Jesteście doświadczonymi, nagradzanymi fotografami. Jak to wpłynęło na realizację filmu?
PM: Największe podobieństwo, jakie można znaleźć pomiędzy filmem dokumentalnym a fotografią, występuje w przypadku tak zwanych długich projektów. To są materiały, które ludzie robią czasami latami. W swojej karierze robiłem bardzo dużo takich wielowątkowych reportaży fotograficznych, na przykład o pubach w Anglii. Za każdym razem, gdy składałem taki materiał, podświadomie kombinowałem: brakuje mi jeszcze takiego miejsca, brakuje mi takiej sceny. Przejście na film dokumentalny było dla mnie dzięki temu trochę łatwiejsze, bo myślałem podobnymi kategoriami. Ta historia mogłaby z powodzeniem stać się długim projektem fotograficznym.
MN: Trudno mi rozdzielić doświadczenie fotograficzne od filmowego, jeśli chodzi o sam sposób, w jaki kadruję i widzę rzeczywistość – te dwie sfery muszą być ze sobą powiązane i naturalnie z siebie wynikać. Odmienne od standardowych produkcji filmowych było u nas to, że mieliśmy mnogie role.
PM: Podróżowaliśmy tylko we dwóch, bez dźwiękowca.
MN: Także dlatego, że nagrywaliśmy intymny świat. Praktyka delikatnego wchodzenia w czyjąś codzienność jest nam doskonale znana właśnie z fotografii.
PM: Świetnie nam się współpracowało przy wymyślaniu identyfikacji wizualnej tego filmu. Na samym początku analizowaliśmy, jak to ma wyglądać, jakich obiektywów użyć i czy kręcić w kolorze, czy w czerni i bieli. Szybko okazało się, że obaj mamy bardzo podobne przemyślenia i zgodnie uznaliśmy, że ten film powinien być czarno-biały. Nie daliśmy się namówić osobom, które twierdziły, że taki film będzie niesprzedawalny. To był nasz mały bunt przeciwko rynkowej rzeczywistości.