Sam Autor zresztą, przy okazji namysłu nad Tarskiego ideą prawdy, zastrzeże się, że konwencją pisarską zastosowaną w "Filozofach" jest "poetyka swobodnych filozoficznych impresji". Ale to zastrzeżenie nie jest wystarczające dla złapania sensu, jaki niesie forma tego dzieła. A polega ona na tym, że każdemu ze swoich bohaterów Nowak poświęca trzy myślowe impresje, które z jednej strony– rodzą się w głowie Autora gdzieś na przecięciu wiedzy o życiu filozofów i profesjonalnej znajomości dzieł przez nich stworzonych; z drugiej zaś – stwarzają mu okazję do prowadzenia własnych bojów o kształt i osąd rzeczywistości. Nie ma w książce ani jednej impresji, która by nie spełniała jednocześnie tych obu warunków.
W tych impresjach Nowak tropi intelektualne ślady walk, jakie jego bohaterowie toczyli zarówno swoim życiem, jak i swoimi dziełami, okazując zarazem dość manifestacyjnie lekceważenie, na granicy pogardy, dla tych spośród nich, którzy będąc nawet erudytami i polihistorami, w swoich dziełach pozostawili nam "filozofię zatrzaśniętą i wysuszoną", albo (jeszcze gorzej) własnym życiem dali świadectwo "fascynacji przemocą" bądź stadnego oportunizmu. Trzy poruszające impresje Autor poświęca Barbarze Skardze, w której postaci odnajduje jedność dobrego życia i rzetelnego myślenia, i to pomimo tego, iż jako zaprzysięgły apokaliptyk i uczeń Lutra w zakresie immanentnego zepsucia natury ludzkiej nie może wybaczyć naiwnie szlachetnej Pani Profesor ani oświeceniowej wiary w człowieka, ani nadziei na definitywną naprawę ułomnych instytucji politycznych. Ale kluczowy wykład Nowaka na temat więzi pomiędzy filozofią i życiem filozofa otrzymujemy przy okazji impresji na temat Elzenberga, gdy z wyraźną akceptacją przywołuje fragmenty "Kłopotu z istnieniem": "Stosunki między filozofami (…) są walką, o światopogląd, a więc o życie. Kto się w tej walce nie broni, to znaczy nie atakuje, ten ginie: odebrane mu zostaje oblicze własne i zostaje starty z oblicza ziemi". I tu pada jedna z rzadkich i wyjątkowych pochwał, jaką Nowak obdarowuje któregokolwiek ze swych 28 bohaterów: "Książki nieodwołujące się do doświadczenia pachną samym papierem, farbą drukarską, ale nie życiem. Szeleszczą i nic nie mówią". Tymczasem "dzieło Elzenberga zrosło się z jego życiem na amen".
Profesor Piotr Nowak przedstawia się tym razem jako piewca swoistej "Lebensphilosophie". W trwałej dysharmonii względem świata człowiek w ogóle, ale filozof w szczególności, powołany jest do nieustannej walki poprzez twórczość i działanie. Nic więc dziwnego, że w sposób uderzający dla czytelnika "Filozofowie" są w pierwszym rzędzie wielkim sądem nad filozofami, w którym jedynym sędzią jest sam Nowak, wyrokujący dokładnie tak, jak został niegdyś tego nauczony na UW, podczas seminarium Wolniewicza, na które uczęszczał (jak wspomina) "z żołądkiem podchodzącym do gardła, zwilgotniałymi dłońmi i lekkim szumem w uszach". Wolniewicz bowiem uprawiał ponoć "rytualne i nieco sadystyczne znęcanie się nad studentami", co jednak znajdowało uzasadnienie w jego światopoglądzie. Głosił bowiem pochwałę systemu kar, z karą główną na czele, a o wszelkich ludzkich sądach uważał, iż "mają działać jak na Sądzie Ostatecznym: bez wahania, nieodwracalnie, skutecznie i bez zwłoki". Nowak stawia teraz przed swoim sądem dwudziestu ośniu wybranych przez siebie polskich myślicieli, a jako że dzieła wielu z nich uważa za "szeleszczące" i "pachnące farbą drukarską", zaś życie za skażone "fascynacją przemocą" (to o Kołakowskim i jego kolegach), bądź też "wszechobecnym, dobrowolnie przyjmowanym konformizmem" (to z kolei o Szackim), więc też ten jego bezlitosny sąd faktycznie przypomina okrutne prerenesansowe wizje Sądu Ostatecznego. Ów sąd nad filozofami – to zresztą czytelniczo najbardziej atrakcyjny wymiar książki, szczególnie ciekawy dla każdego, kogo by interesowało głębsze pojęcie o kryteriach osądu istotnych dla Autora, a więc ujawniających filary nośne "Weltanschauung" profesora Nowaka.
