Kiedy po raz pierwszy odwiedził pan teren obozu Auschwitz?
Wydaje mi się, że było to w 1985 roku. Opuściłem Polskę z rodziną wraz z końcem lipca 1946 roku. Pierwszy raz wróciłem do Polski właśnie w latach osiemdziesiątych. To była surrealistyczna sytuacja. Izrael nie utrzymywał wtedy jeszcze stosunków dyplomatycznych z Polską z powodów politycznych. Moskwa wydała wtedy takie rozkazy, więc trzeba było się przystosować. Do Auschwitz udała się delegacja dzieci-ofiar dr Josefa Mengele, którym udało się przeżyć obóz. Miało im towarzyszyć dwóch posłów izraelskiego parlamentu. Jakimś cudem zdobyliśmy rumuńskie wizy i pojechaliśmy do Auschwitz. To było okropne – towarzyszyć tym, którzy przeżyli wszystkie te okrucieństwa jako dzieci. Oni dokładnie pokazali nam, gdzie Mengele ich męczył, co im robił, jak każdego dnia widziały śmierć. Myślę, że dla każdego, kto ma w sobie choćby okruch człowieczeństwa, pierwsza wizyta w Auschwitz to szok. Dla mnie było to podwójnie okropne doświadczenie, właśnie ze względu na te dzieci… Tego nie można zapomnieć, bo są sprawy, których nigdy się nie zapomina.
A czy świat będzie pamiętał o Zagładzie, kiedy zabraknie tego ostatniego pokolenia, które było świadkiem Auschwitz?
Nie wiem, jak będzie to wyglądało to za dwadzieścia czy trzydzieści lat. Ale teraz świat pamięta. Auschwitz odwiedzają papieże, głowy państw, ambasadorzy. Czy będzie to trwało zawsze? Myślę, że tak. Sam należę do samej końcówki tego wojennego pokolenia. Jestem dzieckiem Holokaustu, choć nie byłem w obozie zagłady. Pamiętam za to kanały ze szczurami, piwnice, podwójne ściany. Mieliśmy to szczęście, że spotkaliśmy w swoim życiu dobrych ludzi. Dziś nazywani są sprawiedliwymi wśród narodów świata. To był cud, że w tej diabelskiej jaskini pojawiały się światełka ludzkiej odwagi.
Kim byli ludzie, którzy uratowali pańską rodzinę?
To byli przyjaciele moich rodziców. Porządni ludzie wiary, którzy ryzykowali własnym życiem, aby uratować innych. Pamiętam zapewnienia ojca, że jeśli przeżyjemy, oddamy wszystko rodzinie Lasotów, którzy nam pomagali. My wyjeżdżając z Borysławia, przekazaliśmy nasz dom tej rodzinie. To było wszystko, co mieliśmy, chociaż należało się im znacznie więcej. Potem pomagaliśmy im przez cały czas. Z kolei pani Potężna, nasza sąsiadka, ukryła nas na strychu. Pewnego razu w trakcie pogromu ukryła mnie w pierzynie, którą kupiła kiedyś od mojej babci. Kiedy przeglądam dziś album rodzinny, to widzę mojego dziadka zamordowanego przez Niemców, babcię, po której dostałem imię Szewach, nasz przedwojenny dom, moją siostrę, brata, naszych rodziców. Ci ludzie, ich sąsiedzi prowadzili firmy, wychowywali dzieci, mieli swoje domy z ogrodem.