Paradoksalnie najwięcej o miejscach, czasach i ludziach mówią szczegóły, jakieś lekceważone przez biografów drobiazgi. Wybrałem na chybił trafił kilka z nich, nie przejmując się zanadto hierarchią ważności.
Czarny turban na głowie duchownego muzułmańskiego oznacza, że pochodzi on z rodu Proroka. Budda opuścił brzuch matki, nie przechodząc przez jej łono. Miał więc za sobą boskie narodziny, bardzo dalekie od fizjologii zwykłego śmiertelnika. Przeciwnik Puszkina powiedział na chwilę przed pojedynkiem, w którym rosyjski poeta został śmiertelnie ranny: "Zaczynamy. Jeśliś gotów!". Chaplin wpadał w panikę na widok otwartego okna, jakby bał się, że może z niego wypaść albo ktoś go przez nie wyrzuci. Kafka z Kubinem, podczas swoich spotkań mieli stały temat do rozmowy, ale nie były nim sprawy sztuki ani tajemnice natchnienia, lecz zaparcia. Obaj cierpieli na tę kłopotliwą dolegliwość i wymieniali drobiazgowe informacje, jak skutecznie sobie z nią radzić. Ponieważ po ciało tancerki Maty Hari, rozstrzelanej w 1917 roku za szpiegostwo na rzecz Niemiec, nie zgłosił się żaden z jej licznych kochanków, przekazano je do Akademii Medycznej w Paryżu, gdzie posłużyło do nauki studentom. Sławny konstruktor francuski Gustave Alexandre Eiffel, ten od wieży w Paryżu, zaprojektował również, o czym niewielu pamięta, pas do pończoch, jeden z najbardziej erotycznych rekwizytów intymnego stroju kobiecego. Był to wynalazek równie ważny, jak puder, szminka lub tusz do rzęs. Z kolei niejaki Hitler tak naprawdę był lekomanem. Obliczono, że codziennie łykał dwadzieścia osiem tabletek, jedne były na pobudzenie, inne na uspokojenie, trawienie, a jeszcze inne na sen. Dlatego często zachowywał się jak osobnik na haju. Pod koniec życia było z tym jeszcze gorzej. Pisarz izraelski Amos Oz (rocznik 1939), którego przodkowie przybyli do Jerozolimy z Odessy i Wilna, zaskoczył wszystkich powiedzeniem: "Głęboko wierzę, że Bóg jest ateistą". Mao przez dwadzieścia pięć lat nie brał kąpieli. Poza tym miewał wiele rewolucyjnych pomysłów. Na przykład za cholerę nie wiadomo, dlaczego swego czasu rozkazał zlikwidować wszystkie trawniki i kwiaty. Na szczęście nie zostało to do końca skrupulatnie wykonane. Gdy zmarł Elvis Presley, jego menedżer i zarazem doradca finansowy, skomentował nagłe i niespodziewane odejście "króla rock and rolla" jak na doświadczonego człowieka z branży muzycznej przystało: "Świetne posunięcie autopromocyjne". Nie każdy, kto wygląda na przyjaciela, naprawdę nim jest. A jednak Konfucjusz miał rację. Niezliczone posągi Saddama Husajna, stojące do niedawna na placach miast irackich, o, dziwo, powstawały w pracowniach rzeźbiarskich we Włoszech. Część z nich okazała się dziełem znanych artystów, którzy w ten sposób, bez rozgłosu, całymi latami, podłączeni do kasy dyktatora, wykonywali swoje intratne fuchy. Pecunia non olet. (Jeśli pieniądz nie śmierdzi, to dlaczego w każdym banku są wentylatory?) Współczesność ma do swojej dyspozycji pewien uniwersalny wynalazek, który świetnie daje sobie radę z każdym ideałem, wartością, a nawet poczuciem zwykłej przyzwoitości. Tym wynalazkiem jest czek.
Mocno krętymi ścieżkami podążają czasem losy ludzi, by ostatecznie przejść do historii, a nawet narazić się na wysokie odznaczenie państwowe. Przekonał się o tym niejaki Andrew Higgins, amerykański inżynier, konstruktor łodzi pełnomorskich. W swoim niewielkim warsztacie w latach dwudziestych i trzydziestych, gdy w Stanach Zjednoczonych obowiązywała ścisła prohibicja, produkował motorówki, którymi przemytnicy i organizacje gangsterskie nielegalnie przywoziły do kraju alkohol. Pośrednio miał więc swój udział w łamaniu prawa i rozpijaniu Amerykanów. Nic tak przecież nie smakuje, jak owoc zakazany. Co dziwniejsze, jednocześnie tenże sam Higgins zaopatrywał w ścigacze Straż Wybrzeża, która polowała na przemytników. Zwykle miały one trochę mocniejsze silniki niż jednostki używane do transportu kontrabandy. W ten sposób stróże prawa zyskiwali lekką przewagę nad przestępcami, co z kolei zmuszało gangsterów do zamawiania nowych jednostek, oczywiście u Higginsa, lub modernizacji tych, które już posiadali. I tak, mimo "wielkiego kryzysu", interes jakoś się kręcił, choć jego właściciel w tamtych latach z trudem wiązał koniec z końcem.
Gdy podczas drugiej wojny światowej dowództwo alianckie przygotowywało się do operacji "Overlord", czyli lądowania sił sprzymierzonych w Normandii, pojawił się nie lada problem: skąd wziąć tysiące łodzi i barek do przewiezienia ludzi i sprzętu po płytkiej wodzie z okrętów na ląd. O dziwo, ten ostatni etap zdawał się najtrudniejszy. I wtedy ktoś przypomniał sobie o Higginsie i jego smykałce do konstruowania łodzi morskich. Projektant wywiązał się z postawionego zadania znakomicie, a skromny warsztat w krótkim czasie rozrósł się do sporych zakładów. Były pomagier gangsterów i przemytników, którego stale miało na oku FBI, skonstruował i wyprodukował bardzo udane lekkie jednostki pływające. Z powodzeniem zdały one egzamin szóstego czerwca 1944 roku, gdy przewiozły na francuskie plaże tysiące żołnierzy alianckich i ich sprzęt. Sam Higgins na zamówieniach dla wojska dorobił się majątku i prestiżu społecznego; zdaje się, że zapomniano mu nawet dawne powiązania z gangsterami. W ten sposób z dnia na dzień stał się szanowanym obywatelem, a przy okazji cichym herosem tego największego w historii desantu morskiego.
|
Włodzimierz Paźniewski © by "Twórczość" 2006
|
|