Podobnie jak w apokaliptycznej ikonografii, tak i u Nowaka jest hierarchia wśród potępionych. Na samo dno Nowakowego infernum strącony zostaje Schaff – "diabeł" i "prymityw", w obu tych rolach (moralnej i intelektualnej) odpowiedzialny za zniszczenie i sowietyzację polskiej filozofii. Nie dziwota więc, że także zwodziciel i kłamca, który już w wolnej Polsce, miast uznać winy i prosić o przebaczenie, poświęcił się zakłamywaniu historii swojego życia. Gdzieś w pobliżu sytuuje się Kroński – naczelny deprawator tych wszystkich wybitnych, ale "zafascynowanych przemocą" luminarzy późniejszej warszawskiej szkoły historyków idei. Na infernalnym dnie odnajdujemy także (z tylko na pozór innej parafii) Chwistka, którego "umysł uległ zatruciu" na skutek zgorzknienia, tyle tylko, że ten nie zdążył rozwinąć diabolicznych skrzydeł jako szef komunistycznego ministerstwa propagandy, gdyż umarł przedwcześnie na chorobę zniekształcającą jego ciało. Przy okazji sądu nad Chwistkiem zacząłem się zastanawiać, na ile brutalność i okrucieństwo osądu ludzi może służyć dziełu, które z założenia jest jednak zbiorem "impresji filozoficznych"? Nowak bowiem charakteryzuje Chwistka jako opętanego geniusza, a jego życie opatruje puentą stwierdzającą, iż "wkradła się doń jakaś fałszywa nuta i rozłaziło się ono tak, jak rozłaziło się potem jego starcze ciało, w cierpieniu i karykaturalnej brzydocie".
W nieco wyższym piekielnym kręgu widzimy tych, których umysły, zatrute bolszewizmem, nigdy się nie odtruły, tylko via rewizjonizm przeflancowały się miękko na oświecenie, a w końcu często na postmodernizm. Prym wiodą tu Bauman i Baczko, choć ten ostatni jawi się jako figura o umysłowości tajemniczej, gdyż z jednej strony ma wyjątkowe zasługi w dziele niszczenia uniwersytetu jako miejsca do myślenia, z drugiej zaś – zdaniem Autora – kończy na religijnym manicheizmie, pod wpływem Hiobowych zdarzeń rodzinnych, jakie spotykają go w końcu życia. Ale dla zrozumienia kryteriów osądu Nowaka ważniejsze jest zwrócenie uwagi na obszerną galerię myślowych oportunistów, którzy w każdym razie wyrzekli się Elzenbergowego modelu uprawiania filozofii jako "walki o światopogląd, a więc o życie". W piekle Nowaka jest ich kilka różniących się gatunków. Są więc tacy, którzy z charakterologicznego "syndromu wyuczonej ostrożności" potrafili uczynić zarówno źródło niekonfliktowego życia, jak i nawet zyskania pozycji społecznego autorytetu – Szacki i Kotarbiński są przedstawicielami tego gatunku – choć ceną za ten sposób na pseudofilozoficzne życie okazuje się intelektualna miałkość, rola "autorytetów, które z przyzwyczajenia mielą słowa, nie wiedząc co czynią". Najciekawszy jest jednak jeszcze inny gatunek tych, dla których porzucenie komunizmu, z reguły gdzieś w okolicach Marca 1968, oznaczało całkowite oddanie dalszego życia na służbę liberalnej idei "społeczeństwa otwartego". Do potępionych za ten rodzaj filozoficznej herezji należą choćby Amsterdamski czy Pomian.
