Modernizm w nenufarach. O zielonej architekturze
Dziś doceniamy obecność zieleni w przestrzeniach zurbanizowanych. Więcej: dopominamy się o nią. Dawniej takie gesty nie były oczywiste. Ale byli projektanci, którzy czynili rośliny integralną częścią architektury.
W 1929 roku w Barcelonie odbywała się Wystawa Światowa. Na jej potrzeby przeznaczono głównie teren na wzgórzu Montjuïc z pięknym widokiem na miasto. Zgodnie z przyjętym w XIX wieku (i obowiązującym do dziś) schematem organizacji tych imprez, każdy z krajów uczestniczących w wystawie budował w wyznaczonym miejscu swój pawilon, w którym prezentował dokonania z dziedziny techniki, przemysłu, a także kultury oraz sztuki. Jeden z takich obiektów zaprojektowali Ludwig Mies van der Rohe i Lilly Reich.
Mies był już wtedy powszechnie znanym architektem, bardzo ważną postacią w rozwijaniu nowoczesnych idei architektonicznych, członkiem kluczowej w tym zakresie dla rozwoju tej architektury organizacji Deutscher Werkbund, nauczycielem (a za chwilę dyrektorem, na miejsce Waltera Gropiusa) w szkole Bauhaus. Lilly Reich także była cenioną projektantką, w 1920 roku jako pierwsza kobieta została wybrana do Rady Zarządzającej Deutscher Werkbund, gdzie poznała Ludwiga, z którym zaczęła wspólnie projektować, głównie meble.
Barceloński pawilon nie miał mieścić ekspozycji – został pomyślany jako miejsce powitania hiszpańskich władców, gdy ci przybędą na Wystawę Światową. Mies zaproponował dla obiektu niezwykłą formę. Założył ją zaledwie z kilku ustawionych pod kątem prostym, lekko względem siebie poprzesuwanych marmurowych ścian i tafli szkła, które nakrył płaskim dachem. Ta minimalistyczna forma była na owe czasy radykalna w swojej prostocie, nietypowa, niezwykle nowoczesna. Co więcej, Mies van der Rohe do wnętrza pawilonu wprowadził tylko dwa krzesła projektu jego i Lilly Reich (dla króla i królowej) oraz rzeźbę pt. „Poranek dłuta Georga Kolbego. Wyraz architektoniczny tej przestrzeni tworzyła także woda: dookoła budynku rozlokowano kilka basenów – sadzawek, w których pojawiły się rośliny wodne.
Zgodnie z tradycją organizowania wystaw światowych pomyślanych jako wydarzenia czasowe i po zamknięciu tej w Barcelonie pawilony rozebrano. Ten stworzony przez niemieckiego architekta jednak trwał w pamięci jako wyjątkowy, niezwykły formalnie, ale i istotny dla dziejów architektury. W 1980 roku Rada Miejska Barcelony postanowiła go zrekonstruować. Sześć lat później oddano do użytku kopię pawilonu Miesa van der Rohe, zbudowaną z wielką starannością, by zachować podobieństwo do pierwowzoru (np. materiały budowlane sprowadzono z tych samych miejsc, co w latach 20.).
Styl wyświetlania galerii
Wyświetl slajder (domyślny)
W 2021 roku do pawilonu w Barcelonie na wyprawę badawczą przybyli Małgorzata Kuciewicz i Simone de Iacobis, czyli architekci tworzący grupę Centrala, oraz kuratorka, Aleksandra Kędziorek. Kuciewicz i de Iacobis od lat zajmują się m.in. działaniami na styku architektury i natury. Do Barcelony pojechali, by podjąć się zadania przywrócenia konstelacji lilii wodnych w jednym z basenów modernistycznego pawilonu. Jak zauważają autorzy tego współczesnego działania: „Skupisko roślin wodnych, widoczne na zdjęciach z 1929 roku i wspominane przez ówczesnych zwiedzających, przez długi czas było pomijane w historii designu”, zapomniano lub uznano za mało istotny fakt, że nie tylko woda, ale i rośliny były zintegrowane z tą nowoczesną architekturą. Po odtworzeniu bryły pawilonu w latach 80. także o roślinach nie pamiętano.
