Nie było to łatwe wyzwanie. Jakkolwiek z Dziennika wypadków Estreichera wyłania się obraz temperamentnego bohatera uczestniczącego w doniosłych historycznych wydarzeniach, nie każdy epizod z życia historyka sztuki jest równie emocjonujący jak historia ewakuacji i późniejszych poszukiwań zagrabionego z Bazyliki Mariackiej ołtarza Wita Stwosza, który w latach wojennych stał się wręcz jego obsesją. Opowieść o młodym akademiku, który zajmuje się reorganizacją Muzeum Diecezjalnego w Sandomierzu niekoniecznie zaś stanowi materiał na porywającą biografię. Każdą prozaiczną pracę da się zromantyzować, ale ustawianie gablot i wypełnianie kart inwentarzowych jest mało efektowne dla postronnych.
Wczesne lata w życiu Karola Estreichera (1906–1984) są więc raczej tutaj pretekstem do opowieści o salonach ówczesnego Krakowa, w których, jako najmłodszy z długiego rodu Estreicherów lub mówiąc językiem bardziej współczesnym – profesorskie nepo baby, się wychowywał. Dość powiedzieć, że w salonie jego matki Stanisław Wyspiański odczytywał swoje dramaty, ją samą portretował Józef Mehoffer, a gimnazjalnym nauczycielem matematyki młodego Karola był Leon Chwistek.
Słynny malarz formista należał – jak czytamy – do nauczycieli wyrozumiałych. Nieszczególnie trzymał się podstawy programowej, niekiedy porzucając równania i całki na rzecz opowieści o formizmie, Witkacym czy Bertrandzie Russellu. To z jego inspiracji Estreicher – który w gimnazjum był, jak sam przyznawał, dość nieznośnym nastolatkiem i nawet repetował jedną klasę – podjął później studia na historii sztuki, a z czasem zaprzyjaźnił się ze swoim byłym nauczycielem. Po latach poświęcił mu też jedną ze swoich najważniejszych książek.
Jednak formacyjnym epizodem w życiu Estreichera stał się tak naprawdę okres drugiej wojny światowej. Po skomplikowanej akcji ewakuacyjnej ołtarza mariackiego, przeprowadzonej pomimo opieszałości sanacyjnych władz – do samego wybuchu wojny nie była gotowa rządowa strategia zabezpieczenia najcenniejszych państwowych dóbr kultury – krakowski historyk sztuki nie zdążył wziąć udziału w obronie kraju, nim do agresora z zachodu nie dołączył Związek Radziecki. Estreicher ewakuował się do Budapesztu, gdzie dzięki jednemu telegramowi do generała Władysława Sikorskiego dostał paszport i możliwość wyjazdu do Paryża. Na miejscu został osobistym asystentem polskiego premiera na uchodźctwie, zajmował się dokumentowaniem bieżących wydarzeń i chodzeniem na bardziej i mniej oficjalne spotkania.
Nie wszyscy byli jego pracą zachwyceni. Władysław Pobóg-Malinowski, od 1938 kierujący Referatem Archiwalnym Gabinetu Ministra Spraw Zagranicznych i odpowiedzialny za jego ewakuację po wybuchu wojny, podważał kompetencje młodego historyka sztuki do pracy administracyjnej na szczeblu rządowym. Uważał, że Estreicher zawdzięcza tę pozycję nazwisku i rodzinnym koneksjom. Całkiem zresztą słusznie – generał Sikorski należał do przyjaciół Stanisława Estreichera, rektora Uniwersytetu Jagiellońskiego i ojca Karola.