Ale tu właśnie należy zauważyć rzecz charakterystyczną dla "Filozofów": całe to dzieło poprzetykane jest filipikami przeciw komunizmowi i liberalizmowi. Kiedy Autor osądza filozofów, którzy zarówno swoim życiem, jak i sofistycznie wyrafinowanymi dziełami dawali legitymizację terrorowi i zaplanowanej zagładzie myśli, wykonuje doniosłą pracę nad samoświadomością polskiego uniwersytetu, podobną do tej, jaką już dawno temu wykonał swą "Hańbą domową" Jacek Trznadel (notabene też stalinowiec) nad polską literaturą piękną. Tym bardziej że Nowak przy tej okazji dowodzi przekonująco dwóch tez o znaczeniu wykraczającym poza ówczesne czasy. Jednej (podobnie jak Trznadel) – że motywy tamtych filozofów były w istocie tak myślowo, jak i życiowo prostackie. I drugiej – że paradoksalnie, teraz właśnie weszliśmy w taki czas, w którym ich ówczesne "stalinowskie kawałki" odzyskują na nowo swe oddziaływanie w stopniu większym niźli późniejsze, często wybitne "rewizjonistyczne" dzieła. Przykład, którym posługuje się Nowak, robi wrażenie: ponoć "Szkice o filozofii katolickiej", w których Kołakowski obciąża winą Kościół Katolicki za obozy koncentracyjne, są teraz uniwersytecką lekturą cieszącą się uznaniem studentów filozofii, w przeciwieństwie do fundamentalnych "Głównych nurtów". Jednak kiedy Autor zabiera się do wyciągania z tego wszystkiego twardych tez światopoglądowych, to trudno oprzeć się wrażeniu historycznego spóźnienia i wtórności diagnoz. Dobrym przykładem jest wywód zawarty w podsumowaniu książki, gdzie Nowak z pasją przekonuje, iż "komunizm jest wcieleniem zła (…) być może najbardziej demonicznym", albowiem "pospolituje i niszczy" język. Sam przyznam, że tego rodzaju światopoglądowe generalizacje czytałem z pasją (a nawet pisałem, inspirowany Józefem Mackiewiczem), ale to było prawie pół wieku temu. Upływ czasu ma dla historii idei niebagatelne znaczenie.
Ciekawsza rzecz jest z liberalizmem, czyli drugim kluczowym punktem Nowakowego aktu oskarżenia wobec filozofów. W impresji o Walickim, dotyczącej "Tradycji polskiego patriotyzmu", Autor podejmuje polemikę ze swoim bohaterem, labiedzącym nad deficytem wartości liberalno-rynkowych w polskiej tradycji szlacheckiej, jawiąc się jako fundamentalny oskarżyciel kapitalizmu, który "w swym akcie samostanowienia pomija wartości obywatelskie i musi odwoływać się do wartości obcych duchowi republikańskiemu – do pieniędzy i etnosu". Wątek zła, którego źródłem jest trend "ekonomizacji życia wspólnotowego", powraca w książce wielokrotnie, m.in. w impresji o Tischnerze, który zostaje skazany między innymi za to, iż stał się filozoficznym patronem złowrogich przemian rynkowych w Polsce lat 90., opisywanych zresztą tak, jakby Autor planował użyć tego fragmentu książki jako ulotki wyborczej, kandydując z jakiegoś lewicowego, najlepiej popegieerowskiego okręgu wyborczego. Wydawałoby się zatem, że zacięty wróg "ekonomizacji", która – co tu dużo mówić – faktycznie stratowała współczesny uniwersytet, musi być apologetą coraz silniejszego na Zachodzie ruchu ludowej prawicy, wyciągającej na sztandary egalitaryzm i sprzeciw wobec liberalnych elit. Nic jednak bardziej błędnego. W finalnym podsumowaniu Autor dowodzi, że głęboka wspólnota idei liberalnej i komunistycznej tkwi właśnie w złowrogim egalitaryzmie. Więc choć wiadomo, że Nowak z przekonaniem ogłasza manifest antyliberalny, to może się trochę pogubić ten, kto chciałby wiedzieć, z której flanki na liberalizm należy nacierać. Aż w końcu Autor daje się ponieść trudnym do pojęcia diagnozom skrajnym, wedle których: "Ford, Soros i Stalin idą (…) przez dżunglę XX i XXI wieku właściwie ramię w ramię, wywołując nieopisane w skutkach katastrofy i zniszczenia". Co tu dużo mówić: podsumowanie nie jest najmocniejszym fragmentem "Filozofów".