Małgorzata Kuciewicz i Simone de Iacobis opracowali zestaw roślin i organizmów, którymi zasiedlili basen przy barcelońskim pawilonie. Ta kompozycja nie jest odtworzeniem pierwowzoru (nie jest on zresztą znany), a współczesną kompozycją, wpisującą się w aktualne debaty na temat bioróżnorodności, renaturalizacji i projektowania mikroklimatów miejskich, a zarazem korespondującą z architekturą budynku, z modernistycznymi ideami, z tym, co w latach 20. wymyślili w tym miejscu Ludwig Mies van der Rohe i Lilly Reich. Niemiecki architekt, lokalizując wodne rośliny w basenach przy barcelońskim pawilonie, sięgnął po rozwiązanie, które miało już swoje miejsce w projektowaniu architektonicznym. Na paryskiej Wystawie Światowej w 1889 roku ceniony botanik Joseph Bory Latour-Marliac pokazał efektowne czerwone, błękitne, żółte, różowe lilie wodne – rośliny wywołały sensację; to tam oglądał je Claude Monet, który uczynił z nich jeden z najbardziej rozpoznawalnych tematów swojego malarstwa. Wodne ogrody pozostają integralną częścią architektury m.in. Brazylijczyka Roberto Burle Marxa czy Włocha Carla Scarpy. Prawie sto lat po powstaniu budowli, wodne rośliny powróciły także do pawilonu w Barcelonie – za sprawą polskiego zespołu kuratorsko-projektowego.
Dziś, kiedy zdajemy sobie sprawę z konsekwencji zmian klimatu i nadmiernej urbanizacji, doceniamy obecność roślin, dopominamy się o nie w przestrzeniach miast. Bywa to trudne – bo coraz mniej liczne grunty są zbyt cenne, by przeznaczać je na tereny zielone, czasem na drzewa i krzewy brakuje miejsca w gęstej zabudowie. Ale współczesna technologia pozwala na różne formy pojawienia się zieleni w i na budynku. Zielone dachy – dostępne dla ludzi jako tarasy rekreacyjne albo po prostu porośnięte zielenią izolującą i zapewniającą odpowiednią wilgotność, oczyszczającą powietrze, będącą schronieniem dla ptaków czy owadów są już popularne. Przybywa też realizacji, w których pionowe ściany są pokryte specjalnie skomponowanymi zestawami roślin.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Siedziba CD Project w Warszawie, fot. Medusa Group
Obrazek
medusagroup-siedziba-CD-Project_Warszawa_WCD-JED7686.jpg
„Żywym ogrodem” nazwali architekci z pracowni Medusa Group swoją koncepcję zielonych ścian siedziby firmy CD Projekt Red na warszawskiej Pradze. Na poprzemysłowym terenie od kilku lat powstaje kampus znanej firmy m.in. produkującej gry komputerowe. Na jego potrzeby zaadaptowano istniejące obiekty, ale powstał też nowy. To on od początku został pomyślany tak, by zieleń była jego integralną częścią. Współpracujące z architektami pracownie Florabo i KASS stworzyły wertykalne ogrody na płaskich ścianach, a także system podpór dla roślin na obiegających cały budynek balkonach. Projekt zakłada, że zieleń będzie rozwijała się razem z budynkiem i nie jest tylko dekoracją, ale częścią jego struktury, wpływającą tak na komfort pracy, jak i klimat.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Centralna Wojskowa Przychodnia Lekarska „Cepelek”, fot. zabytek.pl / CC
Obrazek
cepelek_zabytek-pl_CC_65467ac1d5898.jpg
Wertykalne ogrody to istotny trend we współczesnej architekturze, ale porastająca elewacje zieleń nie jest zjawiskiem nowym. Zbudowany w drugiej połowie lat 20. budynek Wyższej Szkoły Pielęgniarstwa w Warszawie (dziś to Centralna Wojskowa Przychodnia Lekarska „CePeLeK”) prawie od początku istnienia porasta bluszcz. I choć gmach jest cennym zabytkiem, zaprojektowanym przez Romualda Gutta z cenionej przez niego szarej cegły cementowej, to zmieniające kolor wraz z porami roku liście pnącza są od pokoleń najbardziej rozpoznawalnym elementem tej architektury.
