Tomasz Szerszeń: Fotografia nie przywróci tego, co zniszczone, ale może ocalić jego trwanie [WYWIAD]
W czwartą rocznicę pełnoskalowej inwazji, kiedy nasza wrażliwość na wojnę nieuchronnie słabnie, zastanawiamy się nad widzeniem, „gapieniem się” i granicami ludzkiej empatii. Rozmawiamy na ten temat z Tomaszem Szerszeniem, eseistą, fotografem i antropologiem kultury pracującym w Instytucie Sztuki Polskiej Akademii Nauk, autorem książki Być gościem w katastrofie, analizującej wojnę w Ukrainie od strony wizualnej.
Czy ma sens patrzenie na wojnę, skoro i tak nie mamy na nią wpływu? Czy to nie jest podglądanie?
Podejmując się takiego tematu, chciałem zastanowić się, kim jesteśmy my – ludzie tutaj, bezpiecznym miejscu – jako odbiorcy. Czy jesteśmy widzami? A może na swój sposób świadkami tego, co się dzieje? Jak w ogóle określić naszą pozycję? W jaki sposób te obrazy nas angażują? Czy one faktycznie na nas wpływają, mobilizują do jakiegoś działania, czy raczej pozostawiają obojętnymi?
Oczywiście, to jest pytanie uniwersalne – dotyczy wszystkich osób, które patrzą i konfrontują się z rozmaitego rodzaju tragediami. Mnie jednak interesowało ono również w kontekście polskiego społeczeństwa: kim my jesteśmy będąc bardzo blisko, a jednocześnie bardzo daleko...? Nasza uważność wobec tej wojny – choć radykalnie spada – nadal jest o wiele większa niż na Zachodzie, gdzie zainteresowanie już wygasło. W książce zastanawiam się, co te obrazy z nami robią, w jakiej pozycji nas sytuują.
Nie tylko polskie społeczeństwo, ale na przykład Ukraińcy, którzy są tutaj, też zadają sobie takie pytanie. Ja na przykład czuję obowiązek – wiedzieć, co się dzieje, ale jednocześnie mam poczucie bezsilności i zastanawiam się, czy powinnam to oglądać.
Bezsilność to dobre słowo. Rozumiem bezsilność, którą Ty czujesz, choć ona jest inna niż moja bezsilność. U Ciebie ma konkretny charakter. My raczej borykamy się ze świadomością braku wpływu, braku sprawczości – oglądamy obrazy cierpienia, ale nic (lub niewiele) z tym możemy zrobić. Ten mechanizm jest na swój sposób frustrujący i to jeszcze bardziej dystansuje od obrazów. Na samym początku wojny, kiedy ludzie byli bardzo zaangażowani, śledzili co się dzieje, ale bardzo szybko się zorientowali, że z patrzenia nic nie wynika, że ich sprawczość jest minimalna. Można wpłacić datek na organizację pomocową, ale sprawczość jest minimalna i to, moim zdaniem, spowodowało poczucie frustracji. Więc przestajemy się interesować.
Zdjęcia tracą też siłę, gdy jest ich bardzo dużo, gdy stają się powtarzalne. To dotyczy wojny, ale przecież też współczesności jako takiej, która jest w niebywałym stopniu przesycona obrazami, także obrazami cudzego cierpienia.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
26 kwietnia 2022, Borodianka. Nadija Bondarenko wraca do domu, mijając osiedle mieszkaniowe zniszczone przez rosyjskie bombardowania w pierwszych dniach wojny. Cała środkowa część jednego z budynków zawaliła się, grzebiąc pod sobą ludzi. Ponieważ ostrzał nie ustawał, przez wiele dni nikt nie mógł przyjść im z pomocą, fot. Justyna Mielnikiewicz
Obrazek
jm_ukr_isr_2022._039.jpg
Równocześnie tragedie zaczynają „rywalizować” o naszą uwagę. Jedna przykrywa drugą. Dochodzi do rywalizowania na cierpienie. Wynika to ze sposobu, w jaki działają współczesne media: przyciągają nasze zainteresowanie, angażują nas emocjonalnie, a za chwilę nas porzucają. To bardzo perwersyjny mechanizm.
W książce piszesz, że to jest najbardziej widoczna wojna w historii. Czy uważasz, że to ma wpływ na samą wojnę, czy tylko na jej odbiór?
Nigdy nie byliśmy konfrontowani z taką liczbą obrazów wojny, zniszczenia, ludzkich dramatów. Nigdy też obrazy te nie były tak demokratyczne. Dawniej, choćby podczas II wojny światowej, relacje były kontrolowane przez armię albo przez prasę. Tutaj dużo wiele relacji zostało wykonanych przez zwykłych ludzi, przez samych żołnierzy.
