Już dużo wcześniej w naszej kulturze, w czasach hellenistycznych, wyschły rytualne korzenie wiedzy rozumianej jako wtajemniczenie. Hermes nie był już nośnikiem ludzkiego rozumu starającego się przeniknąć i przechytrzyć logikę świata. Nie pomagał człowiekowi w osiągnięciu statusu podmiotu w świecie, czynnego uczestnika gry, która ten świat ustanawia. Co najwyżej symbolizował to pragnienie. Zamiast Hermesa pojawiła się pewna głębsza postawa intelektualna: idea poznania, które w odróżnieniu od zwykłej wiedzy czerpanej z doświadczenia, nazywano gnozą. Gnoza, podobnie jak dawne wtajemniczenia, opierać się miała na rozdzielaniu tego, co w świecie zmieszane: życiodajnego pierwiastka i sił uśmiercających, rozpraszających ludzkie istnienie w martwej całości bytu.
Życie jest z istoty indywidualne – byt jako całość nie może być żywy, ponieważ nigdzie nie zamieszkuje i do niczego nie dąży. Istota żywa, a w szczególności istota rozumna, która rozmyśla o krótkości swego życia i pragnie jego przedłużenia, musi ustawicznie wyosabniać się z ogólnej martwoty bytu. Za narzędzie tego wyswobodzenia nie wystarczała już człowiekowi czasów hellenistycznych wiara w kapryśnych bogów. Miał on dostęp do innych tradycji religijnych i właśnie w ówczesnej atmosferze synkretyzmu, którego składnikami były wierzenia babilońskie, egipskie, żydowskie i greckie, umacniała się tradycja gnozy.
Gnoza miała różne źródła. Przed narodzinami Chrystusa rozwijała się bujnie w środowisku żydowskim. Pozostawiła ślad również w samym chrześcijaństwie, które nie od początku odcięło się od niej – wręcz przeciwnie, wydawało się przez jakiś czas ku niej ciążyć. Żywo komentowano na przykład gnostyckie pismo zwane dziś Apokryfem Jana. Łatwo sobie wyobrazić, jak trudna – praktycznie nie do zniesienia – była dla ówczesnej umysłowości radykalna transcendencja jedynego Boga. Nieskończenie oddalony od świata, niepodobny do żadnego stworzenia, niemogący być przedmiotem pragnień, roszczeń, protestów – obcy życiu. Nie dziwi więc, że fantazja teologiczna przychodziła w sukurs zapełniając przestwór pomiędzy Bogiem i człowiekiem najróżniejszymi emanacjami boskości różniącymi się duchowymi statusami. Jeśli jednak takie emanacje da się pomyśleć, to otrzymują domieszkę całkiem zwyczajnej, materialnej wyobraźni. Cała drabina bytów duchowych pomiędzy człowiekiem i Bogiem przejawia więc, wzorem myślącego je umysłu, ciążenie ku materii, skłonność do upadku, który zdaniem gnostyków, miał już miejsce, kiedyś naprawdę nastąpił. Gnostyk zaś to ktoś, kto poświęca się oswobadzaniu owego upadłego ducha z materii. Czyni to mocą szczególnej wiedzy. Świat stworzony jest wprawdzie upadły, lecz są w nim pierwiastki dobra, czy mówiąc metaforycznie, pierwotne światło stworzenia, które da się jeszcze wychwycić. Ci, którzy potrafią to uczynić, mają udział w tym świetle, są w tradycyjnym sensie wtajemniczeni, choć już nie przez rytuał, lecz czysto duchowo. Najważniejszym założeniem było jednak to, że gnozy się nie posiada, jest ona zbawczą siłą. Gnoza to uczestniczenie w dziele stworzenia, nie zaś tylko jego poznanie.
W czasach konsolidowania się chrześcijaństwa, czyli wyodrębniania się kanonicznych pism i praktyk, doszło do silnego starcia gnostycznej i antygnostycznej interpretacji przesłania Jezusa. Wielką estymą cieszyły się w II wieku nauki gnostyków Bazylidesa i Walentyna, niezmiernie wpływowy był w III wieku Mani i wywodząca się od niego szkoła manichejczyków. Ówczesny chrześcijanin nie mógł być pewien aż do końca IV wieku jaką postać przybierze ostatecznie oficjalna nauka Kościoła. Gwałtowne wystąpienie św. Augustyna przeciwko manichejczykom przeważyło szalę. Dlaczego jednak uważano kwestię dopuszczenia lub niedopuszczenia elementów gnozy w chrześcijaństwie za tak ważną? Otóż niemożliwe było pogodzenie doktryny o miłości i zbawiającej łasce Boga z ideą ukrytego światła stworzenia, które wydobyć ma gnoza. Albo jedno, albo drugie. O atrakcyjności gnostycyzmu decydowało to, że głosił związek pomiędzy doskonałością duchową jednostki i jej statusem metafizycznym (eschatologicznym). Tego jednak nie sposób było pogodzić z ideą powszechnego i darowanego zbawienia.
W pouczającej książce "Gnoza" Gilles Quispel wiąże wpływy gnozy z hellenistycznym kryzysem kultury:
Szczęśliwy, kto zna swoją duszę … Człowiek stanął zdumiony i oczarowany przed głębią, którą dostrzegł w sobie. Zgubił swoje miejsce we wszechświecie: kosmos stawał się coraz bardziej odbóstwiony… polis, imperium nie stanowiły już organicznego związku … Pozostawała tylko ucieczka w erotykę i ucieczka w samego siebie … kultura umierała ...
Jednak fakt, że upodobanie do prawd ukrytych ujawniło się w kryzysie nie znaczy, że nie poruszyło w człowieczeństwie ważnej nuty. O tym, że poruszyło świadczy długie trwanie gnostyckiej myśli, sięgającej dalej jeszcze niż powstanie nowożytnej nauki – dalej niż wiek rozumu.