Z kolei wrocławski gmach Muzeum Narodowego mieści cenną kolekcję sztuki i oferuje wartościowe wystawy, ale nie mniej osób odwiedza go z powodu oplatających ściany wielobarwnych roślin. Neorenesansowy obiekt, zbudowany w latach 1883–1886 według projektu Karla Friedricha Endella, nawet w zagranicznych przewodnikach turystycznych prezentowany jest nie tylko jako atrakcja kulturalno-artystyczna, ale i… przyrodniczo-architektoniczna. Jeszcze niedawno dość powszechne było przekonanie, że pnącza niszczą elewacje, pogarszają warunki życia, powodują wilgoć itd. Okazuje się, że jest odwrotnie, szczególnie w czasach ocieplenia klimatu i suszy w naturalny sposób porastające budynek rośliny są pożyteczne tak dla niego samego, jak dla mieszkańców: oczyszczają powietrze, regulują wilgotność i temperaturę, nie dopuszczając do przegrzania się murów, dają cień, stają się schronieniem dla małych zwierząt i owadów (w epoce wymierania gatunków to także wielka zaleta – wsparcie bioróżnorodności miejskiej przyrody). Może warto ożywić na nowo zwyczaj obsadzania domów bluszczem?
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Przedogródki w Szczecinie, al. Jana Pawła II, fot. UM Szczecin
Obrazek
szczecin-przedogrodki-al-jana-pawla-ii-fot-UM-Szczecin.jpg
Docenić warto także stosowane niegdyś w miastach tzw. przedogródki. W XIX czy na początku XX wieku w niektórych regionach szczególnie chętnie nowo budowane kamienice poprzedzano niedużymi zieleńcami. Utrzymywane zwykle przez samych mieszkańców, mogły mieć różną formę – trawnika, zbioru krzewów, kwietnej rabaty – ale zawsze stanowiły zielony bufor między gwarem ulicy a budynkiem mieszkalnym. Choć współcześnie nie praktykuje się tego rozwiązania, a i wiele istniejących, historycznych przedogródków jest zaniedbanych lub likwidowanych, są miejsca, w których ich wartość została na nowo odkryta. W 2015 roku Zarząd Budynków i Lokali Komunalnych w Szczecinie uruchomił program „Zielone Przedogródki”, który wspiera finansowo wspólnoty czy zarządców nieruchomości dbających o zieleńce przed budynkami. Liczba dotychczas dofinanowanych projektów sięga setki, a efekty pracy mieszkańców można podziwiać m.in. przy al. Jana Pawła II, ulicy Bolesława Śmiałego, Monte Cassino, Śląskiej, Wielkopolskiej.
Współczesny system gospodarowania gruntami w miastach utrudnia przeznaczanie miejsca na zieleń. Wysokie ceny miejskich działek skłaniają raczej do maksymalnego wykorzystania ich powierzchni, w coraz bardziej gęstej zabudowie po prostu brakuje miejsca na skwery czy zieleńce. Jeśli jednak spojrzeć w przeszłość, okaże się, że już przed laty architekci radzili sobie z podobnymi dylematami. Co więcej, szukali sposobów, żeby maksymalnie zbliżyć zieleń do domów i mieszkań.
