Łukasz Orbitowski, fot. Wojciech Olszanka/East News
Przecież to, jakim się jawię, ten miły, prostolinijny facet, jest kłamstwem stworzonym po to, abyście w ogóle mogli mnie znieść i zaakceptować moje istnieje tutaj. Jest ciemność, kłótliwość, takie rzeczy. Pocieszam się tym, że wszyscy kłamią w podobny sposób. Nie jesteśmy tym, kim się jawimy. W gruncie rzeczy nie wiem, kim jesteśmy. Mogę starać się najwyżej, żeby w moim kłamstwie było tyle prawdy, ile tylko odważę się zmieścić.
Ale, na przykład, kiedy zasypiam, ta kontrola puszcza. Myśli i emocje przepływają jakby swobodniej. Przychodzą ludzie, których skrzywdziłem albo i tacy, dla których byłem dobry oraz postacie z książek, moich i nie moich, napisanych i nienapisanych. Czasem krzyczą, czasem łaszą się, ale trudno odnaleźć spokój w ich obecności.
Dlatego przez długie lata bałem się łóżka i nienawidziłem procesu zasypiania. Nie ma wątpliwości, że bezsenność, na którą choruję, odkąd pamiętam, wzięła się właśnie stąd. Leżałem, uwalniałem się od siebie samego i rozmawiałem ze sobą poprzez awatary. Nieraz i do rana, a potem zastanawiałem się, czy mówiła do mnie prawda, czy rzeczywiście dowiadywałem się czegoś o sobie. A może było to kłamstwo zrodzone z głupiej głowy, aby mnie umęczyć?
Drugim momentem jest przebudzenie. Następuje ono dość gwałtownie i po nieprzyjemnym momencie otumanienia, kiedy tkwię w półśnie (tak, wiem, ludzie bardzo to lubią), rzeczywistość wjeżdża na pełnej kurwie. Przypominam sobie, kim jestem i co tutaj robię, co w ogóle mi nie przeszkadza, bo raczej jestem ze sobą pogodzony i zwyczajnie lubię swoje życie. Ale wraz z tym do łba, przez oczy, uszy i nos, ładują się metafizyczne lęki w rodzaju bezsensu wszystkiego i pewnej zagłady wszystkiego, co kocham. Po prostu co rano, mniej więcej o siódmej uświadamiam sobie idiotyczną grozę trwania mnie, ciebie, każdego z nas, a potem, żeby było śmieszniej, myślę jeszcze o jebanej pandemii, o lekcjach online, o padających biznesach i tym, że nie umiem napisać nowej książki, bo jestem za głupi i za roszczeniowy jednocześnie.
A potem wstaję sobie, robię kawę, wracam do łóżka, gdzie przez pół godziny patrzę na świat przez internet. Następnie dochodzi do ostatecznego podniesienia się Łukasza Orbitowskiego. Włączam metal, robię sobie śniadanie, wrzeszczę na najbliższych, wypijam drugą kawę i biorę się do pracy, jedynej rzeczy, w której czuję się naprawdę dobrze, pancerzu jak skóra, który nie uwiera ani nie boli.