Widziałem na wystawie w Łodzi pana rysunki z dzieciństwa – egzotyczne dzikie stwory, trochę skojarzyły mi się z Henrim Rousseau…
Co pan opowiada, ja to rysowałem, jak miałem 5 czy 6 lat…
Ale przeciętny kilkulatek tak nie rysuje, już wtedy widać było, że ma pan talent.
No nie wiem, może i tak. Ale oprócz tego, że chciałem być artystą i robiłem takie ilustracje, to już w młodości strasznie rajcowała mnie astronomia. Ta pasja pozostała mi do dziś. Przeczytałem ostatnio książkę brytyjskiego astrofizyka Briana Coxa "Człowiek i wszechświat". Próbuję pojąć te wszystkie protony i neutrina, choć oczywiście wielu z tych rzeczy nie rozumiem. Więc jestem trochę taki Nerwosolek. Kosmos mnie fascynuje. Mieszkałem przez 8 lat na mazurskiej wsi. Gdy obserwowałem przez lunetę wielkie zbliżenie Jowisza, i w tej ciemnej przestrzeni zobaczyłem go wyraźnie razem z satelitami, to było to dla mnie niemal metafizyczne przeżycie.
Wracając do młodzieńczych zainteresowań – w książkach ojca zobaczyłem zdjęcia budynków Oscara Niemeyera, który zaprojektował w dżungli nową stolicę, Brasílię. Postanowiłem wtedy, że będę zdawał na architekturę, ale na egzaminie oblałem matematykę. Nie przykładałem się do niej zbytnio, grałem jazz z kolegami. No i to malarstwo – chodziłem po Lublinie z płótnami, próbowałem coś tworzyć. Ojciec dostrzegł, że to jest moja prawdziwa pasja i wystarał się, żebym na kilka miesięcy przed egzaminami na ASP mógł chodzić do jego szkoły na zajęcia z malarstwa.
Na Akademię przyszedłem zupełnie zielony, ale miałem zapał i trafiłem na świetnych wykładowców. Na zajęciach mieliśmy namalować kobiecy akt. To były takie czasy, że modelkami były tylko kobiety około 70 roku życia, a modele byli zawsze w bieliźnie. Starałem się malować realistycznie, na przykład duże piersi tej starszej kobiety. Gdy profesor to zobaczył, zawołał: "Panie Baranowski, co pan tutaj za mleczarnię namalował!". Zbeształ mnie przy wszystkich, ale sprawił, że wtedy coś otworzyło mi się w głowie. Na następnych zajęciach cały umorusany w farbach malowałem, to co mi przyszło do głowy – zupełną abstrakcję. On stanął nade mną zachwycony. Potem zaczął pokazywać mi albumy abstrakcjonistów, których wcześniej na oczy nie widziałem, zaczął zapraszać mnie do domu na obiad, a pod talerzyk wsuwał pieniądze na farby, taki to był profesor. Zawsze więc powtarzam, że najbardziej zawiodłem mojego profesora, Andrzeja Jurkiewicza.
A może by jednak pana twórczość komiksową zrozumiał i docenił?
Nie sądzę. Dziś to podejście się oczywiście zmienia, ale przecież komiks długo był pogardzany. Zresztą wciąż zdarza mi się przeczytać w recenzji sztuki teatralnej czy filmu, że coś było "zbyt komiksowe" – w sensie przejaskrawione, sztampowe, kiczowate.
Wydawało mi się też, że ojciec nie rozumiał tego mojego rysowania komiksów. Myślałem, że go potwornie zawiodłem, chociaż nigdy nie rozmawialiśmy na ten temat. Jednak już wiele lat po śmierci ojca, gdy porządkowaliśmy papiery po nim, okazało się, że miał zebrane wszystkie moje komiksy ze "Świata Młodych". Wycinał je i naklejał na karton, nigdy nie powiedział mi o tym ani słowa. Czyli jednak jakoś pogodził się z tym faktem, to nie było zupełne odrzucenie.
A jakich malarzy pan ceni najbardziej?
Wie Pan, to mi się zmienia się z wiekiem. Tak jak w młodości uwielbiałem Beatlesów i Rolling Stonesów, których oczywiście dalej bardzo sobie cenię, tak teraz pewne uspokojenie odnajduję w muzyce Bacha czy Mozarta. Podobnie mam z malarstwem.
Może to pana zdziwi, ale uwielbiam stare malarstwo holenderskie – Vermeera i tak dalej – chociaż to przecież nie ma zupełnie nic wspólnego z moim sposobem myślenia. Bardzo odpowiada mi także malarstwo z przełomu XIX i XX wieku – to był moment przełamywania schematów w myśleniu o malarstwie, przejście od klasycznych form ku bardziej abstrakcyjnym rzeczom, a przy tym nie było w tym jeszcze zbyt wiele naśladownictwa i oglądania się na poprzedników. Wiadomo: Monet, Van Gogh – bardzo go sobie cenię za to, że był całkowicie oddany swojej sztuce – czy dalej, początki kubizmu.
Po pierwszym roku studiów pojechałem do Paryża na lewe zaproszenie od francuskich studentów. Nie miałem forsy, spałem pod mostami, chodziłem głodny, ale to był zupełnie inny Paryż niż dziś. Do Luwru można było wejść za darmo na legitymację studencką, z ulicy mogłem wejść do galerii, w której wisiały obrazy Picassa, Gauguina, Rouaulta – kolejnego z moich ulubionych malarzy. W Paryżu przeżyłem takie piorunujące doświadczenie jeszcze wiele lat później. Pojechaliśmy kilka lat temu z żoną na festiwal komiksowy i przy okazji zobaczyliśmy wystawę Bacona w Centre Pompidou – coś genialnego, jedno z moich najsilniejszych przeżyć.