Jednym z bardziej znanych, bo efektownych i charakteryzujących się mających wielką skalą, pomysłów na to, jak realnie zintegrować budownictwo z roślinami jest osiedle Alterlaa w Wiedniu, zbudowane w latach 70. XX wieku według projektu Harry’ego Glücka. Zespół ogromnych bloków, mających od 23 do 27 kondygnacji, rozstawiono wśród zieleni i otoczono licznymi zabudowaniami towarzyszącymi: pawilony handlowe i usługowe, szkoły, przedszkola, ośrodki zdrowia, kościół, kluby sportowe itp. (na dachu każdego z domów oraz w jego piwnicy jest basen). Wszystkie budynki podzielono na dwie strefy: pierwsze 12 pięter ma schodkowy układ rozległych tarasów zbudowanych tak, by pomieściły duże rośliny (nawet krzewy czy mniejsze drzewa). Kolejne 10-14 pięter każdego z bloków przybrało tradycyjną formę, przy czym każde z mieszkań ma duży balkon. Mieszkańcy lokali w części tarasowej są zobowiązani do dbania o zieleń, dzięki czemu mimo upływu lat bloki wciąż wyglądają imponująco, niczym wysokie zielone piramidy. Rośliny na tarasach współgrają z zielenią, której też nie brakuje na liczącym około 9 000 mieszkańców osiedlu. Od wielu lat w ankietach wypełnianych przez Wiedeńczyków Alterlaa jest uznawane za najlepsze w tym mieście miejsce do życia.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Tarasowiec na Osiedlu Piastów w Rzeszowie, fot. Anna Cymer
Obrazek
Rzeszow-04-fot-anna-cymer.jpg
Tarasowe budynki wznoszono także w Polsce. Choć nie stały się nigdy popularne, w latach 70. i 80. powstało kilka takich zespołów. Na początku lat 80. na Osiedlu Piastów w Rzeszowie powstał budynek o schodkowym układzie, z każdym z tarasów zakończonym dużą, betonową misą przystosowaną do hodowli roślin. Ten projekt Barbary Mamulskiej w mikro skali (rzeszowskie bloki mają sześć pięter) przypomina pomysł z Wiednia – i tu od razu formy architektury uwzględniają zieleń, która została pomyślana jako część formy budynku. Także Krzysztof Bień, projektując na krakowskim Osiedlu Widok zespół wielorodzinnych domów o tarasowym układzie, balustrady balkonów zastąpił donicami na rośliny, dzięki czemu każdy z mieszkańców mógł zazielenić balkon. Tarasowce, które umożliwiają większe niż standardowo „uprawy” balkonowej zieleni powstały także m.in. na Osiedlu „L” w Tychach czy na Osiedlu Niedźwiednik w Gdańsku.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Tarasowiec na Osiedlu Piastów w Rzeszowie, fot. Anna Cymer
Obrazek
Rzeszow-02-fot-anna-cymer.jpg
Podobne pomysły powracają we współczesnej architekturze. W Katowicach według projektu zespołu Tomasza Koniora rośnie wysoki budynek, w którym część balkonów i tarasów ma wypełnić zieleń; rośliny mają porosnąć również pochyłą fasadę domu wielorodzinnego Aura powstającego w Katowicach. To projekt Roberta Koniecznego, który chce, aby na całej elewacji pięciopiętrowego budynku pojawiło się aż 140 tysięcy roślin.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Osiedle Plac Grunwaldzki, Wrocław, fot. Anna Cymer
Obrazek
Osiedle-Manhattan-Plac-Grunwaldzki-Wroclaw-03-fot-anna-cymer.jpg
W latach 70. architekci na różne sposoby uwzględniali obecność roślin w przestrzeniach osiedli i miast. Mimo że modernistyczne zespoły zabudowy zwykle planowano tak, aby pomiędzy budynkami było miejsce na tereny zielone, powstawała także mała architektura dająca szansę na powiększenie tego zasobu. Jadwiga Grabowska-Hawrylak, projektując osiedle przy Placu Grunwaldzkim we Wrocławiu, u stóp wysokich bloków ustawiła donice na rośliny. Domy wyrosły w śródmiejskiej okolicy, gdzie nie było mowy o dużych obszarach zieleni. Architektka wykorzystała więc kilkupoziomowy układ osiedla, aby pomiędzy blokami, pawilonami handlowymi, garażami rozpięto podesty, tarasy i schody. To tam do dziś znaleźć można betonowe donice, rynny, gazony, w których według projektu miały się znajdować rośliny (dziś różnie z tym bywa…).
