest dla mnie czymś wyjątkowym. To reżyser o ogromnej erudycji, rozmowa z nim o literaturze czy historii sama w sobie jest doświadczeniem intelektualnym. Takich spotkań jest dziś, mam wrażenie, coraz mniej.
Ludzie teatru i kina wspominają zmarłego niedawno Jana Frycza. Jak pani go zapamiętała?
Jan był bardzo bezpośredni. Miał własne zdanie i bardzo konkretną postawę artystyczną. Nie udawał kogoś, kim nie był, i to w nim bardzo ceniłam.
Graliśmy razem w Idiocie Pawła Miśkiewicza, ja byłam Nastazją Filipowną, Jan grał Tockiego, człowieka, który przez lata utrzymywał Nastazję i miał nad nią ogromną władzę. Nigdy nie zapomnę naszych scen. Jan miał niezwykłą siłę jako partner. Przy nim trzeba było być cały czas obecnym, inaczej po prostu było to widać.