Łukasz Orbitowski, fot. Wojciech Olszanka/East News
Nie rozumiem, na jaką cholerę komukolwiek pandemiczne świadectwo sytego artychy, który zawsze ciągnął dziesięć srok za ogon, trwa i co najwyżej może sobie ponarzekać na spadek przychodów, brak piwka na mieście i wożenia się po świecie. Wolne żarty. Oczywiście, jestem wkurwiony, rozczarowany, zły i smutny, jeśli już musicie wiedzieć, ale jakiekolwiek słowo skargi byłoby głębokim nietaktem wobec tych, którzy naprawdę ucierpieli.
Czasem mam ochotę napisać, co tak naprawdę sądzę o tym wszystkim, co się dzieje. Co mam powiedzieć o ludziach, którzy lżą lekarzy i pielęgniarki? Jeszcze niedawno im klaskali. Albo o mundurowych, wlepiających jeszcze niedawno horrendalne mandaty za spacer? Ci sami funkcjonariusze łażą teraz po moim parku i patrzą, jak ludzie bawią się z dziećmi, bez maseczek. Naprawdę sądzicie, że jesteście w porządku? Zabrakło spójnej narracji, jasnego kierunku działań. Jakiegokolwiek, który dawałby oparcie i nadzieję. Trwa idiotyczna walka o władzę, która przypomina wyrywanie sobie zabawek w przedszkolu, a ludzie popadają w nędzę. Jestem świadkiem dewastacji efektów ogromnego wysiłku całego mojego pokolenia. Naprawdę potrzebujecie kolejnego bluzgu? Nic nie powiem, bo rzygać mi się chce.
Nie będę też dla nikogo żadnym przykładem, nie dam jakiejkolwiek nadziei. Opowieść człowieka uprzywilejowanego traci jakikolwiek sens w oczach innych. Uprzywilejowanie jest dziś czymś niezręcznym. Artyści powinni zamknąć mordy. Niech piszą książki, nagrywają piosenki i szykują monodramy. Od tego jesteśmy, prawda? Mam jednak mocne poczucie, że nasze osobiste świadectwa nie są nikomu potrzebne. Pani Zosia, pan Krzyś przeżywają dzisiaj swoje własne dramaty. Nie poczują z nami żadnej łączności tylko dlatego, że się zwierzamy, albo próbujemy się zbliżyć. Próbuję robić swoje i ratuję tyle z normalności, ile tylko mogę.
Jeśli pytacie, jak sobie radzę – radzę sobie nieźle.