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Zbiornik z roślinami wodnymi, ZODIAK Warszawski Pawilon Architektury, fot. Artur Wosz
Obrazek
Pawilon-Zodiak-fot-Artur-Wosz-2.jpg
O tym, jak wiele może zmienić betonowy zbiornik na rośliny pokazuje dokonana w 2025 roku przemiana placu przez warszawskim Pawilonem Zodiak. W oparciu o projekt pracowni RS Architektura Krajobrazu pusty wcześniej, wyłożony płytami plac został wypełniony roślinami, zamieniając się w zieloną oazę wśród śródmiejskiej zabudowy. Elementem tej przemiany stały się także zbiorniki na rośliny wodne z okresu PRL-u, niegdyś „odkryte” na nowo przez Grupę Centrala i na nowo ożywione. Dziś znów cieszą nie tylko ludzi, ale i zwierzęta, dla których stały się one doskonałymi poidełkami w suchym, kamienno-betonowym centrum miasta.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Osiedle nad Jamną, Mikołów, fot. Anna Cymer
Obrazek
Osiedle-nad-Jamna-Mikolow-03-fot-anna-cymer.jpg
Jeszcze dalej we wkomponowywaniu miejsc na zieleń w przestrzeń osiedla poszedł Stanisław Niemczyk, projektując w latach 80. Osiedle nad Jamną w Mikołowie. I tu „pomogło” zróżnicowanie poziomów – schody, uskoki, łączniki, podesty architekt zamienił w zielone enklawy, otoczone roślinami zakątki z miejscami do siedzenia, malownicze zaułki. Gęsta roślinność doskonale koresponduje z ceglanymi elewacjami domów, czyniąc to osiedle jedną z ciekawszych realizacji architektonicznych swego czasu.
Jeśli współcześnie poszukać najbardziej znanego projektu uwzględniającego obecność roślin, trafi się zapewne na Bosco Verticale, luksusowe wieżowce zbudowane w 2014 roku w nowoczesnej, komercyjnej dzielnicy Mediolanu przez włoskiego architekta Stefano Boeriego. Tarasy każdego z mieszkań dwóch apartamentowców porasta w sumie 900 drzew. Szeroko opisywana inwestycja wygląda efektownie, jednak po latach okazało się, że utrzymanie roślin na elewacjach jest bardzo kosztowne i mało ekologiczne. Służą one przede wszystkim wizualnemu wrażeniu – budynki widać z daleka, a dorodne drzewa odznaczają się na tle czarnych elewacji wieżowców.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Centrum Rehabilitacji „Granit” w Szklarskiej Porębie, fot. crrkurs.pl
Obrazek
Granit-Szklarska-Poreba-crr-krus-pl.jpg
Za to my mamy się czym pochwalić. W 1974 roku zespół pod kierunkiem wrocławskiego architekta Stefana Müllera zaprojektował w Szklarskiej Porębie ośrodek wypoczynkowy „Granit” (dziś to Centrum Rehabilitacji Rolników KRUS). Dziesięciokondygnacyjny budynek jest prawie niewidoczny w krajobrazie: niczym wachlarz został rozpostarty horyzontalnie na zboczu, a rozległe tarasy na każdym piętrze obsadzono zielenią tak, aby jeszcze lepiej wtapiały się w leśne otoczenie.
„Powinien być antybudynkiem, w pełni podporządkowanym otoczeniu”, pisał o tym projekcie Stefan Müller.
Moderniści już na początku XX wieku wiedzieli, że zieleń w mieście jest niezbędna, by w gęsto przecież zaludnionych i zabudowanych obszarach dało się w miarę dobrze żyć. Potrzeba wplecenia w architekturę miejsca dla natury bywała zarówno inspirująca projektowo, jak i pozwalała… zagospodarowywać budowlane odpady. Na polskich osiedlach do dziś gdzieniegdzie zachowały się betonowe donice – produkowano je „przy okazji” budowania prefabrykowanych bloków. Ta mała architektura pozwalała uzupełnić przestrzeń osiedli w zróżnicowane formy pojemników na rośliny: bywały kwadratowe, okrągłe, uniesione na „nogach”, czasem rozbudowywano je do większych kompozycji przestrzennych.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Pojemniki na rośliny na jednym z osiedli w Opolu, fot. Anna Cymer
Obrazek
opole-03-fot-anna-cymer.jpg
Zieleń w mieście to nie tylko parki, skwery i trawniki. Może być także cenną i ważną częścią składową architektury, detalem nadającym jej charakter i wyraz. Tylko od wyobraźni projektantów zależy, czy efektem ich pracy będzie budynek otoczony trawnikiem, czy obiekt, w którym rośliny stają się również elementem architektonicznym.