A też wyroki skazujące wydawane z paragrafu "za liberalizm" są słabiej uargumentowane, albo i nawet uwikłane w warszawskie stosunki towarzyskie. Pomian zostaje skazany za sprzeniewierzenie się ideałowi "Lebensphilosphie" jako koronny przykład "filozofa-ideowca", czyli takiego, któremu "budulca dostarczają zawsze te same gazety, zastępujące kontakt z rzeczywistym światem; bo na ten świat – świat przyziemny, empiryczny – hommes de lettres czasu nie ma. Ma go na książki, ale nie na świat". Dlatego Pomian nie potrafi myśleć o sprawach publicznych, a jedynie "trajkotać". Jednak z impresji o Pomianie nie wynika, na jakim empirycznym materiale Autor oparł tego rodzaju osąd. Ale może najbardziej charakterystyczny jest drakoński wyrok, jaki w książce zapada na Amsterdamskiego i stworzoną przezeń warszawską Szkołę Nauk Społecznych przy PAN. Szkołę Autor dyskredytuje, cytując negatywne anonimowe opinie na jej temat. Zaś sam jej założyciel zostaje skazany, jako twórca placówki "reedukacji młodych ludzi w kierunku idei społeczeństwa otwartego", a na dodatek ten, który na ową szkołę dostał pieniądze od Sorosa. Ta impresja o Amsterdamskim, zestawiona z impresją o innym filozofie – Krzysztofie Michalskim i założonym przezeń wiedeńskim Instytucie Nauk o Człowieku, chyba najlepiej obrazuje arbitralność czy wręcz kapryśność wyroków sądu profesora Nowaka. W przeciwieństwie do Amsterdamskiego, Michalski jest ulubieńcem Autora; prawdę mówiąc jedynym spośród 28 bohaterów, który zostaje wezwany na sąd wyłącznie po odbiór laurowego wieńca, zarówno za swoje życie, jak i dzieło. A trudno przecież przypuścić, aby Autor nie sprawdził w sieci choćby tak prostej rzeczy jak to, że to właśnie placówka stworzona przez Michalskiego była od początku swego istnienia sztandarowym przedsięwzięciem Open Society Network, podobnie zresztą jak inne placówki, które Michalskiemu zawdzięczają swoje istnienie (na przykład warszawski Instytut Spraw Publicznych). Rzecz nie w tym, by Autora "Filozofów" z tego powodu krytykować. Lecz tylko w tym, by jasno zdać sobie sprawę, iż dzieło, które służy osądowi prawdziwych i najzupełniej współczesnych ludzi, a nie bohaterów literackich, nie może chyba być wolne od kaprysu i stosunków towarzyskich Autora.
O wiele bardziej doniosłe jest to, iż wyrok na Amsterdamskiego poprzedza frontalna rozprawa Nowaka z Popperowskim konceptem "społeczeństwa otwartego", który stał się współcześnie ideologicznym narzędziem "kryminalizacji i wtrącania do aresztu pojęć po to, aby po zatrzymaniu zmądrzały". Można odnieść wrażenie, że ustalenie ścisłego związku pomiędzy liberalnym "popperyzmem" a ponurą praktyką przemocy "politycznej poprawności", jaka obecnie ogarnia uniwersytet, Autor traktuje niemal jako misję, właściwą współczesnemu filozofowi "walczącemu o światopogląd, czyli o życie". Jest w tej misji niejaka analogia z niegdysiejszą intelektualną ambicją "nawróconego" Kołakowskiego, aby wykazać kawa na ławę myślowe iunctim pomiędzy czystym marksizmem a totalitarną praktyką bolszewizmu. Tego rodzaju diagnoza, potwierdzająca znaną prawdę, iż idee mogą miewać bardzo kiepskie konsekwencje, wiąże się z jednym z najważniejszych wątków nie tylko tej książki, ale całego dotychczasowego dzieła Nowaka. Ten wątek – to nieustanne nawoływanie do ocalenia uniwersytetu jako miejsca dla myślenia, gdzie "wolność studiowania dopełnia Lehrfreiheit, wolność nauczania". Pewnie dlatego kończąc czytanie "Filozofów", nie miałem wątpliwości, że żarliwy głos Nowaka wołającego na puszczy, iż zawsze, także w ustroju politycznej wolności, "można stworzyć takie warunki, w których myślenie zamiera", jest najczystszym, najbardziej szlachetnym i najdźwięczniejszym tonem, jaki czytelnik może dosłyszeć w tej książce.