Co jakiś czas nowojorska Metropolitan Opera organizuje konkurs na kilka stanowisk dla śpiewaków-rezydentów. Dokumentalny film "The Audition" pokazuje ostatnie dni eliminacji, kiedy to wybranych wstępnie dwudziestu kandydatów zaprasza się do Nowego Jorku. Tam ćwiczą do występu, który zadecyduje o wszystkim. W roku 2007, o którym opowiada film, w początkowej fazie eliminacji uczestniczyło tysiąc ośmiuset śpiewaków. Przyjęto sześcioro. Kamera pozwala przeżywać napięcie finałowej dwudziestki przed zbliżającym się rozstrzygnięciem, desperackie piękno ich ostatnich występów, wzloty nadziei i zwątpienia. Oglądam, napinając wszystkie mięśnie, najchętniej zaśpiewałbym za nich – choć nie potrafię – wszystkie ryzykowne nuty. Przez kilka kwadransów żyję ich życiem. Na koniec jednak pojawia się pytanie: Co myśleć o tysiącu siedmiuset dziewięćdziesięciu czterech śpiewaczkach i śpiewakach, którzy przez eliminacje nie przeszli? Czy ponieśli porażkę? Ale jaki sens ma mówienie o porażce w sytuacji, kiedy przegrana jest prawie pewna? I co sądzić o cywilizacji, która godzi się na sukcesy niewielu, pozostawiając resztę w stanie porażki. Z drugiej strony, sytuacja owych konkurentów nie przypominała przecież przegranej na loterii. Kupić los to niewielki wysiłek, a brak wygranej nie wpływa na poczucie własnej wartości; nie zmusza do dręczących pytań: Czy powinienem był w ogóle startować? Czy jestem dość dobry? Czy oszukuję sam siebie? Czy moja przegrana jest kwestią mniejszych umiejętności, które mogę poprawić, czy braku talentu?
Przegrane i porażki
Marian Kratochwil, "Don Kichot i Sanczo Pansa", 1936, sucha igła, 49,5 x 36,5 cm, własność prywatna, fot. Waldemar Kielichowski
A może niedoszłe gwiazdy MET pocieszyłoby proste pojęciowe rozróżnienie pomiędzy "przegraną" i "porażką"? Ten, kto startuje w zawodach godzi się z góry na możliwość przegranej. Zna jej smak, tak samo jak smak wygranej. Wie, że jedno nie istnieje bez drugiego. Porażka jest czymś zupełnie innym. Jest zawodem, jaki sprawiamy sami sobie, głębokim rozczarowaniem, zawaleniem się jakiejś misternej konstrukcji stanowiącej część własnego życia. A ta destrukcyjna siła płynie z pragnień i oczekiwań. Doznaję porażki, ponieważ pragnąłem, spodziewałem się, byłem niemal pewny wygranej. Nie rozumiem, co się stało. Muszę wiele przemyśleć, a nie wiem nawet od czego zacząć. Czy moje pragnienia były od początku złudne? Czy pozwoliłem swemu otoczeniu wmówić sobie owe wysokie oczekiwania? A może w ogóle robię w życiu nie to, co powinienem?
Byłoby krzepiące myśleć o swoich porażkach tak, jak myślimy o owych trzystu odważnych pod Termopilami albo o poturbowanym w kolejnej batalii Don Kichocie: Tak, przegrali, lecz nie doznali porażki. Sprawa jednak nie jest tak prosta. Opera Claudia Monteverdiego "Koronacja Poppei" zaczyna się od sprzeczki Fortuny, Cnoty i Miłości. Każda z nich rości sobie prawo do kierowania ludzkim życiem. Co prawda przechwałki Fortuny i Cnoty wyśmiane są ostatecznie przez Miłość, lecz ich retoryczno-muzyczny pojedynek rzuca światło na naturę niepowodzeń i porażek. Kto bowiem uwierzy w moc Fortuny, temu łatwiej uznać, że sprawy te zależą od potężniejszych sił, leżących poza jego zasięgiem. Być może popadnie w intelektualną melancholię, lecz nie w rozdzierające cierpienie. Inaczej odczuwać będzie ten, kto zaufawszy Cnocie, odniesie każde niepowodzenie do siebie osobiście i w sobie będzie szukał usterki i winy. Będzie rozpamiętywał swoje czyny w poszukiwaniu fundamentalnego błędu. A kiedy znajdzie, odkryje dodatkowe źródło przygnębienia w tym, że nie dostrzegł go wcześniej. I tak dalej, aż do najczarniejszej rozpaczy. Ale Monteverdi i jego zgorzkniały librecista Giovanni Bussenelli pokazują, że obie te postawy są w istocie zatopione w jakiejś potężniejszej materii życia reprezentowanej wprawdzie przez Miłość, ale w istocie obejmującej również pożądanie, zawłaszczenie, władzę. W operze to władza Nerona decyduje o odmianach fortuny i wyśmiewa się z cnoty. Szyderstwo władcy unicestwia spór, a przemoc unieważnia każdą samointerpretację. Nieważne, co pomyśli sobie ofiara, jak wyjaśni swoje niepowodzenie – nie pada bowiem ofiarą losu czy błędu – jej porażka jest wyrządzoną przez kogoś krzywdą.
Dobrze byłoby, jak zalecali stoicy, wznieść się umysłowo ponad swoje niepowodzenia i dzięki temu widzieć je tylko jako przegrane, kaprysy Fortuny, nigdy jako porażki. Ale nie da się uśmierzyć niepokoju; nabieramy w końcu podejrzenia, że stoicyzm to tylko odwracanie wzroku. Pociąga nas znowu punkt widzenia Cnoty i zaczynamy zamęczać się rozpamiętywaniem, żalem, poczuciem winy. Widać to dobrze u tamtych młodych śpiewaków. Większość, mówiąc do kamery, stara się pomniejszyć przyszłą porażkę: "Będzie jak będzie, tu wszyscy są wspaniali, przegrana nie będzie dyshonorem". Ale przecież ich napięcie, lęk, lata ciężkiej pracy, mówią coś innego. Gdyby nie zależało im w najwyższym stopniu na tym sukcesie, jak mieliby usprawiedliwić oddanie się ciężkiej profesji, od której nierozłączne jest stanie w świetle rampy, bycie widzianym, ocenianym? Tylko jeden z uczestników przyznaje, że za staż w MET oddałby wszystko na świecie. Można pochwalić go za pasję, bezkompromisowość, całkowite oddanie sprawie. Można go zganić za nieelastyczność i obsesyjne życie jedną ideą. Cokolwiek powiemy, ci pozostali – niepewni, asekurujący się, zalęknieni, też zasługują na wysłuchanie; człowiek ma prawo walczyć o wielkie wygrane i zarazem osłaniać się przed bólem porażki.