Na co i kogo patrzy publiczność?
Andrzej Wajda na premierze "Tamary", Screenshot z rejestracji spektaklu, fot. Dagmara Smolna
O spektaklu pisano, że bardziej niż tradycyjne przedstawienie przypomina „niezwykłe wydarzenie towarzysko-artystyczne”. Nic w tym dziwnego, skoro na premierze można było spotkać Andrzeja Wajdę, Krystynę Zachwatowicz, Izabelę Cywińską, Aleksandra Bardiniego, Marylę Rodowicz, Krzysztofa Zanussiego, Małgorzatę Potocką, Małgorzatę Niezabitowską, Szymona Szurmieja czy Grzegorza Ciechowskiego.
„Kogo śledzisz? Za kim chodzisz? – pytają jedni drugich podczas przerwy” – relacjonowała Barbara Henkel.
Na jednym z przedstawień pojawił się także Leszek Balcerowicz. Jego obecność komentowali na łamach „Dialogu” Małgorzata Piekut i Wojciech Majcherek: „Było to w sobotę, 24 listopada, a więc dzień przed pierwszą turą wyborów prezydenckich. Wicepremier wyróżniony został przez Finziego, który nie tylko pytał go o nazwisko i imię, ale także o zawód. Wtedy Balcerowicz – to też pewnie charakteryzuje nasz stosunek do urzędników – odpowiedział: »Tam jest napisane« – tak jak się zwykle odpowiadało milicjantom na pytanie o nazwisko”.
Ale nie wszyscy byli zachwyceni niecodzienną formą Tamary: „JUŻ wiadomo, że sukces, wydarzenie, sensacja, że nie da się wcisnąć szpilki, że bilety wyprzedane na długo naprzód. Snobizm i postęp podały sobie rękę, importując do Warszawy pomysł wystawienia Tamary, spektaklu-monstrum, piekielnej maszyny teatralnej, która zaanektować musiała kilka pięter Pałacu Kultury” – oceniała Krystyna Gucewicz w „Expresie Wieczornym”.
Wydaje się jednak, że publiczność interesowało przede wszystkim to unikatowe i nieznane wcześniej w kraju nad Wisłą doświadczenie, a nie sama tematyka przedstawienia. Zwrócił na to uwagę Krzysztof Sielicki na łamach „Życia Warszawy”:
Charakterystyczne, że w większości publikowanych dotąd recenzji, jak również w głosach nielicznych na razie zwykłych widzów, nie pojawia się refleksja o znaczeniu pokazywanych zdarzeń. Nie mówi się ani o faszyzmie, ani o erotyzmie, tylko o teatralnym wyglądzie zdarzenia, głównie o tym, kto pojawił się, w jakiej kreacji i że kolację przyniesiono z Holidaya.
To poniekąd zrozumiałe. Rozgrywające się symultanicznie spektakle, w tak dużym stopniu angażujące publiczność, były wówczas rzadkością. Doprowadzało to jednak do wielu nieprzewidzianych sytuacji, na które zespół aktorski musiał błyskawicznie reagować:
Po premierze wiadomo już, że widz może: zjeść pomarańcze, które grają [w spektaklu]; włączyć się do rozmowy, powiedzieć coś obraźliwego; niepotrzebnie pospieszyć z pomocą i kiedy Tamara zwróci się do Emilii po francusku, a ta odpowie „Nie rozumiem”, zaproponuje usłużnie: „Ja mogę pani przetłumaczyć”; usiąść na krześle, na którym ma siedzieć aktor, zająć jego łóżko; zapytać „cichym” szeptem: tss..., proszę pana, a kto gra Defelice?; nie pójść za aktorem i ten będzie musiał grać do pustej ściany albo zjawić się tam, gdzie nie powinno go być. Tego doświadczył już Karol Strasburger, który nieco wcześniej przyszedł do swojego pokoju, spodziewając się, że będzie pusty, bo widzowie w tym czasie kończą kolację. Tymczasem w pokoju siedział samotny widz. „Nie mogłem mu powiedzieć – wspominał – wie pan, trochę poczekamy, bo ja gram dopiero za 10 minut. Musiałem grać dla niego. Na poczekaniu wymyśliłem dla niego cały teatr”.
Trudno zatem o lepsze podsumowanie immersyjności i interaktywności Tamary od tego, które sformułował Julian Mikołajczak: „W tym przedstawieniu nie widz przystosowuje się do aktora, lecz aktor do widza”.