Nigdy też nie mieliśmy do czynienia z tym, że oglądamy pewne sytuacje „stamtąd” w czasie rzeczywistym. Ta ekspozycja ma swoje dobre i złe strony. Pozwala zidentyfikować zbrodniarzy., ale pomaga też namierzyć ukrywających się ludzi. W tym wszystkim jest jeszcze sztuczna inteligencja. Rozmazuje się pojęcie prawdy – coraz łatwiej produkować „fakty”.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
3 marca 2022, Lwów. Ludzie stłoczeni w przejściu na perony. Dworzec Główny we Lwowie stał się centrum komunikacyjnym dla milionów przesiedleńców ze wschodu i południa Ukrainy, przybywających tam pociągami ewakuacyjnymi do bezpieczniejszych, zachodnich części Ukrainy oraz za granicę do Polski i dalej na zachód, fot. Justyna Mielnikiewicz
Obrazek
jm_ukr_isr_2022._033.jpg
Pamiętam te impulsy na samym początku – nagrywajmy wszystko, żeby pokazać, kto jest kim i co naprawdę się dzieje. Bo były różne narracje, wciąż są różne narracje, wtedy mówiono, że zdjęcia z Buczy zostały zainscenizowane. Toczyła się walka o prawdę.
Obrazy z jednej strony mogą odsłaniać prawdę, z drugiej – nie mamy do nich zaufania, tak łatwo je sfałszować, tak dużo jest dezinformacji. Kiedyś fotografia była dowodem, teraz już nie jest. Mimo to, wciąż chcemy je oglądać.
Piszesz, że jakiekolwiek zdjęcie robimy, zawsze jakiś obszar pozostaje poza nim. Wybieramy, co pokazać, a czego nie.
Tak, kadrowanie zawsze jest kwestią w pewnym sensie polityczną.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
5 maja, Bucza. Miejsce, w którym zginęły dwie osoby. Ofiary były tymczasowo grzebane przez sąsiadów, a później zostały ekshumowane, fot. Justyna Mielnikiewicz
Obrazek
jm_ukr_isr_2022._051.jpg
Jak zachować zaufanie do obrazów? Jak się orientować, które są warte uwagi? Nie możemy przestać patrzeć.
Trzeba mieć świadomość, że każde zdjęcie to jest czyjś wybór, jakaś decyzja, jest w nim możliwość manipulacji. Z drugiej strony bardzo wiele obrazów powstaje dziś przypadkowo – e trudno powiedzieć, kto jest autorem i jaka była intencja.
Dlatego dziennikarstwo zaczyna zmierzać w stronę mocnej weryfikacji źródeł i pokazania etycznego kontekstu, w jakim obraz powstał. Może być tak, że zdjęcie, które zrobili oprawcy, staje się dowodem – jest ono przydatne, choć intencja autorów nie była dobra.
Czy mamy obowiązek patrzenia na wojnę? Czy wystarczy, że przeczytamy, co się wydarzyło?
To zawsze indywidualne, indywidualny jest w końcu poziom empatii. Powiedziałbym, że mamy taki obowiązek, ale tego nie da się zadekretować, każdy musi sam sobie odpowiedzieć.
Kiedyś, kiedy jeszcze nie było telewizji, cierpienie innych ludzi też bywało rozrywką. Egzekucja skazańca na głównym placu ściągała tłumy. Tragedia przyciągała olbrzymią uwagę. Obawiam się, by oglądanie cudzego bólu nie stało się, na jakimś poziomie, naszą rozrywką.
Na pewno jest takie zagrożenie. Taka jest logika współczesnych mediów: informacje są podawane w taki sposób, jakby były częścią spektaklu rozrywkowego.
Media chcą, żeby je oglądano, a więc muszą pokazać to, czego my chcemy. Z tego wynika, że to my bardzo chcemy zobaczyć cudze cierpienie...
My się na to cierpienie stopniowo znieczulamy – na początku wojny zdjęcia działały znacznie bardziej. Dobrze pamiętam te z początku wojny, jestem w stanie je zrekonstruować. To są konkretne obrazy z konkretnych momentów, ale z upływem czasu, zaczynają się zlewać, powstaje rodzaj wizualnej magmy. Zdjęcia zaczynają się do siebie upodabniać, działać na innym poziomie.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Narodowe Muzeum Literatury i Pamięci Skovorody po rosyjskich ostrzałach, fot. DSNS Ukrainy
Obrazek
narodowe_muzeum_literacko_skoworody_po_zniszczeniach.jpg
Gdzie zatem przebiega granica? Jak wiedzieć, ale nie wiedzieć za dużo? Oglądać, ale nie obejrzeć za dużo?
