Ten rodzaj trybalizmu to, moim zdaniem, największe zagrożenie, a jego opłakane skutki widzimy coraz mocniej na lokalnym i globalnym poziomie. Mniejsze lub większe grupy, bańki, środowiska, społeczeństwa – przekonane o swojej szlachetności i moralnej wyższości, – choć na sztandarach niosą szczytne ideały, w gruncie rzeczy zachowują się w sposób całkowicie pozbawiony reguł wobec tych, których postrzegają jako zewnętrznych, innych, przeciwników. A im bardziej nimi pogardzają, im bardziej z nich szydzą, tym bardziej muszą też ich sobie zohydzić i zdeprecjonować, żeby usprawiedliwić w ten sposób własną nienawiść. Są to mechanizmy dobrze znane i opisane. Przekonanie, że za całe zło odpowiada jakaś konkretna grupa ludzi innych niż my, i że należy tych ludzi napiętnować oraz zniszczyć, to przekonanie złowrogie, z długą, ponurą historią.
Rzecz w tym, że przemoc uruchamia się bezwiednie. „Normalny człowiek”, który uważa się za porządnego obywatela, nagle może stać się kimś, kto w sposób systematyczny stosuje przemoc wobec innych, których w ogóle nie postrzega jako ludzi. Największym błędem jest więc powszechne dziś przekonanie, że złe rzeczy z całą pewnością zawsze robią inni, a ja nigdy taki nie będę. Wydaje mi się, że świadomość, że różne straszne rzeczy w historii robili dokładnie tacy sami ludzie jak my, jest niezwykle istotna, a nawet fundamentalna. Nie jest tak, że „kiedyś” ludzie byli jacyś inni. Nic podobnego, byli dokładnie tacy sami. Też im się wydawało, że są bardzo sympatyczni, porządni i fajni, i że za całe zło tego świata odpowiadają „oni”.
Szukanie wspólnoty na pewno jest dobre, ale wyrozumiałość w stosunku do niektórych stanowisk wydaje mi się niemożliwa…
Absolutnie się zgadzam. Nie chodzi mi o wyrozumiałość wobec zła, lecz o zrozumienie, dlaczego zło może się wydawać atrakcyjne i dlaczego może uwodzić także tych, którzy wcale nie chcą być źli, ale dają się mu zwieść z rozpaczy, głupoty czy naiwności. I jeszcze o zrozumienie, że podatni na zło jesteśmy bez wyjątku wszyscy. To mi się wydaje jedno z najważniejszych i najgłębszych rozpoznań chrześcijaństwa: każdy człowiek jest podatny na zło, każdy, bez wyjątku. Tylko Bóg, jak czytamy w Liście św. Jana, „jest światłością, a nie ma w Nim żadnej ciemności”.
A więc jest taki poziom, na którym nie ma żadnego dysonansu. Tam, gdzie jest przemoc, jest pewna granica, za którą jest pełny konsonans, czyli spójność..
Tak, oczywiście, w sytuacji, kiedy ktoś cię napadnie albo kiedy musisz się bronić, bo zagrożone jest życie twoje, twoich bliskich, fundamentalne wartości, jakieś dobro – przemoc w ich obronie staje się koniecznością, obowiązkiem moralnym. Ale musi temu towarzyszyć ciągła świadomość, że przemoc jest potężną siłą, zakaźną, zaślepiającą i uwodzącą. I że każdy jest na nią podatny, „my” również, w tym samym stopniu co „oni”. I że bohater może w jednej chwili zamienić się w zdrajcę, a ofiara – w opresora. Niemniej, różnice pomiędzy tymi figurami pozostają zasadnicze i nieredukowalne.