Muter opuściła rodzinę, bo była zakochana w kimś innym.
Jej małżeństwo z Michałem Mutermilchem było prawie od samego początku nieudane, na co pewnie miało wpływ także to, jak potoczyły się ich losy po wyjeździe z Polski. Ją Paryż przyjął szybko, jemu się nie poszczęściło. Próbował sił i w poezji, i w prozie, i w dramacie, zajmował się krytyką literacką – i w żadnej dziedzinie nie odniósł sukcesu. To mogło wywołać w nim jakieś zgorzknienie i zazdrość wobec Meli.
Z Lefebvre’em łączyły ją nie tylko lewicowe poglądy, w tym pacyfizm, lecz także podobne, rozgorączkowane podejście do działania. Oboje byli idealistami, chcieli zmieniać świat, dla Muter sztuka nigdy nie była tylko dla sztuki, chciała poprzez nią poruszać społeczeństwo, zwracać uwagę na to, co było wówczas omijane wzrokiem.
W książce pisze pani także o tym, że na początku XX wieku, wiele lat przed poznaniem Lefebvre’a Mela Muter przeżyła inny słynny romans – z Leopoldem Staffem.
To była bardzo gorzka historia. Ona była gotowa dla niego poświęcić wszystko, zakochała się w nim bez pamięci – zresztą ten późniejszy romans świadczy, że Muter szukała w życiu wielkiej miłości. Być może akurat to było pokłosiem tego, że wyrosła w epoce Młodej Polski, kiedy namiętności były definiowane jako żywioł, wobec którego człowiek jest bezradny. Zakochała się w Staffie bez pamięci, tymczasem on chyba był trochę chłodniejszy w uczuciach. Był od niej młodszy o dwa lata, może nie chciał się wiązać z rozwódką z dzieckiem, może chodziło o to, że Muter była Żydówką – nie wiadomo. Romans trwał kilka lat, najpierw Staff był w Paryżu, potem ona jeździła do Polski, wymieniali listy. Wszystko zakończyło się dramatycznie, o czym więcej piszę w książce. Pamiątką po ich relacji pozostał namalowany przez Muter Portret młodego poety, chyba najsłynniejszy malarski wizerunek Staffa. A on ją po prostu wymazał ze swojego życiorysu.
Jakie uczucie częściej towarzyszyło pani podczas pisania biografii Muter? Podziw czy współczucie?
Na pewno nie współczucie. Na tyle, na ile udało mi się poznać Muter, myślę, że odebrałaby je jako coś degradującego. Zresztą ja sama denerwuję się, kiedy widzę w internecie tytuły tekstów o tej wielkiej artystce: „zmarła w nędzy”, „sztuka ją zawiodła”, „odeszła zapomniana”.
Ale przecież tak było.
Dla mnie ważniejsze jest, co i jak malowała, a jeśli już mówimy o jej życiu prywatnym, to wolałabym przeczytać w nagłówkach, że końca życia zachowała godność. Była wielką artystką, zawsze funkcjonowała na własnych zasadach, intensywnie tworzyła, namalowała ponad dwa tysiące obrazów, co może być lepszego? W międzywojniu było o niej naprawdę głośno. Rzeczywiście później jej obrazy po prostu stały się niemodne. Rządziła abstrakcja, tymczasem ona wciąż trzymała się malarstwa figuratywnego, które już nie budziło emocji. Zresztą w ogóle po II wojnie światowej Paryż przestał być najważniejszym ośrodkiem sztuki, pałeczkę przejął Nowy Jork. Los Muter nie był odosobniony. Zresztą tutaj też nic nie jest jednoznaczne. Wiadomo, że rok przed śmiercią artystka miała dużą retrospektywę w paryskiej galerii Jeana‑Claude’a Belliera. Odbiła sporym echem, sprzedano dużo obrazów, w prasie pisano, że Muter zarobiła dużą kwotę. Ale ona wszystko przeznaczyła na cele charytatywne. Pod koniec życia planowała, że jej spuścizna malarska będzie służyła osobom w potrzebie, zapisała wszystko organizacji społecznej SOS Village, po polsku to się nazywa SOS Wioski Dziecięce.
Jeśli komuś współczuję, to nam, żyjącym teraz wielbicielom sztuki Muter. Współczuję nam, że wielu jej obrazów nigdy nie zobaczymy oraz tego, o czym już mówiłam, że nie przetrwała wiedza o niej. Że nie była w chwili śmierci tak hołubiona jak, powiedzmy, Matisse, Monet czy Matejko – bo wtedy najpewniej informacje o jej życiu by się zachowały. Albo gdyby, jak wielu malarzy, miała lojalną żonę, która by po jej śmierci poświęciła resztę życia, by ocalić pamięć o niej. Czy chociaż szwagierkę, jak van Gogh. Bo chociaż sztukę tworzą i mężczyźni, i kobiety, to nosicielkami pamięci są już tylko one.