Nie znam odpowiedzi – w książce raczej stawiam pytania i próbuję stworzyć jak najszerszy kontekst interpretacyjny. Chciałem zwrócić uwagę na fakt, że w Polsce jesteśmy historycznie przyzwyczajeni raczej do roli ofiar, lubiliśmy się przedstawiać jako społeczeństwo, które cierpi. Nagle zostaliśmy zderzeni z sytuacją, że patrzymy na obrazy waszego cierpienia. Jesteśmy blisko, a jednocześnie daleko i ten poznawczy paradoks mnie ujął.
Twoja książka nazywa się Być gościem w katastrofie. Odwracasz role: mówisz, że to Polacy są gośćmi, choć to Ukraińcy do nich przyjechali.
Intrygowało mnie pytanie, czy jako społeczeństwo jesteśmy gośćmi w waszej katastrofie, czy jedynie widzami. A mamy jeszcze pojęcie „gapia”. Możliwe, że na początku wojny byliśmy bardziej gośćmi, a teraz stajemy się, niestety, gapiami. Ludzie tracą zainteresowanie, nie chcą już patrzeć. To też jest ludzkie, że przyzwyczajamy się do obrazu cudzego cierpienia. Rodzi się pytanie, co z tym możemy zrobić.
W książce wychodzisz poza antropocentryczną perspektywę. Piszesz o cierpieniach zwierząt i zniszczeniach przyrody.
Mam wrażenie, że to jest pierwsza wojna, w trakcie której zaczęliśmy myśleć o cierpieniu przyrody. Uświadamiamy sobie, jak wszystko jest ze sobą splecione. Niszczenie krajobrazu również przyczynia się choćby do katastrofy klimatycznej, wojna przyspiesza różne negatywne procesy.
Ale dostrzegasz też pozytywy.
Analizując, jak wojnę pokazują artyści, jak się do niej odnoszą, jaki jej obraz tworzą (nie-fotograficzny), przekonałem się o niezwykłej mocy sztuki. Nie chodzi o sprawczość: raczej o umiejętność dostrzeżenia zjawisk, problemów czy zagrożeń – często wcześniej niż zostaje to sproblematyzowane przez naukowców czy dziennikarzy. Chciałem pokazać, co się dzieje ze sztuką w sytuacji rozpadu, katastrofy, jak sztuka reaguje, przetwarza traumę i trudne doświadczenia w wizje przyszłości. Niezwykła jest ta potrzeba tworzenia pomimo i wbrew wszystkiemu.
W Polsce po II wojnie światowej było mnóstwo świetnych artystów, jak choćby Andrzej Wróblewski czy Alina Szapocznikow, którzy z wielką energią i w niezwykły sposób przetwarzali okupacyjne doświadczenia – ten impuls trwał jeszcze wiele lat po zakończeniu wojny. Wydaje mi się, że w Ukrainie w polu sztuki przez kolejne dekady trwać będzie podobny proces.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Tomasz Szerszeń, „Być gościem w katastrofie”, fot. Wydawnictwo Czarne
Obrazek
tomasz_szerszen_byci_gosi_ciem_w_katastrofie_tomasz_szerszeni_front.jpeg
Sztuka, nawet jeśli jest bezsilna, ma w sobie moc reagowania – jest w niej źródłowa wręcz potrzeba znalezienia odpowiedzi na rozpad i cierpienie świata.
To jest pewna aporia. Z jednej strony, liczba obrazów jest tak duża, że robi się z tego magma, coraz mniej widzimy. Z drugiej, nie możemy przestać patrzeć. Trzeba więc odnaleźć w tym patrzeniu to, co jest ratujące. Co to jest według Ciebie?
To, że choćby ratuje się w głowie lub na kliszy jakieś elementy świata, który zostaje zniszczony. Zachowuje go ktoś, kto pamięta: to zostaje ocalone w spojrzeniu lub na zdjęciu. Te widoki miast, wspomnienie ludzi, krajobrazów... Wiadomo, że to nie przywróci tego, co utracone, ale jednak to trwanie w pamięci ma dla nas wartość, to rodzaj ciągle żywej obecności. Za pięćdziesiąt lat zdjęcia będą już tylko dokumentem historycznym, który pokaże, że była taka wojna, kto ją wywołał, ile osób zginęło. Już nie będziemy na to patrzeć emocjonalnie. Ale zobacz, jaką to ma wartość. Uświadamiamy sobie , że ten świat jest strasznie kruchy, że może w każdej chwili zniknąć, tyle rzeczy w końcu znika. Dlatego tym bardziej powinniśmy próbować to zachować, ocalić.